Karmię piersią wcześniaka! Historie 3 kobiet
Święta, święta, święta... zobacz PREZENTY dla dzieci
| Karmię piersią wcześniaka! Historie 3 kobiet

Karmię piersią wcześniaka! Historie 3 kobiet

Mleko matki dla dzieci urodzonych przedwcześnie jest niczym drogocenny lek. Kilka mililitrów siary zawiera miliony przeciwciał, białek, immunoglobuliny sIgA, magnez, żelazo i wiele innych aktywnych składników, które wspomagają wzrost i dojrzewanie organizmu maleństwa.

To pokarm idealnie zbilansowany – skład mleka dla dzieci urodzonych przedwcześnie jest inny niż dla donoszonych noworodków: jest ono bardziej kaloryczne, ale z racji mniejszej zawartości laktozy nie obciąża niedojrzałego układu trawiennego dziecka. Wcześniaki karmione mlekiem matki są mniej narażone na infekcje oraz martwicze zapalenie jelit. Badania pokazują także, że wykazują wyższe parametry rozwoju funkcji poznawczych w stosunku do dzieci karmionych mieszanką.

Karmienie piersią dziecka urodzonego przed czasem to jednak trudna i ciężka walka, wymagająca wiele samozaparcie i determinacji ze strony matki. Wcześniaki często nie potrafią ssać (umiejętność ta jest nabywana mniej więcej między 32 a 35 tygodniem ciąży), mają zaburzenia oddychania, nierzadko długie tygodnie leżą w inkubatorze, gdzie kontakt z matką jest niemożliwy lub ograniczony do minimum. Wiele z nich w pierwszym okresie odżywianych jest pozajelitowo. Rozkręcenie i utrzymanie laktacji w tym stresującym czasie jest olbrzymim wyzwaniem dla wielu mam. Nie jest jednak rzeczą niemożliwą. Poznajcie historie trzech wspaniałych, zdeterminowanych kobiet i ich dzieci, które pokonały przeciwności losu i wygrały walkę o karmienie piersią!

Tatiana, mama 3-letniego Witka

Mam na imię Tatiana, jestem mamą Witka, wcześniaka urodzonego w 33 tygodniu ciąży w wyniku przedwczesnego pęknięcia pęcherza płodowego jako powikłania po zakażeniu wewnątrzmacicznym.

Ciąża nie była bezproblemowa. Witek był jednym z bliźniąt, drugie na wczesnym etapie obumarło. Jajo płodowe pozostałe po zarodku rosło do około połowy ciąży puste, powodując różne powikłania, w tym silną anemię, krwotok, pogorszenie wyników testu PAPP-A, a zatem wzrost ryzyka wystąpienia chorób genetycznych oraz różnych innych problemów. Od połowy ciąży wyniki pomiarów Witka nie były zadowalające. Ciągle brakowało mu kilku tygodni do norm.

Foto: Aleksandra Sitarek Fotografia

Mieliśmy już nawet otrzymać wsparcie od lekarza prowadzącego w postaci badań i leków podanych w warunkach szpitalnych, ale nie zdążyliśmy. Witek z powodu mojej wewnętrznej budowy anatomicznej nie miał szans urodzić się naturalnie. Od samoistnego odejścia wód do narodzin minęło 5 dni. Ważył 1560 g, mierzył 47 cm. Hipotrofia, 7/8 punktów w skali Apgar.

Nie zakładałam innej opcji niż karmienie piersią, pierwszą córkę również karmiłam. Wydawało mi się to oczywiste. Nie wiedziałam jednak, z czym wiąże się przedwczesne urodzenie dziecka. Myślę, że żadna szczęśliwa ciężarna nie wie.

Po porodzie Witek trafił na Oddział Intensywnej Opieki Noworodka, do inkubatora, wspomagany oddechowo. Ja na zwykłą salę położniczą. Widziałam synka tylko przez kilka sekund, tuż po porodzie. Był maleńki. W wyniku wcześniejszej anemii oraz cięcia cesarskiego nie udało się spionizować mnie na czas, traciłam przytomność przy każdej próbie. Zdecydowano o przetoczeniu krwi, abym mogła wreszcie dotrzeć do dziecka.

Pierwsza wizyta lekarza prowadzącego Witka nastąpiła po około 14 godzinach od narodzin. Nikt słowem nie wspomniał o karmieniu. Gdy zapytałam, pani doktor stwierdziła, że jeśli mam mleko, to oczywiście chętnie przyjmą. Miewałam lekkie wypływy w ciąży, więc wydawało mi się, że będzie dobrze.

Po zastosowaniu laktatora nie było to jednak już takie proste. Pierwsze kropelki zajęły ledwie dno szklanego kieliszka, a syn dostał je tylko na gaziku, do „polizania”.

Wiedząc, jak bardzo ważne jest mleko matki, szczególnie dla dzieci przedwcześnie urodzonych, walczyłam o laktację. Mimo potężnych trudności ruchowych wstawałam co 2 godziny z łóżka i metodą 7-5-3 pobudzałam produkcję, spoglądając na jedyne zdjęcie syna. Pierwszą porcję, wielkości 10 ml, zaniosłam osobiście w trzeciej dobie jego życia. Do tego czasu jego potrzeby były zaspokajane kroplówkami. Nie wyraziłam zgody na podanie mieszanki. Wcześniaki karmi się stopniowo, zaczynając od 1–2 ml na porcję co 3 godziny. Syn otrzymywał pokarm sondą bezpośrednio do żołądka, dzieci urodzone w tym tygodniu ciąży nie posiadają jeszcze odruchu ssania ani wyregulowanego oddechu, więc próby podawania pokarmu butelką służą głównie stymulacji jamy ustnej i poniekąd „wlewaniu” niewielkich ilości do żołądka. Przez pierwsze 2 tygodnie nie pozwolono mi przystawić go do piersi, więc walczyłam dzielnie z laktatorem. Przez cały ten okres syn otrzymywał odpowiednią ilość mojego mleka. Po 2 tygodniach opuścił inkubator i trafił do podgrzewanego łóżeczka. Przetoczono mu krew i właśnie po tym zabiegu po raz pierwszy pozwolono nam na próbę ssania. Dzięki krwi dzieci mają nieco więcej sił i udało nam się odrobinę wystymulować piersi, a także wskrzesić we mnie iskierkę radości w całej tej trudnej sytuacji. Wcześniaki śpią około 22 godzin na dobę, pozostały czas to właśnie karmienie i ewentualnie zabiegi pielęgnacyjne. Regularne przystawianie do piersi jest więc niezwykle trudne. Jedna porcja mleka podawana sondą to 3 minuty, to samo jednak w przypadku butelki to czasem nawet i 40 minut, podczas gdy dziecko zjada powalającą ilość 35 ml, gdy już jest w okolicach wagi 2 kg.

Wituś przybierał na wadze bardzo wolno, zdecydowanie wolniej niż jego rówieśnicy na mieszance lub karmieni mieszanie. Warunkiem opuszczenia przez nas szpitala było dojście do wagi 2 kg, a także brak bezdechów przez dłuższy czas i właśnie umiejętność jedzenia z butelki przez całą dobę. W tym czasie regularnie 8–10 razy na dobę miałam randkę z laktatorem i próby ssania. Osiągnięcie wszystkich wymagań zajęło nam 6 tygodni.

Wypis był jednym z najszczęśliwszych dni w naszym życiu, ale to nie był jeszcze koniec walki. W domu czekała bowiem starsza córka (3-latka) wymagająca bardzo dużej ilości uwagi i inne obowiązki. Noworodek wcześniak, nadal na butelce, regularne odciąganie pokarmu, drugie dziecko i myśl o wszystkim, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach, wywołały silny stres i zmniejszenie ilości odciąganego pokarmu. Było mi coraz ciężej, a bardzo chciałam karmić naturalnie. Poniekąd już zrezygnowana zadzwoniłam do szpitalnego doradcy laktacyjnego. I to była nasza gwiazdka z nieba. Pani Małgosia pomierzyła, poważyła, naniosła na siatki, sprawdziła wędzidełko, wysłuchała, obejrzała nasze próby karmienia, doradziła zmianę butelki, tymczasowe nakładki i zmieniła system karmienia, a także zachęciła do konsultacji z neurologopedią. Najpierw próbowaliśmy piersią, potem dopiero uzupełnialiśmy karmienie butelką o naturalnym kształcie. Czasem udało się coś zjeść w sposób bezpośredni z piersi, w większości przypadków nie. Wylałam morze łez. Dopiero cotygodniowe wizyty u doradcy dawały mi odpowiedź na wszystkie wątpliwości i żale i uświadamiały, jak bardzo blisko jesteśmy sukcesu. Regularne próby coraz częściej się udawały. Pomiary ilości spożytego mleka były coraz wyższe, syn przybierał w dopuszczalnych granicach. Po 14 tygodniach od narodzin, na kilka dni przed sylwestrem 2013 roku, odstawiliśmy butelki, smoczki, laktator, mycie, sterylizowanie, podgrzewanie. To było nasze „teraz albo nigdy”. Prawie wszystkie bolączki związane z samym wcześniactwem, łącznie z wylewami krwi do mózgu, nie pozostawiły śladu. Ja bardzo wierzę, że dużym przyczynkiem była właśnie niezwykła moc kobiecego mleka. Wraz z naszą doradczynią, panią Małgosią, zrodziła się we mnie potrzeba uświadamiania i mówienia głośno, jak wiele można zyskać, jak bardzo istotne jest karmienie pokarmem naturalnym. Brałam udział w badaniach naukowych nad wartością i składem mleka kobiecego. Na ile mi wiadomo, to pierwszych w Europie, które wywołały boom. Jestem również administratorem jednej z lokalnych grup wsparcia dla kobiet karmiących piersią i mlekiem kobiecym.

Karmiliśmy się z synem od 14 tygodnia do 33 miesiąca. Bywały kryzysy, odmowa z jego strony, brak sił z mojej, ale to jest lekcja życia, której nie znajdziemy w książce. Na to nie ma gotowego i sprawdzonego rozwiązania. Jest tylko cierpliwość, otwartość i czas. Witek jest dziś zdrowym 3-latkiem, nadal hipotrofikiem, ale to jest wszystko, co zostało mu po trudnym starcie. Zbudowaliśmy cudowną relację, która procentuje w naszym codziennym życiu. Wygraliśmy, każdy może wygrać. Z tego miejsca ogromnie dziękuję pani Małgorzacie Piliszczuk – certyfikowanej doradczyni laktacyjnej ze Szpitala Miejskiego nr 2 w Bydgoszczy.

Tatiana Czapiewska – na co dzień pracuję w korporacji IT, po godzinach jest mamą Alisy i Witka. Wspiera kobiety w obraniu najlepszej drogi mlecznej dla ich dziecka działając w Grupie Wsparcia Karmienia Piersią i Mlekiem Kobiecym w Bydgoszczy. Propaguje wiedzę medyczną i rzetelne badania na temat wartości odżywczych i zdrowotnych mleka kobiecego, a także ich wpływu na zdrowie dziecka i nie tylko. Wspiera lokalne inicjatywy w promocji, dzieli się wiedzą i własnym doświadczeniem.

Aleksandra, mama 1,5-rocznych bliźniaczek

Ciąża z bliźniaczkami, choć była wielkim zaskoczeniem, przebiegała bez większych problemów aż do 27 tygodnia. Okazało się wtedy, że skraca się szyjka, więc na wszelki wypadek podano mi sterydy na rozwój płuc maluchów i nakazano leżący tryb życia (jeśli przy szalonej 3-latce w domu było to możliwe). Leżałyśmy więc z córką, czekając na pojawienie się na świecie jej sióstr. W 31 tygodniu wieczorem zupełnie niespodziewanie odeszły mi wody. Szybka akcja odtransportowania córki do dziadków i już czekaliśmy na maluchy w szpitalu. O 10 rano zrobiono cesarkę, ponieważ dolne bliźnię pchało się na ten świat nogami. Bliźniaczki ważyły 1800 i 2100 g. Dostały 7 i 8 punktów. Radziły sobie całkiem nieźle, przez kilka godzin były wspomagane CPAP-em. Już po paru godzinach od porodu pojawiła się u mnie cudowna położna, aby walczyć o siarę tak potrzebną wcześniakom. Udało się wycisnąć parę ładnych mililitrów, które wystarczyły dziewczynom na kilka posiłków. Od tamtej pory zaczęła się moja droga.

Dziewczyny nie miały odruchu ssania, więc mleko było im podawane przez sondę. Po około tygodniu (pod okiem fizjoterapeuty) rozpoczęłam masaże ich małych buziek, aby pobudzić je do ssania. Gdy tylko wyjmowałam je z inkubatorów do kangurowania, podawałam im pierś. Kompletnie nie wiedziały, o co mi chodzi, ale zaczęły dość ładnie jeść z butelek, więc był to pewien krok naprzód. Ja co 3 godziny przez całą dobę pracowałam laktatorem, aby dać im jak najwięcej mleka. Po 2,5 tygodnia większa, Matylda, jadła pięknie z butelki, próbowała też ssać pierś. Mniejsza, Dominika, niektóre karmienia zaliczała butelką, niektóre sondą. Bardzo się męczyła jedząc, ponieważ miała drożny przewód Botalla. Karmiłyśmy się z małymi sukcesami piersią, butelką. Tak minęły nam 3 tygodnie w szpitalu. Wtedy też zapadła cudowna decyzja – dziewczynki zostały wypisane. I właśnie dopiero tutaj zaczęło się prawdziwe życie. Laktator dalej pracował co 3 godziny, dziewczyny nauczone w szpitalu karmienia na godziny to samo praktykowały w domu. W drugim miesiącu życia Matylda trafiła do szpitala z zakażeniem pałeczką ropy błękitnej. Nie pozwolono wziąć mi ze sobą drugiej córki, więc ściągałam mleko i woziłam je do domu dla Dominiki. Udało nam się przetrwać, choć gdy teraz o tym myślę, mam ciarki i nigdy nie chcę przeżyć tego ponownie. Gdy bliźniaczki skończyły 3 miesiące, postanowiłam spróbować zrobić im „dzień cyca”. Wcześniej dostawiałam je do piersi, kiedy tylko było to możliwe, ale byłam spokojniejsza, gdy ściągnęłam mleko laktatorem, bo wiedziałam, ile jedzą. Po tym dniu dziewczyny uznały, że jednak cyc to jest to, co lubią najbardziej. Odrzuciły butelkę całkowicie, nie dały się już nią nakarmić nikomu. Teraz mają 1,5 roku. Dalej pierś rządzi, a ja jestem z nich bardzo dumna. Z tego, że były takie dzielne, i z tego, jakie piękne i mądre dziewczyny z nich rosną. Mimo urodzenia się dwa miesiące za wcześnie dogoniły rówieśników zarówno fizycznie, jak i rozwojowo. Wierzę, że dzięki karmieniu ich od początku moim mlekiem ułatwiłam im ten start, i mam nadzieję, że zaprocentuje to jeszcze bardziej w przyszłości. Mając trzy córki, trudno jest wygospodarować dla każdej choć kilka chwil sam na sam z mamą. Starsza dostaje je, gdy maluchy mają drzemkę. Dla nich ważne jest to nasze „sam na sam” przy piersi i o to warto było walczyć!

Aleksandra Wlazło – mama czteroletniej Toli i 18-miesięcznych bliźniaczek, Matyldy i Dominiki. Z wykształcenia pedagog, na co dzień mama i strażniczka domowego ogniska, praktykująca rodzicielstwo bliskości, bezgranicznie zakochana w swoim mężu i córkach.

Marta, mama rocznych bliźniaczek

Dziewczynki pojawiły się nagle, w 31 tygodniu. Niby byłam na to gotowa od 3 miesięcy, ale jednak nie byłam, bo jak można być gotowym na narodziny przez cesarskie cięcie wcześniaka, kiedy planowało się poród siłami natury dwójki donoszonych szkrabów. Ale lekarze obawiali się, że Jagódka, większa, może w każdej chwili odejść. I tak 8 grudnia, w godzinie miłosierdzia – o 12:18 – wyszła skrajnie anemiczna Stefka (1350 g) i minutę później hiperpolicytemiczna Jagoda (1780 g). (Dziewczynki miały zespół podkradania TTTS oraz TAPS, czyli zespół anemiczno-policytemiczny, w rezultacie Stefania miała zbyt mało krwi i anemię, a Jagoda zbyt dużo krwi, za dużo płytek i za wysokie ciśnienie – przyp. red.). Na sali pooperacyjnej przyszła do mnie doradczyni, Beata, i zebrała siarę do wypędzlowania buziek dziewczynkom. Chciałam ją uściskać! Następną siarę zebrałam sama po 8 godzinach i od tego momentu nic, ani kropelki przez 48 godzin. Podobno przez stres. Pompowałam co dwie godziny, a dziewczyny dostawały po 2 ml z banku.

Pierwsze krople popłynęły w czwartek i w czwartek karetka zabrała Jagodę. Potrzebowała specjalnego leczenia, którego w tym szpitalu nie było. Od tej pory trzymało mnie tylko mleko. Mogłabym karmić i sześcioro, siedmioro dzieci, tyle ściągałam. Po 2 tygodniach u Stefki pojawił się odruch ssania i karmiono ją butelką. Jagódka była na wspomaganiu oddechu, więc nie próbowali. Po kolejnych paru dniach pozwolono mi przystawić Stef i zassała, a ja płakałam. Wypiła 12 ml ze swojej 40- mililitrowej porcji. Od tej pory starałam się być na co najmniej 2 karmieniach i zawsze zaczynałam od piersi. Wypijała 10, 20 czasem 30 ml, nigdy całej porcji. Butelką wmuszałam w nią resztę. Gdy odłączyli Jagunię od CPAP-u, okazało się, że ciągnie jak odkurzacz i butelką zjada w mig. Poprosiłam o możliwość przystawienia i… zjadła 36 ml z 40!!! Drugi raz płakałam ze szczęścia. Ignorowałam komentarze położnych, że rozjeżdżają im się karmienia i zaczynałam – karmienie piersią jednej dziewczynki, drugiej, dokarmianie pierwszej, drugiej, pokoik laktacyjny, kangurowanie i od nowa. Popołudniami wracałam do „starszaków” wypompowana. Tak minęły kolejne 4 tygodnie.

Gdy dziewczynki wychodziły, miałam plan karmić piersią i tylko piersią. Malutka Stefka nadal nie dawała rady zjeść całej porcji. Brakowało im około 2 tygodni do terminu, gdy wychodziłyśmy ze szpitala i parę dni przed terminem postawiłam wszystko na jedną kartę. Będę karmić tylko piersią, żadnego dokarmiania, koniec ze znienawidzonym laktatorem. Najwyżej będę karmić Stefcię częściej. Przyjechała do mnie doradczyni, mama trojaczków wykarmionych piersią, i jej wiara we mnie, że to przecież pikuś, bo przecież już dwójkę wykarmiłam, dała mi kopa.

Niestety nie przewidziałam tego, że Stefka może mieć problemy z fizjonomią buźki. Nikt mnie też nie uprzedził, że wcześniaki mogą się krztusić i zniechęcać do ssania piersi, szczególnie jeśli znają butelkę. Dziewczynki miały dwa miesiące urodzeniowe, gdy za radą koleżanki z La Leche League trafiłam do wspaniałej neurologopedy, od której dowiedziałam się wiele się o wcześniakach. Stefka wtedy odmawiała piersi od paru dni, przerywała po minucie ssania i jadła tylko na śpiocha. Pani neurologopeda zauważyła, że wraz z szybkim wypływem mleka Stefcia się odrywa, bo się krztusi! Dla mnie to brzmiało jak chrząknięcie, a to było krztuszenie. Dostaliśmy zalecenie używania specjalnej butelki co drugie karmienie. Znowu zaczęłam sesje z laktatorem, nie wiedziałam już, gdzie je wcisnąć.

I wtedy przyszedł pierwszy poważny kryzys. Nie rozumiałam, co się dzieje. Przecież kryzysy nie istnieją. Są skoki, dzieci wiszą i zamawiają więcej mleka. Tak mnie uczono. Ale mleko nie może zniknąć!! Moja słodka Jagoda, która od początku karmienia piersią pięknie ssała i połykała, przez pół godziny ssania przełyka raz. Robię power pomping dwa razy dziennie, ściągam w godzinę po 10 ml. To niemożliwe. We łzach zadzwoniłam do znajomej doradczyni: „Pani Marto, tak się czasem dzieje. Nie wiemy dlaczego! Proszę trochę odpuścić. Podać to, co pani ściągnie butelką. Mleko zawsze wraca!”. Po dwóch tygodniach wyłącznie na piersi nakarmiłam Jagódkę butelką z moim mlekiem i popłakałam się. Mleko powoli zaczęło wracać i po paru dniach znowu spróbowałam karmić samą piersią. Hura! Dajemy radę! Już będzie dobrze!

Minęły dwa dni i dziewczynki zaczęły znowu odmawiać piersi. Byłam u kresu wyczerpania. Miały wtedy 3 miesiące urodzeniowe, miesiąc korygowany. Nie dały się nakarmić ani piersią, ani na śpiocha. Z podejrzeniem infekcji trafiłyśmy do szpitala i moje karmienie piersią zaczęło się na nowo. Nie chciałam, żeby małe pompowano kroplówkami, więc karmiłam, dokarmiałam i podłączałam laktator, tuląc płaczące bździągwy. Dziewczynki pokonały rotawirusa i zapalenie oskrzeli i po wyjściu ze szpitala kolejny raz powiedziałam dość karmieniu piersią inaczej! Po drodze było jeszcze wiele kryzysów. W czwartym miesiącu życia zaczęły się książkowe fochy przy piersi, które trwały prawie do 7 miesiąca. Przez 3 miesiące karmiłam dziewczynki głównie na śpiocha. Kilkanaście razy miałam zastój, trzy razy bolesne zapalenie piersi, ale pewnego dnia zorientowałam się, że karmię i karmię dziecko obudzone, wpatrzone we mnie ślicznymi oczętami, i znowu płakałam, ale ze szczęścia! Za parę dni dziewczynki mają roczek i uwielbiają jeść razem, trzymając się za rączki.

Marta Makarewicz-Brońska, mama czwórki dzieci, nauczycielka, doula i promotorka karmienia piersią.

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Dzieci są ważne

Dobry Duch serwisu Dziecisawazne.pl:)

Odwiedź stronę autorki/autora: http://dziecisawazne.pl/




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

Ciąża i poród w Finlandii

Korzystanie z urządzeń elektronicznych i ich wpływ na rozwój dziecka – Jesper Juul

Poród naturalny i karmienie piersią a rozwój flory bakteryjnej dziecka

Przejdz do: