Czy warto dawać dziecku obowiązki domowe?
| Czy warto dawać dziecku obowiązki domowe?

Czy warto dawać dziecku obowiązki domowe?

Wieczór, pomalutku zaczynamy odsyłać dzieci spać. Jeszcze bajeczka, jeszcze mycie…

- Mamo, mogę dziś pozmywać podłogę w kuchni? Prooooszę!
- Oczywiście, kochanie.

 

Obrazek jak z kampanii społecznej pt. „Rodzina to siła”.

Zdarzyło się to raz i dotychczas nie powtórzyło, ale spowodowało we mnie lawinę przemyśleń na temat tego, jak pomagać dzieciom czuć się częścią rodzinnego zespołu i wdrażać je do prostych czynności wykonywanych na rzecz domu, w którym mieszkają.

Obowiązki domowe w praktyce

Najczęściej polecana droga – poprzez obowiązki. Stałe, regularne, dopasowane do wieku i możliwości dziecka. Czy obowiązki w ogóle mogą być dopasowane do dziecka? Czy to, że dziecko potrafi np. wynieść śmieci lub sprzątnąć pokój, oznacza, że powinno to robić codziennie, w ramach narzuconego mu obowiązku? W jakim celu? Czego ma się w ten sposób nauczyć?

O co mi chodzi, gdy nakładam obowiązki na moje dzieci? To pytanie okazało się kluczowe. Jeśli bowiem mam pilnować każdego dnia, by z tych obowiązków się wywiązywały, jeśli mam dokładać sobie zajęć, sprawdzając i przypominając – chcę wiedzieć, czemu to ma służyć.

Założenie jest proste – obowiązki uczą dzieci odpowiedzialności za miejsce, w którym mieszkają, uczą systematyczności, uczą także wykonywania różnych prac domowych. No to niemal ideał – gdyby jeszcze tylko tak to wyglądało w praktyce…

Bo okazało się, że dzieci i obowiązki to raczej codzienna walka: przypominanie, nakłanianie, zmuszanie, przypominanie, proszenie, zachęcanie, przypominanie, targowanie się i ponowne przypominanie.

Czy konsekwencja to jedyna droga?

Na nieszczęście te dość dobitne doświadczenia często spotykały się z tubalnym „Bo nie byłaś konsekwentna! Konsekwencja to podstawa”. Jednym z odkryć mojego dziewięcioletniego rodzicielstwa jest to, że konsekwencja to słowo-wytrych, zachęcające rodziców, by robili wciąż to samo, tylko mocniej i mocniej, aż w końcu zadziała. Cóż, u nas wielokrotnie sprawdzało się nie „mocniej”, tylko „inaczej”.

Wiedziałam zatem, jaki mam cel (wdrożenie dzieci do codziennych zajęć życia rodzinnego) i jakimi metodami nie chcę go osiągać – ale nie przyszło mi łatwo zrezygnować z wyznaczania im obowiązków.

I chociaż kiedy przeczytałam (Jesper Juul, Twoja kompetentna rodzina), że te obowiązki nie są konieczne, bo dzieci do ok. 14. r.ż. przede wszystkim chcą się bawić – i uczą się przez zabawę – to owszem, odczułam ulgę, ale czułam też pewien niepokój. Czy to czasem nie jest przesada? Prosta droga do wychowania roszczeniowych książąt i księżniczek (zwłaszcza książąt), którzy nie potrafią w przyszłości nawet zaparzyć sobie herbaty, a wszystkimi domowymi czynnościami z radosną nieświadomością obarczają swoje drugie połówki? Czy nie będziemy żałować tego wyboru, ale jego konsekwencji doświadczymy, gdy będzie już zdecydowanie za późno na jakiekolwiek zmiany?

Przeczytaj: O pożytkach płynących z niekonsekwencji

Sens spontanicznej pomocy

Życie szybko pokazało nam, że nie. Wręcz przeciwnie, dzieciaki chętniej oferowały swoją pomoc przy bieżących zadaniach (nakrycie do stołu, sprzątanie po zabawie), niż kiedy próbowaliśmy uczynić je samodzielnymi codziennymi obowiązkami. Widziały sens tego, co robią (teraz trzeba nakryć, bo będzie obiad, teraz trzeba sprzątnąć, bo chcemy iść spać), i czuły siłę współpracy z rodzeństwem i rodzicami. Nierzadko wprowadzaliśmy do rutynowych czynności elementy zabawy (sprzątnięcie, zanim skończy się piosenka, nakrywanie do stołu z chowaniem sztućców przed potworem).

Zgoda na odmowę

I zdarzało się, że mówiły nam „nie”. Nie posprzątam, nie nakryję, nie zrobię. Z perspektywy czasu sądzę, że nasza zgoda na to „nie” była kluczowa. Doświadczały, że nie ma przymusu i nikt nie będzie im groził ani się obrażał – co wcale nie znaczy, że kiedy nie chciały, pokornie zasuwaliśmy sami, bo dzieciaczki są za małe lub zmęczone albo zajęte czymś innym. Jeśli któreś nie chciało nakryć do stołu, zachęcaliśmy do sprzątnięcia po obiedzie. Bywało, że opór trwał kilka dni, a potem nagle mieliśmy najbardziej skore do pomocy dziecko na świecie – które po jakimś czasie znów negowało wszelkie prośby. Bywało, że odmawiały, ale kiedy ponawialiśmy prośbę, podkreślając, że ich pomoc jest dla nas ważna, decydowały się nas wesprzeć.

Zgoda na zmęczenie

Nie jest też do końca tak, że nie mają żadnych stałych zadań, które mogłyby im pokazać, na czym polega waga systematyczności. Codziennie myją zęby i ścielą łóżka, codziennie uczą się i odrabiają jakieś zadania. Codziennie też uczestniczą w zajęciach dodatkowych, które same sobie wybrały, a które po pewnym czasie tracą powiew nowości i wymaga od dzieci trochę samozaparcia, by znów w nich uczestniczyć.

Ilekroć czuję, że domowe obowiązki mnie przerastają, mówię też o tym otwarcie. Nie chcę być robotem świadczącym usługi na rzecz swoich dzieci i swojej rodziny, a z drugiej strony staram się pamiętać, że codzienne sprzątanie wielkiego wspólnego pokoju po całym dniu zabawy bywa zadaniem ponad ich siły. Że nawet kiedy mi się nie chce, mniej energii mimo wszystko pochłania sprzątanie razem z nimi – a kiedy nie chce mi się bardzo, najmniej energii pochłania machnięcie ręką na bałagan (z ewentualnym rozsunięciem go nogą na bok, gdyby ktoś szedł w nocy do toalety).

Czy to działa?

To podejście pokazuje mi, że dzieci chcą pomagać i czuć się częścią rodzinnej wspólnoty – tylko sami dorośli czasem w nich to zabijają, próbując tę potrzebę ująć w bardziej sformalizowane ramy.

One chcą uczestniczyć w przygotowywaniu posiłków, wyliczają, kto pościeli łóżko babci, która przyjechała w odwiedziny, wcale nie tak rzadko pytają, czy mogłyby zmyć naczynia.

  • To prawda, że te czynności wykonywane sporadycznie niosą ze sobą powiew nowości i dlatego są atrakcyjne.
  • To prawda, że nałożone jako stały obowiązek zaczynają pachnieć rutyną i stają się nudne.
  • Prawdą jest też, że dzieci najlepiej uczą się przez zabawę, gdy są zaangażowane i zainteresowane.

Jeśli zatem chcemy je uczyć, na czym polega codzienne życie w rodzinie, obowiązki nie wyglądają na najlepszą drogę ku temu…

Foto: flikr.com/donnieray

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Małgorzata Musiał

Na co dzień pracuje w toruńskim stowarzyszeniu Rodzina Inspiruje!, prowadząc warsztaty dot. wychowywania, realizując program „Szkoła dla rodziców” i organizując eventy dla rodzin z małymi dziećmi. Jest doradczynią noszenia w chustach oraz jednym z niewielu w Polsce mentorem grup SAFE, profesjonalnie wspierającym świeżo upieczonych rodziców. Skończyła studia pedagogiczne, jednak największym polem doświadczalnym jest dla niej – rzecz jasna – matkowanie trójce potomków. Tym doświadczeniem dzieli się na blogu www.dobrarelacja.pl
Odwiedź stronę autorki/autora: http://dobrarelacja.pl/




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

„Każda zmiana, jakiej dokonamy w sobie, przekłada się na świat zewnętrzny”. Rozmowa z Aleksandrą Bagińską i Joanną Nowicką

Nowe technologie mają zły wpływ na rozwój dzieci do drugiego roku życia!

Jesienne drugie śniadanie dla dziecka – co dobrego spakować do plecaka?

Przejdz do: