Dorośli często obawiają się autonomii swoich dzieci. Rozmowa z Marią Żynel, reżyserką "Grzecznej"
SZKOŁA / PRZEDSZKOLE - co kupić?
| Dorośli często obawiają się autonomii swoich dzieci. Rozmowa z Marią Żynel, reżyserką „Grzecznej”

Dorośli często obawiają się autonomii swoich dzieci. Rozmowa z Marią Żynel, reżyserką „Grzecznej”

Rozmowa z Marią Żynel - aktorką, pedagogiem, reżyserką spektaklu "Grzeczna" w teatrze Baj w Warszawie.

Spektakl “Grzeczna” powstał na podstawie książki norweskiej pisarki i psycholożki Gro Dahle. Jakie elementy odróżniają go od dzieła autorki?

Przede wszystkim spektakl powstał na bazie adaptacji książki Gro Dahle, napisanej przez Malinę Prześlugę. Razem z Maliną zastanawiałyśmy się nad tym, jak nadać życie opisanym w oryginale postaciom. Do tego niezbędne były dialogi. To pierwsza i dość oczywista różnica. Kolejne to choćby rozszerzona fabuła, dopisane trzy nowe postacie i piosenki. Dla psychologicznego uwiarygodnienia głównej bohaterki, pokazania całego procesu, który w niej zachodzi, potrzebni mi byli dodatkowi bohaterowie. “Grzeczna” Gro Dahle jest raczej surowo opowiedzianą historią. Żeby taką opowieść pokazać dzieciom w teatrze, w moim odczuciu potrzebny jest jakiś oddech, trochę dystansu i poczucia humoru.

„Grzeczna” w warszawskim Teatrze Baj

Jaki wpływ na historię Lusi mają wprowadzone przez panie dialogi?

Napisane przez Malinę Prześlugę dialogi zmieniają przede wszystkim samą Lusię. W książce przez większość czasu dziewczynka nie ma głosu. Narrator, ewentualnie inni bohaterowie, opowiadają nam o niej. W zasadzie wszystko, co o niej wiemy, jest zapośredniczone. Swoim głosem mówi dopiero na samym końcu. Jest to oczywiście świadomy i mocny zabieg, jednak trudno by było tak to przeprowadzić w teatrze. Najczęściej żeby widzowie mogli się utożsamić z postacią, muszą ją trochę poznać. To był bardzo ważny element. Nie chciałam, żeby bohaterka była postrzegana jako “bezwolna”, potrzebny był widoczny w niej samej konflikt. To na pewno w jakiś sposób zdynamizowało postać Lusi. Ale i tak z Izą Zachowicz, aktorką, która gra główną bohaterkę, bardzo uważałyśmy na to, żeby nie dodać Lusi za dużo energii – wtedy jej cichy dramat i końcowa przemiana mogłyby stać się mniej wiarygodne.

Jakie kwestie porusza wyreżyserowana przez panią sztuka?

Myślę, że jest przynajmniej kilka ważnych wątków. Oprócz tytułowego posłuszeństwa jest też kwestia nieśmiałości. To coś, z czym zmaga się bardzo wiele osób, często już od dzieciństwa. Coś, co jest też swego rodzaju wewnętrznym dramatem, który wydaje się może za mało interesujący, by go głośno rozważać.
Dla mnie ważny jest również wątek feministyczny – nieprzypadkowo u Gro Dahle główną bohaterką jest właśnie dziewczynka. Finał, w którym tak samo jak w oryginale okazuje się, że drogę Lusi powtórzyły i inne bohaterki, jest dla mnie jednym z ważniejszych komunikatów. Przy czym nie wydaje mi się, że ten problem czytelny jest jedynie dla kobiet. (Choć reakcje nauczycielek i mam po spektaklach mocno utwierdzają mnie w przekonaniu, że zarówno młode, jak i dojrzałe kobiety bardzo dobrze czują, co się głębiej za tą “grzecznością” kryje).
Jest samotność dziecka, trudne relacje szkolne, dziecięca odwaga i wyobraźnia. Kolejną ważną sprawą są relacje rodzinne – rodzice zachwyceni własnym dzieckiem, którzy, jak się okazuje, jego samego już nie widzą.

Nie dostrzegają jego potrzeb, pragnień, a tym samym nie są na nie uważni…

Dokładnie tak. Łatwo potrzeby drugiej osoby zamknąć w ramach oczekiwań widzialnych gestów, zaspokajania materialnych oczekiwań. To jest oczywiście bardzo ważne, ale jest jeszcze ta tajemnicza sfera, w którą wejść można tylko uważnie obserwując, słuchając, będąc czujnym. Tak jest chyba we wszystkich bliskich relacjach, a w relacjach z dzieckiem ma to jeszcze większe znaczenie. Nie dość, że nie możemy od niego oczekiwać wprost wyrażonych komunikatów w tej sferze, to chyba jednym z podstawowych i najtrudniejszych zadań rodziców, opiekunów jest nauczenie dziecka, jak te potrzeby u siebie i innych rozpoznawać.

Warto przy tym jako dorosły “przywódca stada” umieć nazywać własne uczucia, rozpoznawać je i radzić sobie z nimi, prawda?

Tak, w tym chyba największy problem. To, wydaje mi się, przenika przez skórę. Dorosłemu, który nie ma świadomości własnych problemów emocjonalnych, który nie potrafi ich w jakiś sposób wyrazić, trudno jest zapewnić bezpieczeństwo emocjonalne dziecku. Ale w tej dziedzinie szczęśliwie możemy ewoluować, więc zawsze jest szansa na pozytywne zmiany.

Czy wystawiona przez państwa sztuka ma się do tego przyczynić?

Taką mam nadzieję. Oczywiście myślę tutaj o komunikacie, który odbierają dorośli widzowie. I w zasadzie już wiem, że ten komunikat do wielu z nich dociera. Intelektualnie i emocjonalnie. Widziałam trochę mokrych chusteczek, słyszałam po spotkaniach, które odbywają się niemal po każdym spektaklu, że to powinni zobaczyć rodzice. Czy zrobią z taką refleksją coś więcej? Mam nadzieję, że znajdzie się choć kilkoro odważnych… Mimo że to nie oni są moimi najważniejszymi adresatami, to bardzo się cieszę, że znajdują w ”Grzecznej” także coś dla siebie.
Po kilku zagranych spektaklach i spotkaniach z widownią mogę powiedzieć, że dzieci doskonale rozpoznają tego rodzaju problemy. W zależności od wieku potrafią swoje refleksje naprawdę dobrze nazwać, odważają się na własne interpretacje, mają ciekawe spostrzeżenia dotyczące relacji w rodzinie Lusi, poszczególnych postaci, użytych środków inscenizacyjnych. I co mnie bardzo cieszy – często pytają, czy to prawdziwa rodzina. Kiedy pytałam, czy wygląda jak prawdziwa, twierdziły, że tak. I jestem przekonana, że nie chodziło tutaj o nierozpoznawanie rzeczywistości teatralnej, tylko o wiarygodność postaci i ich wzajemnych relacji. Szczegółowo o to dopytywałam po próbach generalnych.

Historia Lusi jest dość smutna, zachęca przy tym do głębokiej refleksji. Zapraszają państwo na nią również małych, bo już ośmioletnich widzów. Jak dzieci odbierają tę sztukę?

Nie byłam na wszystkich spektaklach, ale te, które widziałam, świadczą o tym, że udało nam się zrobić spektakl dla dzieci. To było dla mnie ważne, bo z takimi tzw. trudnymi, poważnymi tematami wiąże się zawsze jakieś ryzyko. Mówiąc “dla dzieci”, mam na myśli to, że z odbioru wynika, że “Grzeczna” jest dostosowana do ich możliwości percepcyjnych (chodzi np. o czas trwania), problemy są poruszone w sposób dla nich zrozumiały, a spektakl rozbudza ich emocje, skłania do refleksji. W ostatecznym rozrachunku nie ma też chyba wrażenia “smutnej historii”. Dopisane postacie – Kocyk, Myszka i Leoś – często nieco rozluźniają atmosferę, a dynamiczny finał niesie, mam nadzieję, jednak pozytywny komunikat.

A jak brzmi ten komunikat?

Nie chciałabym zamykać tego w ramach jednego hasła. Jak już wcześniej wspominałam, jest tu co najmniej kilka ważnych wątków, bo zależało mi na tym, żeby ten komunikat nie był płaski. Można by go skrócić do hasła “Mała grzeczna dziewczynka jest Bardzo Ważną Osobą”. Ważną dla siebie samej i dla innych. I to wcale nie dlatego, że jest tak idealna. Nie musi się na wszystko zgadzać, może czuć i myśleć po swojemu. Ma ukryte talenty, o których dowiedzą się ci, którzy będą oczekiwali czegoś innego niż posłuszeństwo, ci, którzy ją zobaczą. Chciałam też, żeby kilkuletni widzowie mogli obejrzeć spektakl, który pozwala na przeżywanie trudnych emocji, który omawia z nimi jakieś ważne kwestie, który ich w sztuczny sposób nie chroni przed bolesnymi sprawami, który pokazuje skomplikowany świat.
Myślę, że to też komunikat dla rodziców: dziecko ma swoją osobowość, jest indywidualnością, miewa bardzo trudne chwile, znajduje się w skomplikowanych dla niego sytuacjach, nawet jeśli tego nie widać.

Tutaj wracamy do zagadnienia bycia w pełni obecnym w relacji z dzieckiem. Umiejętności uważnego obserwowania, czytania reakcji, przeżyć i potrzeb młodego człowieka. Akceptowania go takim, jaki jest. Czy współcześni dorośli (rodzice, nauczyciele, opiekunowie) są pani zdaniem gotowi na taką formę konfrontacji z zagadnieniem nierealnie wysokich oczekiwań, jakie stawiają dzieciom?

Chyba nie da się tego jakoś ujednolicić… Myślę, że są gotowi. A na pewno jakaś część jest. Jeśli zdadzą sobie z tego sprawę, to myślę, że trudno im potem o tym zapomnieć. Inna sprawa, że sami przed sobą stawiają też nierealnie duże oczekiwania. A może to rzeczywistość, “dorosłość” je przed nimi stawia?
Myślę, że dorośli często obawiają się autonomii swoich dzieci i postrzegają ją jako “pozwalanie na zbyt wiele”.

Obawiają się też opinii innych i w końcu nie potrafią w pełni zaufać młodemu człowiekowi… Czy odnosi pani podobne wrażenie?

Obserwuję bardzo różne postawy – od rodzicielstwa bliskości po bardzo silną kontrolę. Pewnie często wynika to ze strategii wychowawczych, które wybrali wcześniej rodzice. A często nie jest to świadome i wynika po prostu ze sposobu, w jaki sami byli wychowywani.
Myślę, że przede wszystkim rodzice chcą jak najlepiej dla swoich dzieci. To w sumie oczywiste. I wierzę, w te dobre intencje. A to, że nie przeskoczą ot tak swoich własnych ograniczeń…
Myślę, że jest takie mocno zakorzenione poczucie, że “moje dziecko świadczy o mnie”. I może to ono powoduje taki stres, nadopiekuńczość, ciągłe ocenianie. Ocenianie dziecka w ciągłym poczuciu bycia ocenianym. Nie wiem, czy da się z tego tak po prostu wyzwolić. Ale cały ten proces to wielkie i niekończące się wyzwanie – pewnie największe w życiu.
Rodzice Lusi nie stosują wobec córki drastycznych zakazów, deklarują bardzo duże zaufanie, są z niej bardzo dumni. Wydaje się im, że wszystko robią bardzo dobrze. Niestety, w codziennej gonitwie nie starcza im już czasu, żeby się Lusi uważnie przyjrzeć. Starają się dać córce miłość i uwagę, ale – w mocno przez nas wyostrzony na scenie sposób – dają tylko powierzchowne zainteresowanie. Ona sama już wie, co ich cieszy, co pochwalą, czego nie. Sama bezszelestnie spełnia ich życzenia. Jest ukochaną “córeczką laleczką”.

Czyli spełnia oczekiwania dorosłych po to, by być w pełni akceptowaną, kochaną?

Najprościej mówiąc – tak. Lusia jest też jedynaczką, więc nie zna innego wzorca, nie widzi żadnej innej relacji. Rodzice są szczęśliwi, że mają tak grzeczną córkę, więc ona chce być wciąż grzeczna, żeby było jeszcze lepiej – zamknięte koło. Boi się, że kiedy ich zawiedzie, wyjdzie ze swojej zwyczajowej roli, wszystko się zawali. Jest w spektaklu taka scena – Lusia wraca ze szkoły cała brudna. I rzeczywiście, nagle jej świat zaczyna się kruszyć – rodzice są tym zaskoczeni, niezadowoleni, wydają się inni, obcy. Mała grzeczna dziewczynka nie chce przeżywać takich emocji, nie wie, jak się wtedy zachować. Więc zamyka się jeszcze bardziej. Ale myślę, że to jest zależność, która spełnia się w tej rodzinie na wszystkich płaszczyznach. Tata i mama też grają przed sobą role idealnych rodziców i małżonków, są słodcy i mili i nie chcą rozmawiać ani słuchać o trudnych sprawach, jeśli tylko nie muszą. To w naturalny sposób przepływa na dziecko.

Wspomniała pani wcześniej o tym, że po spektaklach organizują państwo spotkania z dziećmi. Czemu one służą i jak wyglądają?

Tam się często dzieje coś niesamowitego. Zwykle zaraz po oklaskach aktorzy wychodzą do widowni i albo pani kierowniczka literacka Teatru Baj – pani Aldona Kaszuba, albo sami aktorzy prowadzą z dziećmi rozmowę. Kilka pierwszych spotkań prowadziłam też ja i było to szczególne doświadczenie. “Grzeczna” to nie jest krótki spektakl, więc pozostanie jeszcze na rozmowie po nim nie jest oczywistą decyzją. To jasne, że nie wszyscy też mogą zostać. Ale nawet jeśli zdarza się jakaś początkowa niechęć, to zwykle rozmowa rozkręca się i ostatecznie dzieci często wychodzą z pytaniami i odpowiedziami, których już nie zdążyły wypowiedzieć.
Widziałam sytuacje, kiedy dzieci uczestniczą w tych rozmowach bardzo chętnie, zadają pytania i proponują takie interpretacje, że dorośli słuchają w szczerym zdumieniu. Ale to znów świadczy tylko o tym, jak często nie zdajemy sobie sprawy z poziomu ich świadomości, z ich możliwości wysnucia osobistej refleksji, z dojrzałości. Pierwsze jest przekonanie czy nawet obawa, że to będzie dla nich za trudne. Myślę, że dzięki spotkaniom z widzami mogę czuć się ostatecznie spełniona w roli reżyserki “Grzecznej”. Od momentu tego bezpośredniego kontaktu już wiem, że spektakl działa mniej więcej tak, jak chciałam. Choć gwarancji, że spodoba się każdemu, nie dam.

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Magdalena Boćko-Mysiorska

Życiowo - spełniona mama i żona. Zawodowo - pedagog, metodyk, tłumacz, wykładowca i lektor języka niemieckiego. Autorka i współautorka podręczników, testów, programów nauczania i artykułów. Od niedawna „mikrobadacz”. Autorka projektu "Obudź się szkoło" oraz bliskościowego bloga: www.magdalenabockomysiorska.pl
Odwiedź stronę autorki/autora: http://www.magdalenabockomysiorska.pl




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

Co robić, aby wspierać dziecko w dążeniu do samodzielności?

Jak wychować chłopców (dzieci) bez stereotypów?

8 przepisów na batony i ciasteczka mocy

Przejdz do: