Czego potrzebuje noworodek?
| Czego potrzebuje noworodek?

Czego potrzebuje noworodek?

Wraz z pojawieniem się dwóch kresek na teście ciążowym w głowie przyszłej mamy rodzi się mnóstwo pytań. Jakie ono będzie? Czy będzie miało proste czy kręcone włosy? A oczy – niebieskie czy brązowe? Będzie podobne do mnie czy do niego? A czasami – czy je pokocham?

Media sprzedają nam cukierkowy obraz macierzyństwa

Dzieci z telewizji nie płaczą albo natychmiast przestają po podaniu im cudownego środka X. Kupka nie śmierdzi. Ubranka praktycznie się nie brudzą. Mama jest uśmiechnięta i nie widać po niej tych wszystkich nieprzespanych nocy – a jeśli widać, to natychmiast zjawia się pomocny tatuś. Dziecko jest zrobione z pierza i miłości, więc noszenie go kilka godzin dziennie to pestka. Poza tym przecież każdy bobas wprost uwielbia leżeć w łóżeczku albo wózku. A rutyna nie zabija miłości.

Lansowanie takiego obrazka to krzywda wyrządzana zarówno dzieciom, jak i rodzicom. Dzieciom – bowiem kształtuje szczególny, nierealny rodzaj oczekiwań wobec nich. Zaś rodzicom – bo jeśli ich dziecko nie pasuje do znanego z telewizji wzorca, podważa to ich wiarę we własne kompetencje. A stąd już prosta droga do oderwania od „intuicyjnego programu rodzicielskiego”, jaki każdy z nas nosi w sobie (tak nazywa ów instynkt Evelin Kirkilionis).

Oliwy do ognia dolewa kształt współczesnej rodziny, w której w rolę opiekunów wcielają się osamotnieni rodzice (a jeszcze częściej tylko matka), „wspierani” jedynie przez tabun satelitów w postaci różnych babć, ciotek i pociotków, bo to przecież kobiety posiadły tajemną wiedzę na temat opieki nad dzieckiem, którą chętnie się podzielą, bo „swoje już wychowały”… Fakt, czy są zadowolone z efektów, najczęściej jest całkowicie pomijany.

Noszeniaki

Tymczasem każde dziecko jest inne. Niektóre zasypiają po każdym karmieniu i budzą się co 3 godziny, niemal od początku przesypiając noce. Inne, tzw. high need babies (polski termin to „dziecko wysokich potrzeb”), to bardzo wrażliwe dzieci. Nie dają się nawet na chwilę odłożyć, skutecznie uniemożliwiając matce skorzystanie z toalety na wiele długich godzin. Znakomita większość zaś nie ma wygórowanych potrzeb, ale jak każdy noszeniak – potrzebuje bliskości.

Evelin Kirkilionis tak w swej książce Dobrze nosić tłumaczy specyfikę ludzkiego niemowlęcia: „Predyspozycje w zakresie zachowań, antropogeneza człowieka i porównanie z naszymi najbliższymi krewnymi, małpami człekokształtnymi, wyraźnie pokazują, że ludzkiego noworodka należy zaliczyć do biologicznego typu młodych zwanego noszeniakami. Noszeniaki przystosowane są do stałego zabierania ich ze sobą przez dorosłych. Aktywne noszeniaki samodzielnie trzymają się matki”. To nic, że „ludzkie niemowlę nie potrafi aktywnie przyczepić się do matki rękami i nogami” – nasz ewolucyjny proces rozwojowy wskazuje wyraźnie, że rozpoczynamy swoje życie jako aktywne noszeniaki.

Nie mamy już futra, więc dziecko i tak nie miałoby za co złapać. Nasze stopy służą głównie do chodzenia, zatem utraciły chwytność (choć u noworodków chwytny odruch rąk i nóg jest nadal bardzo silny).

Właśnie obserwacja odruchów pozwoliła badaczom prawidłowo zaklasyfikować ludzkie niemowlę. Pozycja fizjologicznej żabki, tak celebrowana przez neonatologów, fizjoterapeutów i doradców noszenia dzieci w chustach, jest identyczna u ludzkiego niemowlęcia i gorylątka: „Ugięte, odwiedzione na bok nóżki i przykurczone rączki stanowią dogodną pozycję wyjściową do tego, by (…) wczepić się w futro matki”. Jedyna różnica między niemowlęciem goryla a człowieka polega na ułożeniu stóp – u ludzkiego dziecka są one skierowane do siebie, co pomaga utrzymywać się w pozycji na biodrze. Zaszła tu bowiem ważna ewolucyjna zmiana: miejsce noszenia u człowieka zostało przesunięte z brzucha na biodro. Stało się to m.in. za sprawą tego, że miednica człowieka wraz z przyjęciem pozycji wyprostowanej stała się bardziej wydatna niż u innych człekokształtnych i stanowi nowy punkt „zaczepienia i stabilizacji na ciele matki” (Kirkilionis, Dobrze nosić).

Noworodek powinien być noszony!

Pozostawanie w ramionach rodzica (nie tylko matki) jest zgodne z ludzkim kontinuum, czyli oczekiwaniami, z jakimi noworodek przychodzi na świat. „Na najwcześniejszych etapach rozwoju, zaraz po urodzeniu, świadomość dziecka jest równoznaczna z odczuwaniem. Nie posiada ono zdolności myślenia w sensie rozumowania, świadomej pamięci, refleksji czy osądu. (…) Dziecku, które (…) jest trzymane na ręku, nie przeszkadza brak poczucia upływu czasu – czuje się ono po prostu dobrze. Natomiast dla dziecka nietrzymanego na ręku niemożność złagodzenia cierpienia za pomocą nadziei (która przecież zależy od poczucia czasu) jest najokrutniejszą próbą”, pisze Jean Liedloff w książce W głębi kontinuum.

Bywa, że młody rodzic, cywilizacyjnie oderwany od swego instynktu (bowiem często jego własne dziecko jest pierwszym, które trzyma na rękach), jest targany z jednej strony niejasnym poczuciem, że „coś jest nie tak” (tak próbuje dojść do głosu program rodzicielski i kontinuum), a z drugiej – „dobrymi radami” w stylu „nie noś, bo się przyzwyczai” albo „zostaw, niech się wypłacze”.

Cry it out

Ta ostatnia metoda to prawdziwe barbarzyństwo wyrządzane dziecku, stosowane niestety do tej pory. Niektórzy rodzice spytają: a co w tym złego, jeśli działa? Właśnie ta pozorna skuteczność metody „cry it out” jest najbardziej szkodliwa. Niestety, rodzice polecają ją sobie z pokolenia na pokolenie, zadając cierpienie kolejnym dzieciom. Ale tym, co rzeczywiście powinno nas zaniepokoić w tej metodzie, jest to, że dziecko w pewnym momencie przestaje płakać. Choć niektórzy myślą, że o to właśnie chodzi… Wielu rodzicom, pozostającym w oderwaniu od kontinuum, wydaje się, że dziecko i oni to dwa antagonistyczne bieguny, że z nim można „wygrać” albo „przegrać”. Tymczasem rodzina to drużyna. A dziecko, które w wyniku metody „cry it out” i ich diabelskich odmian (np. metoda 3-5-7 albo metoda dr Karpa) zasypia, traci nadzieję. Pogrąża się w „milczącej pustce” i „martwocie”, jak określa to Liedloff, choć zostało stworzone do kontaktu z ciepłym, tętniącym życiem. Takie dziecko nigdy już nie będzie wiedziało, że jest w porządku, że jego obecność jest pożądana, a i ono samo jest pożądanym elementem społeczeństwa. Liedloff konstatuje: „Bez takiego poczucia człowiek nie wie, na ile wolno mu się domagać wygody, bezpieczeństwa, pomocy, towarzystwa, miłości, przyjaźni, rzeczy materialnych, przyjemności lub radości. (…) Wielu ludzi spędza całe swoje życie na poszukiwaniu dowodu, że istnieją. Kierowcy wyścigowi, zdobywcy górskich szczytów, bohaterowie wojenni i inni śmiałkowie, którzy flirtują ze śmiercią, próbują przekonać się, że naprawdę żyją przez najbardziej bliskie konfrontowanie się z przeciwieństwem życia”.

Znane są nieludzkie eksperymenty na niemowlętach poddawanych tzw. deprywacji sensorycznej, czyli pozbawiane wszelkiej bliskości drugiego człowieka. Niestety, dzieci te umierały. Tego typu bestialskie doświadczenia paradoksalnie pomogły zmienić spojrzenie na opiekę nad niemowlęciem. To tym dzieciom zawdzięczamy takie zwykłe już elementy szpitalnej opieki jak rooming-in na porodówce czy upowszechnienie noszenia w chuście jako sposobu pielęgnacji niemowlęcia. A także przeobrażenie współczesnych domów dziecka w stosunkowo przyjazne miejsca, zwłaszcza jeśli jest to ośrodek preadopcyjny dla naprawdę maleńkich dzieci, dla których bliskość to sprawa kluczowa dla ich dalszego rozwoju.

Czego potrzebuje noworodek?

Po pierwsze bliskość

Jest ważna zarówno dla matki, jak i dla dziecka. Przy czym „niemowlę zna tylko jeden rodzaj związku, a każdy i każda z nas ma w sobie zestaw reakcji na jego sygnały” (Liedloff, W głębi kontinuum). Nie ma znaczenia, czy rolę tę pełni matka czy ojciec. „To rodzice kładą podwaliny pod sposób, w jaki dziecko postrzega swój mały świat, czy może zaufać, że jego potrzeby będą zaspokajane i że nigdy nie zabraknie mu opieki, uwagi i bezpieczeństwa” (Kirkilionis, Dobrze nosić). Już przy narodzinach dochodzi do zjawiska znanego ze świata ptaków: imprintu. U ludzi zachodzi on jednak w odwrotnym kierunku. To matka, dotykając swoje nowo narodzone dziecko i budując z nim więź, zostaje uwarunkowana do miłości i opieki nad nim. Stanowi to rodzaj zabezpieczenia dla przetrwania naszego gatunku.

Dziecko czuje się dobrze, przebywając w ramionach matki. Ale także i ona czuje się dobrze, nosząc swoje dziecko.

Co ciekawe, intensywny dotyk jest przyczyną lepszej wchłanialności pożywienia. Zaobserwowano to u kangurowanych wcześniaków, których przyrost masy ciała był o wiele większy i szybszy niż w przypadku noworodków przebywających tylko w inkubatorze. Do tego odkrycia przyczynił się przypadek. W jednym z krajów Ameryki Południowej zabrakło prądu na oddziale intensywnej opieki neonatologicznej. Położne wyjęły więc wcześniaki z niedziałających inkubatorów i położyły matkom na piersiach. Ku ich zdziwieniu dzieciom nie tylko nic się nie stało, ale zaczęły przybierać na wadze. Metoda ta rozpowszechniła się w krajach rozwijających się, przenika też na oddziały wcześniacze w Europie.

Po drugie kompetencja

Kirkilionis trafnie zauważa: „Przy pierwszym dziecku w naszym kręgu kulturowym rodzice w większości nie mają żadnego doświadczenia w opiece nad niemowlęciem. Wszystko jest nowe, noce są krótkie, zmęczenie staje się nieodłącznym towarzyszem, maleństwo to wciąż zagadka, a jego sygnały na początku wcale nie chcą być jednoznaczne. Mieszanka niewiedzy i niepewności z zasady nie stwarza korzystnych warunków do tego, by (…) aktywować (…) intuicyjny program rodzicielski. Dusza jest pełna zapału, ale ciało… czytaj: matka, jest zmęczone. A tu jeszcze trzeba przyjaźnie i radośnie, szybko, troskliwie itd. reagować na każde wezwanie”.

Chusta bywa w takiej sytuacji ostatnią deską ratunku (a powinna być pierwszym wyborem). Często dzieje się tak, że jeden z rodziców, najczęściej matka, słyszał coś na temat chust i szuka pomocy u certyfikowanego doradcy, którego rolą jako eksperta jest także rozwiewanie wątpliwości. Ojcowie, choć początkowo bywają niechętni chustonoszeniu, nigdy tego nie żałują.

Noszenie zapewnia dziecku bliskość i rodzicielską czułość, ale jest ważne także dla noszącego. Doświadczony rodzic doskonale wyczuwa, kiedy dziecko – wtulone w chustę na jego plecach – śpi, kiedy uważnie się rozgląda, a kiedy za chwilę się obudzi. „Podczas noszenia w bezpośrednim kontakcie fizycznym rodzice wyczuwają każde drgnienie dziecka, wiedzą, kiedy jest śpiące, zaciekawione, czy robi się niespokojne i za chwilę ogłosi, że jest głodne” (Kirkilionis). Szybkie reagowanie na potrzeby dziecka sprawia, że dziecko nabiera pewności, że potrzeby te są w porządku. Działa to w obie strony, gdyż rodzic, widząc efekty swych działań, nabiera pewności siebie. To podbudowuje jego wiarę we własne kompetencje i pozwala na dalszą prawidłową opiekę.

Po trzecie stymulacja wczesnorozwojowa

Noszenie w chuście zapewnia dziecku stymulację sprzyjającą rozwojowi jego mózgu zarówno na poziomie neuronalnym, jak i kognitywnym. W chuście nie ma możliwości przebodźcowania dziecka, tak powszechnie spotykanego w naszym świecie pełnym świateł i hałasów. Dziecko samo dozuje sobie liczbę dostarczanym bodźców – jeśli poczuje się zmęczone, wtula się w rodzica i zasypia. Takiej możliwości nie daje jednak pozycja „przodem do świata”, która jest po prostu nieprawidłowa i nie powinna być stosowana.  

Dzieci noszone w chuście najczęściej są lepiej rozwinięte motorycznie niż rówieśnicy, np. wcześniej trzymają sztywno główkę lub raczkują. Są też silniejsze fizycznie. Oprócz badań przeprowadzanych w naszym kręgu kulturowym można tutaj przywołać przykład społeczeństw tradycyjnych: „dzieci z różnych kultur afrykańskich dużo wcześniej potrafią na przykład stabilnie trzymać główkę, a pod względem rozwoju motorycznego ogólnie wyprzedzają dzieci dorastające w zachodnim świecie” (Kirkilionis). Dzieje się tak za sprawą powszechnego stosowania chust w krajach afrykańskich (choć tamtejsze metody wiązania znacznie odbiegają od europejskich wytycznych i niejeden doradca noszenia złapałby się za głowę, widząc, w jaki sposób afrykańska matka potrafi zamotać swoje dziecko).

Jest to ściśle powiązane ze stymulacją tzw. układu przedsionkowo-proprioceptywnego dziecka. Odpowiada on za percepcję wzrokową, poczucie części własnego ciała, za postrzeganie ciała wobec reszty rzeczywistości oraz za percepcję innych przedmiotów w przestrzeni (czy znajdują się blisko, czy daleko, wysoko czy nisko, czy się poruszają, a jeśli tak, to z jaką prędkością). Ale to nie wszystko. Odpowiada także za motorykę małą, ruchy ręka–oko, ruchy głowy i oczu oraz motorykę dużą i zmysł równowagi. Jest więc kluczowy dla prawidłowego rozwoju dziecka. Nie rodzimy się z tymi wszystkimi umiejętnościami, musimy je nabyć w zrównoważonym rozwoju w procesie zwanym integracją sensoryczną. A ponieważ rozwój dziecka przebiega dwukierunkowo, psycho-ruchowo, pobudzając narządy ruchu, dziecko rozwija jednocześnie funkcje neuronalne, np. mowę.

Noszenie bardziej aktywizuje dziecko motorycznie niż leżenie, zatem układ przedsionkowo-proprioceptywny dzięki noszeniu w chuście dostaje olbrzymie wsparcie. Otrzymuje też inne bodźce niż podczas jazdy w wózku. Rodzic, wykonując codzienne czynności, na co pozwala mu chusta, lub maszerując z dzieckiem podczas spaceru, przyczynia się do powstania u niego ruchów kompensacyjnych – ciało dziecka musi za rodzicem nadążyć, więc wykonuje w tym celu mnóstwo maleńkich ruchów. Pozornie bierny mały człowiek cały czas „pracuje” swoimi mięśniami i szkieletem.

Cały nadmiar energii pochodzącej z pożywienia, którego dziecko jeszcze nie umie spożytkować, jest przenoszony na rodzica. Stąd maluchy codziennie noszone w chustach są spokojniejsze, nie muszą bowiem szukać ujścia dla olbrzymich pokładów energii.

Ciało dziecka przemieszcza się względem podłoża, oddziałuje na nie grawitacja, z którą także uczy się obchodzić. Co prawda w wiązaniach polecanych dla niesiedzących niemowląt, czyli kangurze, plecaku prostym i kieszonce, nie występuje pionizacja, to ułożenie dziecka przebiega prostopadle do podłoża, z czym również musi poradzić sobie jego mózg. Stymulacja zachodzi sama, można powiedzieć mimochodem.

Na tych wszystkich obszarach będą bazowały późniejsze doświadczenia i umiejętności młodego człowieka.

Po czwarte odpoczynek

Kiedy w rodzinie pojawia się dziecko, słowo “odpoczynek” nabiera nowego znaczenia. Często dzieje się tak, że zmęczenie dorosłych wydaje się schodzić na dalszy plan, rodzic staje w opozycji wobec niemowlęcia, które „nie pozwala mu zasnąć”, „nie pozwala mu odpocząć”. To doskonały moment na wsparcie ze strony rodziny czy szerszej grupy, „plemienia”. Niestety, bardzo często pozostaje ono jedynie w sferze marzeń.

Warto tutaj podkreślić raz jeszcze, że dwoje ludzi, nawet bardzo kochających się i empatycznych, nie stanowi wystarczającej grupy potrzebnej do wychowania dziecka. Po pierwsze – przebiega to ze szkodą dla samego niemowlęcia, które potrzebuje w swoim otoczeniu więcej osób, niż potrafi wykorzystać (jak określa to Liedloff). Po drugie – taka nuklearna rodzina, wymysł naszych czasów, to całkowicie nienaturalne środowisko także dla dwójki dorosłych ludzi, przed którymi stawia się wręcz nierealne wyzwania.

Jednak wśród takich wyśrubowanych wymogów codzienności także widać światełko w tunelu. Jest nim zmiana postawy. Dziecko nie jest naszym rywalem w wykonywaniu codziennych obowiązków. Ono powinno być ich biernym uczestnikiem. Jest wiele codziennych czynności, które bez problemu można wykonać z dzieckiem: przybijanie gwoździa, korzystanie z toalety, odkurzanie, prasowanie, wycieranie kurzu, słanie łóżka, podlewanie ogródka, zakupy, rozpalanie w piecu. W zasadzie wszystko oprócz prysznica, wieszania firanek i prowadzenia auta.

Doświadczony doradca noszenia wie, że ucząc rodziców korzystania z narzędzia, jakim jest chusta, pomaga im poprawić jakość życia. Z dzieckiem w chuście da się napić kawy, usiąść w fotelu albo na piłce i poczytać książkę, a niekiedy nawet zdrzemnąć. Pozwala to, by macierzyństwo wróciło w prastare koleiny, a dziecko czuło, że wszystko toczy się we właściwym porządku. Matka i dziecko to jedno, jak u zarania dziejów ludzkości. Nawet jeśli miało mieć włosy kręcone, a oczy niebieskie.

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Marta Szperlich-Kosmala

Certyfikowana doradczyni noszenia w chustach i nosidłach miękkich Akademii Noszenia Dzieci. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale zawodowo uczy angielskiego i niemieckiego w szkole językowej. Pasjonuje ją antropologia i intuicyjne rodzicielstwo w duchu kontinuum. Ma za sobą praktykę hipnoporodu. Kocha życie na prowincji, bo może w nieskończoność wędrować ze swoimi dziećmi po lasach, jak Indianie. Jest mamą dwojga absolutnie chustowanych maluchów. Treningi biegowe jej męża są jedynym momentem, gdy jej dzieci mają kontakt z wózkiem... biegowym. Uprawia gimnastykę słowiańską i czyta góry książek. Nie tylko o rodzicielstwie.
Odwiedź stronę autorki/autora: https://www.facebook.com/chustastarachowice/




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

10 pomysłów na zabawy, przy których rodzic może… poleżeć!

Jak dziecko buduje więź z rodzicem w pierwszym roku życia

5 inspirujących przepisów na potrawy z kaszą jaglaną {na słodko i słono}

Przejdz do: