Dlaczego warto być otwartym na wszystkie emocje? Fragment książki Małgorzaty Musiał
KIDS FASHION - 100 najciekawszych propozycji. Zobacz...
| Dlaczego warto być otwartym na wszystkie emocje? Fragment książki Małgorzaty Musiał

Dlaczego warto być otwartym na wszystkie emocje? Fragment książki Małgorzaty Musiał

Emocje to nieodłączna część naszego życia. Niezależnie od ich natężenia oraz barwy (zwykliśmy dzielić je na pozytywne i negatywne) towarzyszą nam każdego dnia i w każdej sytuacji. Umiejętność rozpoznawania, nazywania, rozumienia i ostatecznie przeżywania różnych stanów emocjonalnych należy do najbardziej wymagających, ale jednocześnie kluczowych kompetencji, jakie warto rozwijać u siebie i swoich dzieci.

Zapewne niejeden rodzic znalazł się w sytuacji, w której jego dziecko zanosi się płaczem w centrum handlowym, ponieważ nie dostało upragnionej zabawki. I żadna ze znanych metod uspokojenia go nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Równie powszechny jest obraz malucha wrzeszczącego ze złości z powodu nagłej konieczności opuszczenia ulubionego placu zabaw. Jak reagować w chwili, w której przedszkolak doświadcza porannej frustracji, ponieważ nie wie, na którą parę skarpetek się zdecydować, a rodzice muszą natychmiast wyjść do pracy?

Wspierać dziecko w radzeniu sobie z emocjami?

Fenomen wspierania dzieci w radzeniu sobie z emocjami zajmuje nas dzisiaj coraz częściej. Publikacje i poradniki wyrastają niczym grzyby po deszczu, media społecznościowe zasypują pluralistycznymi sugestiami: “Nie reagować, kiedy się przewróci”, “Spieszyć z pomocą, gdy tylko zapłacze”, “Nazywać emocje”, “Odwracać uwagę”, “Przytulać”, “Pozostawić na chwilę samemu sobie”… Nietrudno zgubić się w gąszczu informacji. Który sposób jest odpowiedni? Który zadziała najlepiej i najszybciej w przypadku mojego dziecka? Każdy chciałby znaleźć złoty środek, który sprawi, że wszystko pójdzie gładko. Czy istnieje jednak niezawodna metoda, która ułatwi zrozumienie dziecięcych ekspresji i zachowań?

„TAK” dla emocji – jako fundament wspierania dzieci w ich przeżywaniu

…podpowiada Małgorzata Musiał, autorka książki: „Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny”.

Przeczytaj fragment:

„Zaakceptowanie emocji jest zawsze kluczowe, uznanie, że są one naturalną częścią życia i że niedojrzały mózg ma trudności w ich regulacji – stąd trudne zachowania. Można wyuczyć się pewnych strategii i komunikatów wspierających ten proces – jeśli jednak naszą intencją jest natychmiastowe ukrócenie tego, z czym zmaga się dziecko, nie dajemy mu prawdziwego wsparcia. Moje pierwsze zniechęcenie spowodowane doświadczeniem, że to nie działa, dotyczyło sytuacji, w której dwuletni syn zezłościł się na coś i chciałam mu dać ukojenie. Pamiętając o wszystkich elementach empatycznego komunikatu, ukucnęłam, złapałam z nim kontakt wzrokowy i powiedziałam spokojnie: “Widzę, że jesteś bardzo zdenerwowany”. Wtedy on wysunął ręce przed siebie, jakby chciał mnie odepchnąć, i cofając się krok po kroku, krzyczał: “Nie! Nie! Nie!”. Co za bzdury pomyślałam sobie wówczas. To w ogóle nie działa!

Minęło sporo czasu, zanim zrozumiałam, że to nie ma działać. To nie jest cudowna metoda na to, żeby dziecko przestało czuć to, co czuje. To nie jest tak, że kiedy powiem: “Widzę, że jesteś bardzo zdenerwowany”, dziecko rozluźni się, uśmiechnie i powie: “Dzięki mamo, już mi lepiej” i wróci do zabawy. Kiedy decyduję się wesprzeć w regulacji emocji, powinnam liczyć się z tym, że to potrwa. Dopiero wtedy zaczną się przetaczać: złość, wściekłość, smutek, żal, zdenerwowanie etc. Płacz może się nasilić, krzyk wzmocnić. To nie jest dowód na nieskuteczność takiego podejścia; wręcz przeciwnie, to dowód na to, że silne emocje oprócz ukojenia potrzebują rozładowania – a wspierająca postawa otoczenia stwarza ku temu bezpieczną przestrzeń.

Aby móc przyjąć dziecięce emocje, musimy umieć przyjmować swoje własne. Jeśli nie akceptuję swojej złości, trudno mi będzie zmierzyć się z tą dziecięcą. Jeśli uważam płacz za oznakę słabości, prawdopodobnie będę dążyć do ukrócenia płaczu mojego dziecka za wszelką cenę (może też zdarzyć się, że chodzi nie tyle o nieakceptację emocji, ile o bardziej przyziemną nadwrażliwość słuchową u rodzica – za jej sprawą trudno obcować z dźwiękami o wyższym natężeniu, nawet jeśli przyjmuje się wszystkie emocje z otwartymi ramionami).

„Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny” w Natuli.pl

Warto zacząć od uznania, że emocje są ważne i potrzebne – wszystkie. Że istotne jest nie to, aby ich nie przeżywać (lub przeżywać jak najkrócej), ale to, by umieć wyrazić je w sposób nieraniący innych, wziąć za nie odpowiedzialność (bez oskarżania: “Jestem zdenerwowana, ponieważ znów się spóźniłeś”; branie odpowiedzialności oznacza pozostanie przy komunikacie “ja”: “Jestem zdenerwowana, bo chcę mieć pewność, że kiedy umawiamy się na konkretną godzinę, to ta umowa będzie dotrzymana”).

Inną przeszkodą na drodze do akceptacji emocji jest nieuświadomione często przekonanie, że zadaniem rodzica jest sprawianie, aby dziecko było natychmiast szczęśliwe. Że miarą rodzicielstwa jest zadowolenie dziecka. Wiele razy słyszę od rodziców zaniepokojone pytanie: “Co mam zrobić, żeby mu pomóc?” i niedowierzanie w obliczu odpowiedzi: “Nic specjalnego”. Po prostu bądź, jak śpiewała Kora. Rodzicielskiej skuteczności nie mierzy się czasem, w którym dziecko powraca do równowagi emocjonalnej. Emocje muszą wybrzmieć, nawet jeśli trudno nam patrzeć, jak nasze dziecko cierpi, zanosi się płaczem po kłótni z przyjaciółką, wścieka się z powodu niesprawiedliwości w szkole – nie jest naszym zadaniem naprawianie świata, tylko bycie przy dziecku po to, by uporało się ze swoim bólem. Nie chodzi o to, by dziecko przed emocjami chronić, czy też żeby celowo wystawiać je na ich działanie. Chodzi raczej o pokazanie dziecku, że w tych emocjonalnych burzach nie jest samo, o pokazanie, jak można te burze przetrwać.
Dlatego tak ważne jest zaprzyjaźnienie się z własnymi emocjami – jeśli nie umiemy (a wielu z nas, dorosłych, nie umie) radzić sobie z własną złością tak, jak chcielibyśmy, aby nasze dzieci radziły sobie ze swoją, to tu mamy pole do rozwoju i samodoskonalenia. Proces zmiany schematów reagowania w obliczu silnych emocji jest zazwyczaj długotrwały i żmudny; dobra wiadomość natomiast jest taka, że mózg jest plastyczny przez całe życie i nawet jeśli naszą dotychczasową strategią było wyładowywanie bólu na innych, można to zmienić. Owszem, ciężką pracą, czasem orką na ugorze, z wieloma potknięciami, ale i można i warto.

Wracając do strategii: dopiero kiedy mamy w sobie gotowość, aby przyjąć wszystkie emocje dziecka, te nieprzyjemne i przyjemne (one też potrafią powalać intensywnością – nie zliczę, ile razy uciszałam własne dzieci, gdy rozpierała je wieczorna euforia!), nasze sposoby będą naprawdę dla nich wspierające. Kiedy dostroimy się do dziecka i zamiast odpychać jego silne emocje od siebie, otworzymy im szeroko drzwi, sposoby pojawią się same. Poczujemy wtedy intuicyjnie, czy przytulić, czy być obok, czy nazywać to, co się dzieje. Moim zdaniem metody są drugorzędne, najistotniejsza jest nasza postawa wewnętrzna.

Jest jednak coś, na co chcę zwrócić uwagę, a co dotyczy nazywania emocji. Niemal za każdym razem, gdy pracuję z rodzicami nad tym, jak ubierać emocje w słowa, doświadczam przemożnego rodzicielskiego pragnienia, by wprowadzić do tego procesu element wychowawczy lub przynajmniej racjonalizujący.

– Jesteś wściekły do granic! Masz ochotę kogoś uderzyć w tej wściekłości – pamiętaj jednak, że nie wolno bić.

– Jesteś smutna, bo pokłóciłaś się z przyjaciółką – nie martw się tak bardzo, na pewno się pogodzicie.

– Chciałeś bawić się piłką i jesteś zdezorientowany, bo chłopiec ci nie pozwolił. Wiesz, to jest piłka chłopca, ty masz swoją w domu.

Uważam, że wszystkie drugie części powyższych komunikatów są zbędne. Dzieci wiedzą, że nie wolno nikogo bić, słyszały to już milion razy – jeśli biją, to nie dlatego, że o tym nie wiedz, tylko dlatego, że niższe struktury mózgu biorą chwilowo górę nad wyższymi. W takiej sytuacji tym bardziej warto skupić się na regulacji emocji niż na napominaniu dziecka.

Wiedzą też zapewne, że przedmioty ich pożądania należą do innego dziecka: powtarzaniem tej okrutnej prawdy nie ukoimy ich bólu, będziemy wręcz podsycać go na nowo. Warto skupić się na tym, co dziecko chce przekazać: “Chciałeś bawić się piłką, a chłopiec ci nie pozwolił. Jesteś rozczarowany, bo miałeś ochotę wypróbować ją i zobaczyć, jaka ona jest. Spodobała ci się, prawda?”.

Pocieszanie po kłótni z przyjacielem też nie wydaje się konieczne – przynajmniej nie od razu. Kiedy pokłócę się z mężem i rozmawiam o tym z przyjaciółką, ostatnie, czego chcę, to przytaczanie miliona wcześniejszych sytuacji i udowadniania, że i tak się pogodzimy. Pewnie, że się pogodzimy, ale teraz chcę porozmawiać o tym, jak mi źle, a nie o tym, jak będzie dobrze.
Mam wielokrotnie powtarzające się doświadczenie, że wystarczy nazwać emocje i zamilknąć.

Wystarczą słowa “Jesteś nieźle rozzłoszczona”, bez ocen, pocieszania, moralizowania, podsuwania rozwiązań. Kiedy emocje opadną, dzieci zazwyczaj znajdują rozwiązania oraz, co cenne, to są ich rozwiązania, ich przemyślenia, ich decyzje. A przecież o to nam właśnie chodzi, by wspierać je w dążeniu do samodzielnego życia”.

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Magdalena Boćko-Mysiorska

Autorka projektów "Obudź się, szkoło" i "Zaopiekowany maluch", nauczycielka, redaktorka, metodyk, wykładowca, lektor praktycznej nauki pierwszego języka obcego, autorka i współautorka podręczników i programów nauczania, doktorantka. Prywatnie mama montessoriańskiej córki.
Odwiedź stronę autorki/autora: http://obudzsieszkolo.pl/




Krótkowzroczność – jakie mamy możliwości radzenia sobie z tym problemem?

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

Stern na piątek, cz. 8 – Nauczycielu, masz wielką moc!

Dzieci warto leczyć bezpiecznie – rozmowa z Michèle Boiron

Chcesz, żeby twoje dziecko się „lepiej uczyło”? Daj mu więcej wolnego czasu!

Przejdz do: