Nie przesadzajmy z tym rozpieszczaniem...
| Nie przesadzajmy z tym rozpieszczaniem…

Nie przesadzajmy z tym rozpieszczaniem…

“Ledwie zapłacze i już do niego biegniesz!”, “We wszystkim jej ulegasz, za chwilę wejdzie ci na głowę”. Słyszeliście takie komentarze? Niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy przekonani do swojej wizji rodzicielstwa, takie uwagi potrafią zasiać ziarno wątpliwości. Czy dziecko faktycznie można rozpieścić?

Co to znaczy rozpieścić?

Słowo “rozpieścić” dla każdego znaczy coś innego. Część osób oczyma wyobraźni widzi dwulatka leżącego na podłodze w hipermarkecie i płaczącego w niebogłosy, bo nie dostał czekolady. Ktoś inny – znudzone dziecko otoczone górą zabawek. Słownikowa definicja tego słowa to „psuć zbytnim pobłażaniem, nadmierną tolerancją, dogadzaniem komuś; rozpuszczać”. Bez względu na to, co dokładnie przez nie rozumiemy, przeważnie jest ono nacechowane pejoratywnie. Nic więc dziwnego, że żaden z rodziców na liście swoich celów wychowawczych nie umieszcza rozpieszczania. Wizja kapryśnego, zepsutego dziecka przyprawia o gęsią skórkę. Każdego. Czy rodzic może doprowadzić do takiego stanu swoje dziecko?

Przede wszystkim chyba każdy z nas od czasu do czasu rozpieszcza swoje dziecko (przynajmniej wg słownikowej definicji). Czasami miewamy problemy z ustaleniem granic (własnych!), mamy gorszy dzień i nie jesteśmy tak dostępni emocjonalnie, jak byśmy chcieli, lub zwyczajnie ulegamy namowom dziecka i kupujemy kolejny zestaw klocków. Spójrzmy prawdzie w oczy: od czasu do czasu każdy z nas idzie po linii najmniejszego oporu. Czy jest w tym coś złego? Nie, jeśli takie sytuacje zdarzają się akcydentalnie. Pojedyncze “odstępstwa od normy” nie sprawią, że skrzywdzimy nasze dzieci, i nie spowodują, że “wejdą nam na głowę”.

Jakiś czas temu Agnieszka Stein napisała niezwykle interesujący tekst dotyczący niekonsekwencji. Wynika z niego, że to nie niekonsekwencja jest prawdziwym zagrożeniem, ale może nią być właśnie przywiązanie do odgórnie (w zasadzie nie wiadomo przez kogo) ustalonych zasad, brak elastyczności, sztywność myślenia czy schematy:

Niekonsekwencja odgrywa ważną rolę wtedy, kiedy nasze dziecko styka się z różnorodnością świata: z różnymi ludźmi, poglądami, zasadami. Ma wtedy wspaniałą szansę budowania swojego świata i swojej tożsamości w oparciu o wiele modeli i wzorów. Nie ma żadnego uzasadnionego powodu, aby wszyscy mający kontakt z dzieckiem dorośli mieli identyczny sposób bycia, identyczne poglądy i upodobania. Naszemu dziecku nic się nie stanie, jeśli u babci będzie mogło siedzieć na krześle, które samo sobie wybierze, a u nas nie. W dalszym życiu również będzie miało do czynienia z prostym faktem, że w różnych miejscach pobytu obowiązują różne zasady zachowania: czego innego wymaga się od niego w szkole podczas lekcji, czego innego podczas wizyty u kolegi itd. Bardzo ważna lekcja – ludzie są różni. Nie okradajmy z tego bogactwa naszego dziecka w imię kultu konsekwencji.

Nawet jeśli mama i tata mają różne sposoby opieki, na różne rzeczy pozwalają, mają różne przekonania – to także najczęściej jest wzbogacające dla dziecka. Jeśli bardziej oczekujemy od naszego dziecka współpracy niż posłuszeństwa, dajemy mu wspaniały kapitał na przyszłość: szansę bycia dojrzałym, samodzielnym, szanującym innych człowiekiem.

(Przeczytaj: O pożytkach płynących z niekonsekwencji)

Czy można rozpieścić dziecko emocjonalnie?

Jeszcze 30 lat temu większość ludzi uważała, że nic się dziecku nie stanie, jeśli trochę popłacze (poćwiczy płuca, zmęczy się i zaśnie). W tej chwili przeważa stanowisko, że za każdym dziecięcym zachowaniem stoi ukryta potrzeba, że jeśli płacze, zwyczajnie komunikuje nam jakiś dyskomfort. Czy w takim razie zaspokajanie potrzeb, noszenie, tulenie, poświęcanie czasu i uwagi może mieć dla dziecka negatywne konsekwencje? To raczej niemożliwe. Natomiast brak empatii i niereagowanie na płacz – na pewno. W czasie długotrwałego płaczu w ciele dziecka podnosi się poziom hormonów stresu (kortyzolu i adrenaliny), które w dużym natężeniu mogą powodować zmiany w budowie mózgu, zaburzenia gospodarki hormonalnej oraz przyczyniać się do występowania agresywnych zachowań w przyszłości.

Przeczytaj: Cry it out, czyli wypłacz się sam. Kilka powodów, dlaczego to nie jest dla nas

Część osób pod pojęciem “rozpieszczenie” ma także na myśli nadmierne (w swojej subiektywnej ocenie) przywiązanie dziecka do rodzica. Według takiego poglądu spanie z dzieckiem, długie karmienie piersią, noszenie na rękach lub w chuście to uzależnianie malucha od siebie i upośledzenie jego samodzielności. Czy to jednak nie absurd wymagać od niemowlęcia samodzielności? Nie ma absolutnie nic dziwnego ani nadzwyczajnego w dziecięcych potrzebach bycia blisko rodzica czy bycia noszonym – bez tego nie przetrwalibyśmy jako gatunek. Zaspokajanie tych potrzeb nie jest żadnym zagrożeniem dla rozwoju dziecięcej autonomii. Pociąg do niezależności jest tak samo naturalny dla człowieka jak oddychanie, spanie i jedzenie. Prędzej czy później dziecko zacznie potrzebować szerszego kontekstu społecznego i ramiona matki przestaną mu wystarczać. Uważny rodzic potrafi rozpoznać, kiedy jego dziecko potrzebuje usamodzielnienia się. Pozwoli mu stanąć na nogi i będzie je dopingować.

Przeczytaj: “Niech radzi sobie samo?”, czyli o wsparciu dziecka w samodzielności

Jest jednak także druga strona medalu. Bardzo często jest w nas, rodzicach, tendencja do nadmiernego chronienia dziecka. Jak ognia unikamy dziecięcego płaczu i jakichkolwiek przejawów niezadowolenia. Z jakiegoś powodu wydaje nam się, że poczucie bycia kochanym jest nierozerwalnie związane z nieustającym poczuciem szczęścia. Warto sobie uświadomić, że miłość rodzicielska i zaspokajanie potrzeb dziecka nie oznacza, że mamy chronić je przed doświadczaniem trudnych emocji. Po pierwsze na dłuższą metę jest to niemożliwe. Po drugie docelowo przyniesie to więcej szkody niż pożytku. Jednym z zadań rodzicielstwa jest nauczenie dziecka, jak radzić sobie także z trudnymi emocjami: złością, smutkiem, frustracją. Dlatego nie warto nadmiernie chronić dzieci przed konsekwencjami ich zachowań (oczywiście jeśli nie zagrażają one niczyjemu zdrowiu i życiu). Nie bójmy się także odmawiać, jeśli faktycznie nie chcemy czegoś robić. Nasz asertywna postawa to także swego rodzaju lekcja asertywności dla dziecka: “Nie muszę się zgadzać na coś, na co nie mam ochoty” (choć chyba nasze dzieci mają to opanowane do perfekcji). Towarzyszenie dziecku w przeżywaniu tych emocji może być trudnym doświadczeniem dla obojga. Doskonale opisuje to Małgorzata Musiał:

Córka wywrzeszczała się, rozładowując nagromadzone emocje, a ja na chwilę stałam się wrakiem rodzica. Mogłam – och, nawet chciałam! – zagrozić jej, że nigdy więcej nie pójdzie do koleżanki, że to jest niedopuszczalne, nie dostanie deseru, nie obejrzy bajki, cofnę jej kieszonkowe czy co tam jeszcze. A może nawet wszystko razem.

Zamiast tego wykazałam się całkowitą bezradnością, siadając z nią i tłumacząc, jak się czułam, podkreślając, że rozumiem jej rozczarowanie i frustrację i że nie chcę być nigdy więcej workiem treningowym. I proszę sobie wyobrazić, że nie byłam. Nie zostałam już uderzona, popchnięta, coraz rzadziej słyszę krzyki pełne złości i niemiłe słowa.

(Przeczytaj: „Uważaj, bo wejdzie ci na głowę!”)

Dzięki takiemu rozwiązaniu dziecko rozwija w sobie empatię, swego rodzaju poczucie wrażliwości i umiejętność radzenia sobie z trudnymi emocjami. Rodzic, przyzwalając mu na zmierzenie się ze złością, smutkiem, frustracją, pokazuje, że wszystkie przeżywane emocje są tak samo ważne i nie można ich wartościować – dzielić na dobre i złe. To bardzo istotne, ponieważ emocje odzwierciedlają zaspokojone i niezaspokojone potrzeby. Mówiąc dziecku, że to, co czuje, jest złe, negujemy tak naprawdę potrzebę, która za tym stoi. Według Joanny Berendt:

Dzięki adekwatnej i dojrzałej reakcji rodzica dziecko uczy się nie tylko rozpoznawać swoje emocje i potrzeby, lecz także buduje z rodzicem relację opartą na szacunku, akceptacji i zaufaniu – a to są składniki bezwarunkowej miłości. Dziecko zdobywa także poczucie własnej wartości i uczy się, że to, co przeżywa, jest ważne i warto to zaakceptować, a także działać wsłuchując się w swoje emocje. To początki asertywności, zaufania do intuicji, umiejętności działania w zgodzie ze sobą – cech tak ważnych w późniejszym, dorosłym życiu.

(Przeczytaj: Jak radzić sobie z trudnymi emocjami dzieci)

Czy rozpieszczenie dziecka to realne zagrożenie?

To zależy. Jeśli nasze dziecko wzrasta w przekonaniu, że inni ludzie nie są ważni, a pojawiają się, by spełniać jego potrzeby, to może się tak zdarzyć. Jeśli dziecko oprócz momentów, gdy jest to typowe dla jego rozwoju, rani innych ludzi i łamie zasady, to także może się tak zdarzyć. Jednak przeważająca większość dzieci poprzez swoje zachowania dąży jedynie do zaspokojenia swojej potrzeby. Często wybierają drogę kontrowersyjną dla dorosłego obserwatora. Zdarza się, że w swoim rozwoju nie dotarły jeszcze do momentu pełnej empatii czy samokontroli emocjonalnej. Wtedy ich zachowania wykraczają poza przyjęte normy społeczne.

Zadaniem rodziców jest wspierać rozwój emocjonalny dziecka, rozwijać z nim więź, która będzie stanowić schemat nawiązywania relacji w dorosłości. Jeśli więc, drogi rodzicu, włączasz kolejną bajkę, śpisz z dzieckiem, pomimo że ma własne łóżko, prawdopodobnie nie rozpieścisz go, jeśli tym zachowaniom towarzyszy zrozumienie i poszanowanie dziecięcych emocji, pokazywanie własnych granic i uwrażliwianie na drugiego człowieka. Jeśli rozmawiasz ze swym dzieckiem o uczuciach – o swojej i jego złości, o swoim i jego smutku czy radości, to uwrażliwiasz je na innych ludzi. Istotą naszego życia są relacje. To one są miarą satysfakcji życiowej. Jeśli będziemy o tym pamiętać i działać tak, by do tego dążyć, rozpieszczenie przestanie jawić się jako zagrożenie. Wtedy każda interakcja z dzieckiem będzie rozpatrywana przez pryzmat jego potrzeb oraz relacji. Warto mieć w pamięci słowa Małgorzaty Musiał:

Rodzicielstwo jest tak pełne trudnych sytuacji, napięć, potknięć i pomyłek, że gdybym jeszcze widziała w dzieciach zagrożenie dla mojej rodzicielskiej władzy, mogłabym nie dożyć ich dorosłości. Na szczęście tak nie jest – nie czyhają, by strącić mnie z tronu i odebrać mi władzę. Zatem nie muszę nią szafować – i bez tego wszyscy wiemy, że w naszej rodzinie to rodzice są przywódcami, nie dzieci. Możemy skupić się na dialogu, szukaniu rozwiązań i budowaniu relacji, a nie na przeciąganiu liny.

W takiej optyce nie ma miejsca na rozpieszczenie dziecka, gdyż obie strony uczą się wzajemnego szacunku i uważności.

Foto: flikr.com/rifqidahlgren

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Ewa Krogulska

Psycholog, redaktorka, doula i certyfikowana przez CNOL Promotorka Karmienia Piersią. Współorganizatorka oddolnej inicjatywy Lepszy Poród walczącej o prawa kobiet w porodzie. Prywatnie mama dwóch chłopców.
Odwiedź stronę autorki/autora: http://www.lepszyporod.pl/




Rodzicielstwo bliskości a starsze dzieci

„Jaś zapnie kurteczkę”, czyli o zwracaniu się do dziecka w trzeciej osobie

Baby blues, depresja poporodowa, zespół stresu pourazowego – co warto o nich wiedzieć?

Przejdz do: