Dlaczego dzieci nie lubią szkoły i jak pomóc im odnaleźć się w rzeczywistości?
| Dlaczego dzieci nie lubią szkoły i jak pomóc im odnaleźć się w rzeczywistości?

Dlaczego dzieci nie lubią szkoły i jak pomóc im odnaleźć się w rzeczywistości?

„Lubisz chodzić do szkoły?” – pytałam niejednokrotnie swoich uczniów, dzieci i młodzież, z którymi spotykałam się przy okazji eventów artystycznych, promocji podręczników czy rodzinnych spotkań. „Nie, bo pani od angielskiego jest wymagająca i niemiła”, “Nie lubię matematyki”, “Za dużo klasówek i prac domowych”, “Szkoła mnie męczy”, “Pani ciągle na nas krzyczy”, “Szkoła jest jak więzienie” – odpowiadali.

Co kryje się za ostatnim stwierdzeniem? Nic innego jak brak wolności. Młodzi ludzie chcą czuć się wolni. Wolni od ciągłego strachu, przymusu i napięć, z którymi każdego dnia spotykają się w szkole. Pragną swobody w wyrażaniu, nazywaniu i odkrywaniu rzeczywistości. Podobnie jak my! Dlaczego więc słyszę komentarze rodziców, dziadków i nauczycieli: „Wolność? Dzisiaj dzieci wchodzą swoim rodzicom na głowę, krzyczą, tupią, wymuszają i pozwala się im na wszystko. Tego samego oczekuje się od szkoły? My też mamy się na to zgadzać?”. Oto jak postrzega się coraz bardziej powszechne i świadome podejście do rodzicielstwa. Odbiera się je jako „absolutne i bezwzględne” zgadzanie się na wszystko, czego w danej chwili oczekuje młody człowiek. Niesłusznie. To, że świadomy rodzic pozwala dziecku wykrzyczeć swoją złość czy niezadowolenie, nie powinno być tożsame ze stwierdzeniem, że dziecko wchodzi dorosłemu na głowę. Wciąż żywe jest przekonanie, że dzieci mają być posłuszne i grzeczne. Posłuszne znaczy zgodne z wizją rodzica, ciche, spokojne i niewyrażające swojego zdania na lekcji.

Szkoła niszczy geniusz

Dzieci nie mogą czuć się wolne w takich warunkach. Potrzebują zrozumienia i rozmowy, a nie ciągłych oczekiwań. Dzieciom chodzi o otwartość i zrozumienie ich potrzeb. Traktowanie młodych ludzi z góry, zarówno w domu, jak i w szkole, nie wpłynie pozytywnie na ich rozwój ani nie zachęci ich do nauki.

Z jednej strony chcemy, żeby dzieci dobrze się uczyły, znały kilka języków obcych i świetnie wypadały na egzaminach. Z drugiej – traktujemy je z góry, lekceważąc to, co dla nich jest naprawdę ważne – zrozumienie. Oczywiście zmuszając dziecko do nauki, do zdobywania lepszych ocen i zaliczenia testów na piątki, częściowo osiągniemy swój cel. Ale kiedy motywacją dziecka jest strach, w przyszłości nie wyrośnie ono na szczęśliwego i zdrowego dorosłego.

By dziecko osiągnęło w przyszłości sukces, wystarczy zaakceptować je takim, jakie jest, oraz być otwartym na jego naturalną umiejętność uczenia się i autonomiczny rozwój osobowości. Dlaczego?

Ponieważ z biologicznego punktu widzenia dzieci są w stanie samodzielnie odkrywać i odtwarzać świat na poziomie dużo wyższym, niż może się nam wydawać. Zostało to udowodnione naukowo. W 2008 roku Ken Robinson wygłosił w Londynie, w Royal Society for the Encouragement of Arts, Manufacture and Commerce niezwykle ciekawy wykład. Opowiadał o wynikach badań nad tzw. rozbieżnym myśleniem, będącym nieodłącznym elementem kreatywności. Analizowany fenomen oznaczał umiejętność dostrzegania różnych możliwych odpowiedzi na dane pytanie oraz interpretacji zjawisk, a nie myślenie linearne czy zbieżne.

Wyniki badań sugerują, że 98% dzieci w wieku od 3 do 5 lat posiada naturalną zdolność do kreatywnego myślenia na poziomie geniuszu, jednak po ukończeniu szkoły tylko 2% osiąga ten wynik. Badania przeprowadzono na 1500 osobach. Kiedy ktoś osiągał wynik powyżej pewnego ustalonego poziomu w danym zakresie, uznawano go za geniusza. Tabela ilustruje, jaki procent badanych osiągnęło poziom geniuszu.

geniusz

Wyniki zupełnie mnie nie dziwią, ponieważ dzieci w szkołach uczone są, jak dobrze napisać egzamin. Jak rozwiązać test z angielskiego, w którym bazuje się na odpowiedziach wielokrotnego wyboru. Jak zinterpretować wiersz, żeby pani od polskiego była zadowolona. I tego, że chmury trzeba kolorować na niebiesko, a trawa jest zawsze zielona. Wyobraźnia młodych ludzi wykracza poza standardowe, skostniałe modele postrzegania i interpretowania.

Już od lat 90. XX wieku mówi się o istocie i różnych aspektach tzw. washback, czyli efektu zwrotnego. Washback to nic innego jak wpływ testowania na proces nauczania i uczenia się. Ten wpływ nie jest pozytywny. Uczymy pod testy i egzaminy. Przekazujemy wiedzę zwykle bezużyteczną w dorosłym życiu, kreując przy tym jednostki pozbawione twórczego myślenia. To ogromny problem współczesnej edukacji – zamiłowanie do testowania z umiejętności dokonywania „właściwych” wyborów. Szkoły uczą szablonowego sposobu myślenia, zabijając dziecięcy talent. Odbierają wolność przy podejmowaniu decyzji i wykorzystują strach jako najważniejsze narzędzie motywacyjne.

Nauka przez zabawę

Młodzi ludzie nie lubią szkoły, bo już po kilku dniach spędzonych w niej intuicyjnie czują, że to nie jest dla nich właściwe miejsce. Że coś jest im odbierane. Nie zawsze potrafią to nazwać, posługują się zatem własnym językiem, wskazując na „niemiłą panią od historii”, albo „surowego matematyka”. Czują, że ich naturalne pragnienie uczenia się przez doświadczanie zostaje, wbrew ich woli, przesunięte na drugi plan.

Współczesna neurobiologia jasno pokazuje, że nie ma lepszych narzędzi do poznawania niż uczenie się przez zabawę. Wszyscy przyszliśmy na świat wyposażeni w tę cechę. To nasze podstawowe narzędzie, coś, co przynosi satysfakcję i naturalnie motywuje do działania. Znany pedagog i badacz Arno Stern mówi: „Dzieci nie znają pojęcia uczyć się. Dziecko poznaje i doświadcza, ale to tylko efekt uboczny zabawy”.

„Dla dziecka zabawa jest pracą, dobrem, obowiązkiem, ideałem życia. Zabawa to jedyna atmosfera, w której dziecko może psychicznie oddychać, a zatem działać”, mawiał szwajcarski psycholog Edouard Claparede. Wykorzystajmy to i pozwólmy uczyć się przez działanie. Zapomnijmy o testach, egzaminach i ocenach. One nie są najważniejsze, a odbierają chęć do poznawania świata. Mogą więc spokojnie zostać przesunięte na drugi plan. Wykorzystajmy w praktyce wiedzę i nowe odkrycia.

Przez dziesiątki lat uważano, że nasz mózg jest zaprogramowany genetycznie. Ludzie wierzyli, że geny mają jedyny wpływ na to, jak bardzo „mądrymi i inteligentnymi” ludźmi jesteśmy. Neurobiolodzy odkryli jednak, że mózg można ćwiczyć jak mięsień, że można rozwijać go w konkretny sposób niezależnie od genów, ale działa to tylko wtedy, kiedy czynnościom, które wykonujemy, towarzyszy entuzjazm, radość z tworzenia i bycia tu i teraz.

W trakcie wykonywania czynności, które odwołują się do naszych doświadczeń i ciekawości poznawczej oraz sprawiają nam przyjemność, w mózgu tworzą się połączenia między neuronami umożliwiające efektywny proces uczenia się. Mechanizm zupełnie odwrotny zachodzi w sytuacji, w której dziecko nie ma poczucia bezpieczeństwa i jest zmuszane do opanowania materiału, który w dodatku w żaden sposób nie odnosi się do jego zainteresowań czy przeżyć. Na budowę mózgu oraz kształt jego połączeń bardzo duży wpływ mają właśnie doświadczenia. Wszystko, co dziecko widzi, słyszy, wącha, czego smakuje i doświadcza na własnej skórze, wpływa na efektywność budowania nowych połączeń w mózgu. Dziecko (ale i dorosły) jest zatem aktywnym uczestnikiem kreowania własnego umysłu. To kluczowe pojęcia tysiąclecia. Jesteśmy twórcami własnych umysłów i geniuszami w stanie entuzjazmu.

Tak niewiele trzeba, by wspierać talent każdego dziecka. Jego umiejętność poznawania, tworzenia i wyciągania wniosków. Wystarczy mu zaufać, pozwolić uczyć się przez doświadczanie zjawisk, bez przymusu, ograniczeń czasowych, bez kontrolowania i ciągłej rywalizacji (tak bardzo powszechnych w naszej edukacji). Z pełną akceptacją potrzeb i predyspozycji.

A my? Co robimy jako społeczeństwo? Jako rodzice? Nauczyciele?

Znamy wyniki badań, świadczące o tym, że człowiek w chwili narodzin ma wszystko, czego mu potrzeba. Że dzieci są geniuszami i posiadają największą moc – moc wyobraźni. Wiemy, że człowiek uczy się najszybciej i najbardziej efektywnie, kiedy sprawia mu to przyjemność, a mimo to działamy zupełnie na odwrót, odbierając młodym ludziom możliwość rozwijania talentów w domu i w szkole oraz używając strachu jako głównego motywatora.

Koncentrujemy się na ocenach, programach nauczania, testach i egzaminach, a nie dostrzegamy, że nasze dzieci nie są na co dzień wolne i nie czują się szczęśliwe. Są przemęczone, niekiedy przygnębione i pełne lęku. Nie zauważamy, że bóle brzucha, ciągłe infekcje albo złość czy irytacja w sytuacjach na pozór zwyczajnych spowodowane są nieumiejętnością radzenia sobie z własnymi emocjami, ze stresem i strachem. Obawy przed złą oceną, przed niezadowolonym rodzicem, przed krzyczącym nauczycielem czy przed uwagą, wpisaną do dziennika nie mają pozytywnego wpływu na rozwój naszych pociech.

Sądzimy, że dzieci bez dobrych ocen i dobrej szkoły nie są w stanie osiągnąć niczego w dorosłym życiu, a nie postrzegamy ich zdrowia psychicznego jako najważniejszego celu i największego osiągnięcia.

Czy dostrzegacie korelację między dobrze uczącym się dzieckiem a szczęśliwym i spełnionym dorosłym?

Albo związek między zdaniem egzaminów na piątki i ukończeniem studiów z najwyższą średnią a materialnym dobrobytem? Patrząc na znanych ludzi tego świata, jak np. Bill Gates, Paul Allen, Michael Dell czy Steve Jobs, wydaje się, że może być wprost przeciwnie. Nigdy nie skończyli studiów, nie otrzymali dyplomu z wyróżnieniem, a raczej dobrze radzili lub radzą sobie w wymiarze zawodowym, będąc jednymi z najbogatszych ludzi na świecie.

Czy istnieją badania, które potwierdzają, że solidna praca i płaca są w pełni zależne od tego, czy było się trójkowym czy piątkowym uczniem? Albo to, że posłuszne i grzeczne dziecko w szkole to zdrowy i szczęśliwy dorosły?

Co tak naprawdę liczy się dla nas jako dorosłych w naszym dzisiejszym życiu: dobre oceny z czasów podstawówki czy szkoły średniej czy umiejętność radzenia sobie ze swoimi emocjami, samoświadomość i dobrze rozwinięta motywacja wewnętrzna, pozwalająca na osiąganie wyznaczonych celów?

Coraz bardziej świadomie mówi się dzisiaj o zmianach, które należy lub warto byłoby wprowadzić w polskich szkołach, by stały się naprawdę przyjazne nauczającym i uczącym się. Powstają nowe teorie, modele i metody pracy. Coraz częściej podkreśla się rolę nauczyciela, sprowadzając go do rangi mentora i promotora. Coraz więcej jest szkoleń, konferencji i eventów wspierających szkolnych przewodników w ich współpracy z młodymi ludźmi. Wszystko to na rzecz poprawy edukacji.

Pamiętajmy jednak, że zanim zmiany wejdą w życie, minie wiele lat. Jako rodzice możemy już dziś zadbać o to, by nasze dzieci dobrze radziły sobie w przyszłości. I mimo że czasem jest ciężko, bo dużo pracujemy, a mało zarabiamy, bo w małżeństwie nie układa się tak, jakbyśmy tego chcieli, pamiętajmy, że nic nie trwa wiecznie, a miłość do siebie i swojego dziecka niezależnie od jego ocen oraz akceptacji siebie i swojej pociechy to kwestie uniwersalne. To właśnie one mają znaczący wpływ na zdrowie i szczęśliwą dorosłość naszych dzieci. Świetnie podsumowuje to psycholog Agnieszka Stein: „(…) dziecko, które ma trudności w nauce, potrzebuje pomocy i wsparcia, a nie więcej presji i wymagań. Potrzebuje, żeby dorośli rozumieli, skąd się biorą jego trudności i wytrwale sięgali głębiej niż popularne – niestety – nadal: zdolny, ale leniwy”.

Jak my rodzice i nauczyciele możemy wspierać dzieci w ich drodze ku dorosłości?

Nauczmy młodych ludzi, jak radzić sobie ze złością, smutkiem i stresem. Rozmawiajmy o strachu, lęku o problemach. Bądźmy otwarci i czujni na ich troski. Zdrowie psychiczne naszych dzieci jest dużo ważniejsze od ich osiągnięć i ocen w szkole.

Jak pomóc dziecku odnaleźć się w szkolnej rzeczywistości?

Rozmawiać, nie oceniać, a kiedy można (a można naprawdę często), po prostu odpuszczać.

Czy dorośli lubią, kiedy ogranicza się ich wolność? Co wtedy czują? Jakie emocje wywołuje w nich ciągłe ograniczanie, ciągła kontrola? A gdyby do tego dorzucić jeszcze kwestię wykonywania zadań służbowych w domu, na przykład wieczorem, tuż po pracy? Spójrzmy na dzieci z własnej perspektywy i spróbujmy zrozumieć to, w jakiej sytuacji się znajdują, jak dużo się od nich wymaga. Zanim zdenerwujemy się na kolejną dwóję w dzienniku, spróbujmy dowiedzieć się, dlaczego się w nim znalazła.

Dzieci są kompletnymi istotami. Nie trzeba ich „dopełniać”, nie brakuje im kompetencji, więc nie wszystko musi być pod kontrolą. Wspierajmy młodych ludzi, a „niemiła pani od historii” czy „jedynka z polskiego” nabiorą innego znaczenia.

Oczywiście stosuję uogólnienia. Nie wszystkie dzieci negatywnie odnoszą się do szkoły, nie wszyscy nauczyciele złoszczą się na swoich uczniów i nie wszyscy traktują swoją pracę jako zło konieczne. Wbrew powszechnym opiniom coraz częściej spotyka się dzisiaj ludzi z pasją, kochających siebie, swoich uczniów i swoją pracę. Dziękujemy im za to, że są i stają się inspiracją dla pozostałych. Czerpmy od nich jak najwięcej i starajmy się odnaleźć się w niełatwej dla wszystkich rzeczywistości edukacyjnej. Pomóżmy sobie nawzajem stworzyć nową, świadomą przestrzeń rozwoju dla młodych ludzi.

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Magdalena Boćko-Mysiorska

Autorka projektu „Obudź się, szkoło”, nauczycielka, redaktorka, metodyk, wykładowca, lektor praktycznej nauki pierwszego języka obcego, autorka i współautorka podręczników i programów nauczania, doktorantka. Prywatnie mama montessoriańskiej córki.
Odwiedź stronę autorki/autora: http://obudzsieszkolo.pl/




„Jesteś głupia” – co dziecko chce tak naprawdę powiedzieć?

Dzień Babci i Dziadka inaczej. (Wiesz, kiedy poznałem twoją Babcię…)

Swobodna zabawa na łonie natury – najlepsza lekcja dla naszych dzieci

Przejdz do: