Fińskie dzieci uczą się najlepiej
Święta, święta, święta... zobacz PREZENTY dla dzieci
| Fińskie dzieci uczą się najlepiej

Fińskie dzieci uczą się najlepiej

Fragment książki "Fińskie dzieci uczą się najlepiej", Timothy D.Walkera.

Zanim znalazłem się w Finlandii

Podczas pierwszego roku pracy jako nauczyciel w Arlington w stanie Massachusetts znalazłem się na najlepszej drodze do wypalenia zawodowego. W tygodniu zwykle zjawiałem się w szkole około wpół do siódmej rano, a wychodziłem nawet wieczorem, najczęściej z plecakiem pełnym materiałów dla nauczycieli. Usiłowałem nie myśleć o obowiązkach po pracy, lecz bezskutecznie. Przy śniadaniu nerwowo ślęczałem nad planami zajęć, a wieczorami, leżąc w łóżku, obsesyjnie roztrząsałem wszystko, co moim zdaniem robiłem „źle”. Budziłem się cztery albo pięć razy w ciągu jednej nocy. Czasem rano byłem tak zestresowany, że biegłem do łazienki zwymiotować…

Zanim zacząłem uczyć, rozsadzał mnie entuzjazm i wierzyłem, że pokocham nauczanie. Lecz już w październiku dotarło do mnie, że nienawidzę swojej pracy. Nie dawała mi radości. Wprost przeciwnie.

Moja żona Johanna zamartwiała się, widząc mój stan. Twierdziła, że jeśli nie zwolnię tempa, będę musiał wziąć urlop.

— W życiu! — mówiłem. Johanna, która jest Finką, nie mogła pojąć, dlaczego nie daję sobie chwili wytchnienia. Opowiedziała mi o swojej koleżance z Helsinek, która tak jak ja uczyła wówczas w pierwszej klasie i pracowała nie więcej niż sześć godzin dziennie, wliczając w to godzinę lub dwie przygotowań do lekcji. Wychodziła ze szkoły o czternastej i zapominała o wszystkim, co było związane z pracą.

Fińskie dzieci uczą się najlepiej

Miałem wątpliwości, czy Johanna dobrze zrozumiała jej słowa. Albo zrozumiała je dobrze, tylko ta koleżanka po prostu nie była dobrą nauczycielką. Dobrzy nauczyciele, wyjaśniłem żonie, nigdy nie pracują tak krótko. Harują aż do granic możliwości.

— Nie w Finlandii — usłyszałem.

Johanna przez kilka miesięcy pracowała w Helsinkach jako nauczycielka na zastępstwie, dzięki czemu poznała kulisy tego zawodu w swojej ojczyźnie. W szkołach w Finlandii na każdą godzinę lekcyjną przypada kwadrans przerwy. Według mojej żony większość nauczycieli spędza ten czas w pokoju nauczycielskim, pijąc kawę, gawędząc z kolegami i wertując czasopisma. Z moich doświadczeń z rodzimego podwórka wynikało, że jest to dość naciągana wizja.

W szkole w Massachusetts długą przerwę obiadową — zazwyczaj jedyną, jaką miałem w ciągu dnia — często spędzałem w budynku. Chodziłem po klasie, trzymając w ręce obranego banana, od czasu do czasu go pogryzając i szykując się do popołudniowych zajęć.

Przez pierwszy rok mojej pracy w szkole Johanna z całych sił starała się mnie przekonać, że można uczyć inaczej. I nie dość, że przeżyć, to jeszcze rozkwitnąć. Gruba przesada!

Moja rzeczywistość, podobnie jak wielu innych amerykańskich nauczycieli, wydawała się zupełnie odmienna od fińskiej. Nie miałem co chwilę przerw. O czternastej, kiedy koleżanka Johanny wracała do domu, ja wciąż prowadziłem ostatnie lekcje. A po pożegnaniu pierwszaków o piętnastej czekały na mnie jeszcze sterty materiałów do przerobienia.

Poświęcałem pracy dwanaście godzin dziennie i uważałem, że jestem dzięki temu o wiele lepszym nauczycielem niż znajoma Johanny. Lecz już pod koniec roku wiedziałem, że raczej kiepski ze mnie belfer. Byłem zestresowany i przestraszony. Co gorsza, nauczanie przestało mnie cieszyć, a to z kolei odbijało się na moich uczniach. Oni także nie wyglądali na szczęśliwych.

Kiedyś kolega powiedział mi, że pięćdziesiąt procent amerykańskich nauczycieli odchodzi z zawodu w ciągu pierwszych pięciu lat pracy. Pomyślałem, że na bank dołączę do ich grona. Pod koniec lutego mój niepokój i problemy ze snem nasiliły się bowiem tak bardzo, że nie byłem w stanie przygotować się do lekcji na następny dzień. Przesiadywałem za biurkiem, przez długie minuty wbijając tępy wzrok w planer. Któregoś popołudnia, po kolejnej bezczynnej godzinie, wróciłem do domu i osunąłem się na kuchenną podłogę. Leżałem tak, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Johanna błagała, żebym wziął urlop. Po tygodniach nieprzespanych nocy pokornie chwyciłem telefon i poprosiłem o wolne.

Byłem gotowy porzucić dotychczasowy zawód i udawać, że ostatnie miesiące były tylko koszmarnym snem. Równocześnie jednak nie mogłem zapomnieć słów mojej żony.

Czy naprawdę można uczyć i rozkwitać? Nie tylko w fińskiej szkole?

Trzy lata później Johanna i ja postanowiliśmy przeprowadzić się do Finlandii. Nie dlatego, że zdecydowałem się porzucić amerykański system oświaty. Wprost przeciwnie: nie chciałem tego robić. Wciąż uczyłem w tej samej szkole, dziękując Bogu, że przetrwałem ten żenujący pierwszy rok. Z biegiem czasu zacząłem czerpać radość z nauczania, choć każdego dnia wracałem do domu wykończony zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Na rok przed przeprowadzką do Helsinek byłem pełnoetatowym nauczycielem, kończyłem studia podyplomowe i łapałem się dodatkowych zleceń. Spędzałem w domu o wiele mniej czasu, niżbym tego chciał — i prawdę mówiąc, znów pomału się wypalałem. Marzyliśmy z Johanną o zwolnieniu obrotów, szczególnie dopóki nasz syn był mały, a kolejne dziecko w drodze.

Kiedy oznajmiłem, że zamierzam osiąść w Helsinkach, dyrektor szkoły, w której pracowałem, stwierdził, że to będzie krok w mojej karierze. Zaśmiałem się na ten pomysł, ponieważ byłem dokładnie przeciwnego zdania. Kupiliśmy bilety w jedną stronę bez żadnych gwarancji, że w ogóle znajdę w Finlandii etat. Zamierzałem nawet zupełnie zrezygnować z nauczania i wieść po prostu spokojne życie.

Pod koniec czerwca 2013 roku, miesiąc przed przeprowadzką za ocean, otrzymałem mail od dyrektorki pewnej szkoły w Helsinkach. Pisałem do niej — a także do dyrektorów paru innych fińskich placówek — już w marcu. Od nikogo nie dostałem odpowiedzi, dlatego przestałem się łudzić, że znajdę pracę w zawodzie w obcym kraju. Ale tego czerwcowego poranka przyszło do mnie zaproszenie na rozmowę o posadzie nauczyciela anglojęzycznej klasy piątej w szkole powszechnej w Helsinkach.

Jeszcze w tym samym tygodniu dyrektorka fińskiej placówki przeprowadziła ze mną rozmowę kwalifikacyjną przez Skype’a, po czym zaproponowała mi pracę. Byłem w siódmym niebie i chętnie przyjąłem jej propozycję. Potem jednak zacząłem się zastanawiać: na co dokładnie się zgodziłem?

Nie miałem wielkiego pojęcia o tamtejszym systemie edukacyjnym, wiedziałem jedynie, że ma wysoki poziom. Johanna zdążyła mi opowiedzieć tylko o krótkim dniu lekcyjnym i długich przerwach. Z filmu dokumentalnego dowiedziałem się jeszcze, że w testach PISA, czyli największych międzynarodowych badaniach umiejętności uczniów na świecie, piętnastolatki z Finlandii od lat znajdowały się w czołówce pod względem poziomu czytania, matematyki i przedmiotów przyrodniczych. Jak widać, byłem w temacie ignorantem.

Tak czy owak, rozpoczynałem dwuletnią podróż, żeby poznać fińską edukację od podszewki

Kiedy pisałem tę książkę, chciałem się przekonać, czy inni nauczyciele w Finlandii także wdrażają metody, które miałem okazję obserwować w Helsinkach, dlatego odwiedziłem wiele szkół w różnych częściach kraju. Rozmawiałem też z wieloma nauczycielami z przedszkoli, szkół podstawowych i średnich. Wszyscy oni pracowali podobnie.

Odkryte przeze mnie sposoby na radość nie były ani olśniewające niczym korzystanie z iPadów na lekcji, ani też idealistycznie abstrakcyjne, jak „zaufajcie uczniom i już!”. Nauczanie opierało się na prostych, efektywnych metodach, które sprawdzą się w każdej klasie. A co najlepsze, wiele z nich wniosło do mojej klasy radość. Zapewne fińskie metody nauczania wymagałyby powolnego zaszczepiania na nowym gruncie, lecz bez wątpienia nie są zarezerwowane wyłącznie dla Finlandii.

Weźmy, dla przykładu, jedną z metod, którą proponuję w swojej książce: przerwy dla pracującego umysłu w trakcie dnia zajęć. Bez zmiany polityki oświatowej amerykańscy nauczyciele będą mieli problemy z wprowadzeniem częstych piętnastominutowych przerw na swobodną zabawę. Ale naśladując fiński wzorzec, mogą z łatwością zaproponować swoim uczniom krótkie chwile „czasu wolnego” w ciągu dnia, aby dzieci zachowały świeżość umysłu i koncentrację.

W swojej książce sprawdzam, co takiego już dziś — idąc za fińskim przykładem — można zrobić, aby wprowadzić w swoich klasach zmiany na lepsze.

Gdy w 2001 roku po raz pierwszy ogłoszono wyniki badania PISA, Finowie, którym od dziecka wpajano, że nie są lepsi od innych, ze zdumieniem odkryli, że ich system oświaty zajął pierwsze miejsce. Jego łagodniejsze podejście, oparte na krótkim dniu lekcyjnym, niewielkim obciążeniu zadaniami domowymi i nielicznych obowiązkowych testach, przeczyło tradycyjnym poglądom o tym, jak osiągnąć doskonałe wyniki nauczania. Ten niewielki nordycki kraj sugerował Ameryce i reszcie świata, że istnieje inny sposób nauki, bez stresowania nauczycieli i uczniów. Widać to było zarówno na poziomie polityki oświatowej, jak i w każdej fińskiej sali lekcyjnej. Finowie za pomocą prostych, małych kroków promują radość z nauczania i radość z nauki, a jak dowodzą liczne badania PISA, ich uczniowie koniec końców radzą sobie doskonale.

W biblii amerykańskich pedagogów Teach Like a Champion 2.0 [Ucz jak mistrz] Douga Lemova przeczytałem, że jeśli uczniowie są radośni, lepiej się uczą. Radość traktuje on jako narzędzie, dzięki któremu nauczyciel może pomóc swojej klasie więcej osiągnąć i poznałem wiele przydatnych strategii. Jedna z nich wprawiła mnie jednak w zakłopotanie: „czynnik radości”. Radość w sali lekcyjnej, sugeruje Lemov, to narzędzie, za którego pomocą nauczyciel może poprawić osiągane wyniki:

Rzecz jasna, czynnik radości nie jest celem samym w sobie

Dobrze wykorzystany podczas lekcji czynnik radości musi być „sługą” — a zatem przyczyną jego istnienia jest wsparcie celu przyjętego na dany dzień. Nauczyciel powinien również szybko go włączać i wyłączać.

Podczas gdy Lemov traktuje radość w kategoriach strategii, ja proponuję coś innego: zacznijmy postrzegać radość lub szczęście (czyli stan wzmożonego pozytywnego samopoczucia) jako nadrzędny cel lekcji! Zamiast odstawiać szczęście na boczny tor, można je wykorzystać do poprawy efektów nauczania oraz rozwoju inteligencji emocjonalnej i społecznej.

Rozumiem, że stawianie na pierwszym miejscu radości w klasie może się komuś wydać pomysłem abstrakcyjnym. Spójrzmy na to inaczej: kiedy zależy nam na tym, żeby się dobrze wyspać, uznajemy to za priorytet i przed położeniem się do łóżka robimy wszystko, żeby odpocząć: relaksujemy się, wyłączamy telefon, spokojnie oddychamy. W podobny sposób możemy potraktować radość — jako priorytet.

Podczas dwóch lat pracy i życia w Finlandii poznałem kilka przydatnych kroków, za których pomocą nauczyciele mogą wprowadzić w życie radosne nauczanie i uczenie się. Raj Raghunathan, wykładowca w McCombs School na Uniwersytecie Austin w stanie Teksas oraz autor If You’re So Smart, Why Aren’t You Happy? [Skoro jesteś taki bystry, dlaczego nie jesteś szczęśliwy?], wyróżnia cztery elementy szczęścia (o ile podstawowe potrzeby, takie jak pożywienie czy schronienie, zostały zaspokojone): wsparcie, samodzielność, umiejętności i sposób myślenia. Dodałem do tej listy dobre samopoczucie, które uważam za najważniejsze do rozwinięcia pozostałych elementów. Uporządkowałem więc swoje trzydzieści trzy proste sposoby na radość w twojej klasie na podstawie tych pięciu składników.

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Dzieci są ważne

Dobry Duch serwisu Dziecisawazne.pl:)

Odwiedź stronę autorki/autora: http://dziecisawazne.pl/




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

Juul na poniedziałek, cz. 71 – Adoptowane dzieci

Dlaczego nie warto UCZYĆ dzieci języka obcego?

8 zabawek na dłużej niż 5 minut!

Przejdz do: