Fragment książki "Pasja narodzin" Sheili Kitzinger
SZKOŁA / PRZEDSZKOLE - co kupić?
| Fragment książki „Pasja narodzin” Sheili Kitzinger

Fragment książki „Pasja narodzin” Sheili Kitzinger

Sheila Kitzinger to międzynarodowej sławy antropolożka, edukatorka porodowa i feministka. Za zasługi w promowaniu porodu naturalnego oraz karmienia piersią odznaczono ją Orderem Imperium Brytyjskiego. Choć sama nigdy nie uzyskała dyplomu położnej, stała się ikoną walki o ludzkie oblicze porodu. Urodziła 4 dzieci.

Fragment pochodzi z książki „Pasja Narodzin. Moje Życie: Antropologia, Rodzina I Feminizm”, wydanej przez wydawnictwo Mamania.

Mój własny poród

Kiedy w październiku 1956 roku urodziła się nasza pierwsza córka, mieszkaliśmy we Francji, w Strasburgu, gdzie Uwe był sekretarzem Komisji ds. Gospodarki Rady Europy i pracował w służbach dyplomatycznych. Jako „żona dyplomaty” w Strasburgu odczuwałam presję wpasowania się w towarzystwo i niezwracania uwagi wyzywającym zachowaniem albo wyróżnianiem się w jakikolwiek inny sposób. Odnosiło się to też do mojego pierwszego porodu. Miałam możliwość wyboru jednego z dwóch prywatnych szpitali położniczych – katolickiego i żydowskiego – i trzeba było tylko podjąć decyzję.

Już w ciąży poszłam więc się rozejrzeć. Byłam przerażona widokiem sal porodowych w katolickim szpitalu, gdzie wysoki, płaski stół porodowy mieścił się tuż przed gigantycznym obrazem Chrystusa wiszącego na krzyżu, z którego ran na piersi, boku, rękach i nogach tryskała czerwona krew. Starano się tym przekazać matce: „Cierpisz straszliwe boleści, ale Chrystus wycierpiał jeszcze więcej. Znoś swój ból, tak jak znosił go Chrystus. Nie ma ucieczki. To jest twój krzyż”.

Towarzyszyłam jednemu z porodów w tym szpitalu i zaszokowało mnie, kiedy zakonnica zdeterminowana, by prawidłowo przystawić noworodka do piersi, stanęła w drzwiach z dzieckiem w ramionach, krzyknęła: „Przygotuj się, matko!”, a potem natarła na nią z niemowlęciem, które otwarło buzię ze zdziwienia, po czym nałożyła je na pierś matki.

Inna żona dyplomaty, Pat Beesley – moja bliska przyjaciółka – poleciła żydowski szpital, w którym sama urodziła. Przyglądając mu się bliżej, odkryłam, że jest bardzo nakazowy, a matki mają słuchać instrukcji i zgadzać się na każdą proponowaną interwencję.

W każdym razie zdałam sobie sprawę, że będę oddawała swoje ciało pod kontrolę instytucji, która narzucała koncepcję narodzin całkowicie odmienną od mojej. Chciałam tego za wszelką cenę uniknąć. W końcu zdecydowałam się na inne rozwiązanie: poród domowy z pomocą położnej, która wiedziała, jak pomagać kobietom rodzić w sposób jak najbardziej naturalny i spontaniczny. We Francji nazywano to accouchement sans douleur. Najlepiej było poszukać takiej, która była w jakimś stopniu wytrenowana we wprowadzanej właśnie metodzie prowadzenia porodu – psychoprofilaktyce.

Moje dziecko było moje, a ja chciałam je poznać jak najlepiej już od pierwszych chwil. Czułam, że mogę zaufać własnemu ciału. Zdawałam sobie sprawę, że moje wybory wydawały się być w bardzo złym stylu, a koleżanki mówiły mi, że zachowuję się „jak wieśniaczka”.

Reklama sponsora artykułu
Kup książkę Kitzinger „Pasja Narodzin”

Wyd. Mamania
CENA: 39.90 PLN

Autorka zabiera nas w niezwykłe podróże odbywane ze swoją nieprzeciętną rodziną (pięć córek!), podczas których w najodleglejszych zakątkach świata prowadziła badania nad historycznymi, społecznymi i kulturowymi aspektami porodu. Odkrywa przed nami świat mistycznych przeżyć zarówno kobiet w egzotycznych plemionach, jak i tych rodzących w najlepszych szpitalach na całym świecie.

Zobacz więcej

Choć gdzieś w tle znajdował się lekarz, u którego stawiłam się na kilka wizyt prenatalnych, podczas ciąży opiekowała się mną młoda położna, która ukończyła kurs psychoprofilaktyki u Lamaze’a w Paryżu. Opowiedziałam jej o nauczaniu Grantly’ego Dick-Reada oraz pionierskiej pracy Kathleen Vaughan w Indiach. Rozmawiałyśmy o przeczytanych przeze mnie książkach, zwłaszcza tych autorstwa Minnie Randall i fizjoterapeutki Helen Heardman. Postanowiłyśmy spróbować połączyć najlepsze cechy każdego podejścia. Nie do końca się ze sobą zgadzałyśmy, ale to wydawało się najlepszym rozwiązaniem. Czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce na temat narodzin – antropologię (w której szczegółowe opisy porodu zdarzają się niezmiernie rzadko), książki matki oraz wszelką literaturę, która mogła zwiększyć moje rozumienie doświadczenia porodu.

Chciałam, żeby był on jak najbardziej naturalny i byłam całkowicie przekonana, że mogę urodzić na swój własny sposób, we własnym tempie. Uwe dzielił ze mną tę pewność i bardzo wspierał mnie emocjonalnie. Uwielbiałam być w ciąży, ćwiczyłam, oddychałam, relaksowałam się i byłam u szczytu kondycji fizycznej i emocjonalnej. Nie mogłam się doczekać porodu!
Pewnego wieczora podczas okresu posiedzeń Rady Europy poszliśmy na wystawną kolację. Podano wspaniałe wina i jedzenie. Kiedy po powrocie położyłam się do łóżka, powiedziałam: „Mam nadzieję, że dzisiaj nie urodzę! Za dużo zjadłam!”. Dwie godziny później obudziło mnie cudowne, ciepłe uczucie i budząc się powoli, odczuwałam satysfakcję towarzyszącą zmoczeniu łóżka. Odeszły mi wody.

Było to na długo przed modą na porody w wannie. Poszłam do łazienki i zanurzyłam się w ciepłej wodzie, oddychając najpierw powoli i głęboko, a potem płytko i szybciej, ponad falami skurczy, rozkoszując się nabrzmiałą siłą mojego łona. Po wyjściu z wanny pomogłam Uwemu przygotować pokój do porodu, pościeliłam łóżko, zagotowałam wodę i zadzwoniłam po położną. Chcieliśmy nagrać na taśmę odgłosy porodu i pierwszy krzyk naszego dziecka, planowaliśmy więc pożyczyć magnetofon od znajomego, ale nagle poczułam napięcie na dole i powiedziałam Uwemu: „Nie chcę, żebyś mnie teraz zostawiał”. Zgięłam kolana i spontanicznie zeszłam niżej, trzymając się dużej, pękatej nogi ciężkiego stołu w gabinecie. Co dwie minuty, przy każdym skurczu, kucałam na podłodze. Ciągle pamiętam jaskrawożółte, czarne i purpurowe pasy farby, którymi pokryłam ten brzydki wiktoriański, używany mebel. Kołysałam i wyginałam biodra, w miarę jak skurcze nadchodziły, osiągały kulminację i opadały.

Do pokoju weszła położna, dokonała szybkiej oceny sytuacji, zbadała mnie i powiedziała – „Teraz możesz już przeć”. Przeć? Przeć? Wcale nie chciałam przeć. Powiedziałam jej to i oświadczyłam, że wolałabym poczekać, aż ciało samo każe mi przeć. Ciało zdawało się nakazywać mi, bym się odprężyła i pozwoliła główce dziecka delikatnie wysunąć się na zewnątrz. Wyglądała na zmartwioną: „Połóż się na plecach. Przyj, inaczej będę cięła”. Bardzo się bałam nacięcia krocza albo innej interwencji chirurgicznej, więc wzięłam głęboki oddech i zaczęłam przeć. Po kolejnym etapie, który trwał zaledwie dziesięć minut, poczułam kłujący dotyk ciemienia noworodka. Główka wyślizgnęła się jak groszek ze strączka i nagle poczułam, jak ciepłe, niesamowicie silne dziecko wierzga między moim nogami. O to w tym wszystkim chodziło – o dziecko! Była przecudowna. Natychmiast przystawiłam ją do piersi, a ona zaczęła ssać, jakby na to tylko czekała. Cały poród trwał trzy godziny.

W międzyczasie położna zbadała mnie i powiedziała, że mam rozdarcie drugiego stopnia i że musi zadzwonić po lekarza, który zszyje mi krocze. Lekarz przyszedł, nałożył mi na twarz kawałek materiału nasączony eterem i próbował mnie zszyć, kiedy poruszałam się niespokojnie. Odzyskując przytomność, usłyszałam, jak twierdzi, że jego praca nie jest wystarczająco dobra: „Proszę ją przyprowadzić do szpitala, a ja to poprawię z właściwym znieczuleniem”.

Przez następne dwie godziny cieszyliśmy się dzieckiem, zadzwoniliśmy do angielskich przyjaciół parlamentarzystów, że mamy córkę, a potem pojechaliśmy do szpitala. To wtedy, po podaniu mi znieczulenia ogólnego, położnik ośmielił się zapytać mojego męża (jak to mężczyzna mężczyznę): „Jak ciasna ma być żona?”. Uwe nie wiedział, co powiedzieć. Założono mi szwy, a potem oddano mnie pod jego opiekę ze słowami „Zszyłem ją porządnie i ciasno”. Byłam wściekła. Założył mi francuski odpowiednik amerykańskiego „zszycia mężowskiego” (husband’s stitch).

Kilka dni później postanowiłam pójść na długi spacer do lasu, aby te szwy rozluźnić. Okazało się, że czeka mnie wielka przygoda. Wybraliśmy się samochodem do Black Forest, a ja wyszłam z pojazdu i poszłam na spacer. Padał śnieg, a mnie czekało coś więcej niż tylko spacer, bo samochód utknął w zaspie, a ja musiałam go z niej wypychać. Wyjęłam nosidełko z dzieckiem z samochodu, na wypadek, gdyby zaczął się zsuwać w przepaść, złapałam za auto i zaczęłam się z nim mocować. Przez sześć miesięcy mnie bolało, a stosunek nie sprawiał mi przyjemności, ale kiedy zbadała mnie potem moja angielska lekarka, powiedziała „Wcale nie widać, że miałaś pęknięcie”. Tak w ogóle to nie polecam wypychania samochodów z zaspy na zboczu góry, choć w moim przypadku na pewno to zadziałało.

To były początki mojego zaangażowania się w rozumienie spontanicznych i niewymuszonych rytmów drugiej fazy, aby znaleźć odpowiedź, jak kobiety mogą rodzić bez podejmowania walki z własnym ciałem ani wystawiania się na pokaz – jak otworzyć się i urodzić bezurazowo. Moje własne doświadczenie zapoczątkowało zainteresowanie psychoseksualnymi aspektami porodu, krytyczne podejście do niepotrzebnych i kaleczących interwencji chirurgicznych wykonywanych w ginekologii i położnictwie oraz determinację do walki z bezsilnością i prześladowaniem kobiet w systemie medycznym zdominowanym przez mężczyzn.

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Dzieci są ważne

Dobry Duch serwisu Dziecisawazne.pl:)
Odwiedź stronę autorki/autora: http://dziecisawazne.pl/




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

Procedury okołoporodowe w polskich szpitalach – czy na pewno wszystkie są konieczne?

Szkoła nie uczy tego, czego powinna!

Dlaczego konsekwencja w wychowaniu jest przereklamowana?

Przejdz do: