Mama w procesie zmiany
| Mama w procesie zmiany

Mama w procesie zmiany

Jestem szczęśliwą mamą, spełniającą się w nowej roli. Mamą Maleństwa, które spędziło pierwsze miesiące swojego życia na płaczu i ssaniu piersi. Z krótkimi przerwami na sen. Był to jak dotąd najtrudniejszy i zarazem najpiękniejszy okres mojego życia. Czas wątpliwości, wyczerpania, bezradności. Czas miłości, czułości i bliskości. Widziałam wokół tylko wypoczęte mamy grzecznie śpiących dzieci, dopiero potem dotarło do mnie, że mam takich wyjątkowych dzieci, jak moje, jest więcej. Że być może w ogóle nie mają siły wyjść z domu. Chciałam podzielić się swoim doświadczeniem, bo wiem, jak ważne jest czytać o podobnych trudnościach i o szczęśliwych zakończeniach, kiedy jest się w kryzysie. My, mamy wymagających dzieci, powinnyśmy trzymać się razem. Oto moja historia zamiany problemów na wyzwania, trudności – na wzbogacające doświadczenia. Czyli historia tego, co dawało mi siłę, by przetrwać i cieszyć się macierzyństwem.

Być blisko pomimo wszystko

Moje Maleństwo należy do gromady: „ssaki nieodkładalne”. Podstawowym sposobem komunikowania się ze światem był dla niego płacz na przemian z wrzaskiem. Tak Maleństwo mówiło: „oto jestem” już od pierwszych chwil po zewnętrznej stronie brzucha. Jedynym skutecznym sposobem na względny spokój była moja pierś w maleńkich usteczkach. Wtedy na chwilę zasypiało, nie pozwalając się odłożyć. Nie pomagało noszenie, chusta, bujanie w wózku, śpiewanie. Lekarz powiedział: „Zuch dziewczyna – zdrowa, ale mogę przepisać leki. Mamie oczywiście, na uspokojenie” – dodał z uśmiechem.

Moje potrzeby? To był okres hibernacji mojego istnienia, zlałam się z Maleństwem. Przeżywałam fale frustracji, kiedy nieukojony płacz przeradzał się w histerię. Przeżywałam podwójną tragedię – moje Maleństwo cierpiało, ja cierpiałam razem z Nim, cierpiałam z własnej bezradności. I w wielu momentach miałam dość, czułam, że już dalej nie dam rady. Wtedy najłatwiej jest trzasnąć drzwiami i nie słyszeć płaczu. Kto z nas nie słyszał o takich sposobach „oduczania” dziecka zachowań? Im było mi ciężej, tym częściej przychodziły do mnie takie pokusy. Co mnie wtedy uratowało? Jedna myśl. Przypomniałam sobie siebie z tych momentów, kiedy wewnątrz było mi źle, choć nie potrafiłam ani tego nazwać, ani przyjąć wsparcia. Wtedy najbardziej na świecie pragnęłam po prostu OBECNOŚCI. Takiej bez pytań, bez wątpliwości. Prawdziwej i autentycznej, której źródłami są głęboka troska i szacunek. Nawet kiedy krzyczę, że nie chcę, tak naprawdę potrzebuję, żeby ktoś był. Tak bardzo boję się opuszczenia. Tak więc zostałam, BYŁAM. Pozwoliłam Maleństwu być ssakiem nieodkładalnym. Przyrosłyśmy wspólnie do fotela, by przez długie godziny po prostu BYĆ blisko pomimo wszystko.

Przeformułowanie na zapotrzebowanie

W naszym domu dzień i noc wciąż słychać było śpiew Maleństwa (to cytat naszej wyrozumiałej sąsiadki). W poszukiwaniu rozumienia sięgałam do różnych źródeł, także takich, które pogłębiały moją frustrację (oczywiście odkrywałam to dopiero po czasie). Tu wyczytałam, że już dwutygodniowe niemowlę można nauczyć rytmu. Rytmu? U nas wszystko do góry nogami, ja w pidżamie do późnych godzin popołudniowych… Jakiego rytmu?! Tam znowu, że dziecko nie ma prawa być głodne co godzinę… A mój ssak nieodkładalny – wiadomo – przy mlekopoju nonstop. Więc może robię Jej krzywdę pozwalając na to? Chaos, kłębiące się myśli owocujące katastrofalnym poczuciem winy. Na szczęście na forum Rodzicielstwa Bliskości ktoś wspomniał o koncepcji High Need Baby – dzieci wysokich potrzeb. Poczułam, że odzyskuję grunt pod nogami, że wracam do bezpiecznego domu, w którym potrzeby dziecka traktowania są z uważnością i szacunkiem. Bo przecież nie ma trudnych dzieci, są jedynie takie, które POTRZEBUJĄ więcej niż inne: stymulacji, uwagi, bliskości. I że te dzieci są takim samym cudem, jak wszystkie inne, a nawet są na swój sposób wyjątkowe. Poczułam dumę z mojego Maleństwa. Wyrzuciłam książki, które podpowiadały, że dziecko nie powinno mną rządzić. Na nowo spojrzałam na świat oczami Maleństwa. A tam znalazłam małe – wielkie potrzeby mojej Córki: bezpieczeństwa, przewidywalności, mądrego i bliskiego przewodzenia po nieznanym świecie. To było genialne w swojej prostocie. Do dzisiaj kładę się obok Niej na ziemi i sprawdzam, jak wygląda świat z Jej perspektywy. I nie tylko z szacunkiem przyjmuję Jej potrzeby, ale dzięki Niej zaczynam odkrywać świat na nowo. Tak oto Maleństwo zostało moim Małym Wielkim Nauczycielem życia.

Dobra matka to, dobra matka śmo…

Rozbiłam się o wysokie skały wyobrażeń i oczekiwań wobec siebie jako matki. Znalazłam w swojej głowie mnóstwo nieświadomych przekonań o tym, co to znaczy być dobrą matką. Bo przecież dzieci dobrych matek nie płaczą. Dobre matki o pomalowanych paznokciach prowadzą dumnie swe piękne wózki, by za chwilę wrócić do posprzątanych domów, w których czeka ugotowany wcześniej obiad.  Jak widziałam siebie w nowej roli? Bezradną, bo nie potrafiłam mojego Maleństwa skutecznie utulić. Niezorganizowaną, bo ledwo udawało mi się wyskoczyć z pidżamy, żeby wyjść na spacer, zanim Maleństwo znowu się rozpłacze. Postanowiłam poważnie ze sobą porozmawiać, tak skutecznie odbierałam sobie siły, których i tak jak na lekarstwo w tamtych czasach. Zamiast mocy do zmagań miałam do siebie długą listę „ale”. Najpierw w odstawkę poszło słowo „dobra” – bezwzględna ocena, którą sama siebie katowałam. Stworzyłam na nowo barwny kolaż własnego macierzyństwa: swojski, prawdziwy, w zgodzie ze mną. Matka KOCHA całą sobą i AKCEPTUJE swoje Maleństwo z całym dobrodziejstwem inwentarza. Matka KARMI mlekiem, ciepłem i bliskością. Jestem Matką, piszę to ze wzruszeniem i dumą.

Emocje? Zapraszam na kawę!

Im bardziej nasz świat wywracał się do góry nogami, im więcej było w nim płaczu, tym bardziej chciałam być dzielna. I nie czuć. Tej nieznośnej frustracji, złości, rozczarowania. Przecież macierzyństwo miało mnie wzbogacać, ale tym dobrym paliwem miłości i bliskości. Co zrobić, żeby nie czuć tych pozostałych emocji? Było mi podwójnie trudno – raz, że Maleństwo cierpiało, dwa, że ja cierpiałam i zaczęło mi brakować dobrych schowków na trudne emocje. Pojemne szafy zaczęły pękać w szwach. Wtedy zabrałam się za porządki. Postanowiłam przymierzyć każdą z emocji i sprawdzić, co się stanie. Frustracja? Ona uszyta była z bezsilności. Złość? Jak za ciasna bielizna była karą za niebycie matką idealną. Rozczarowanie? To tak naprawdę gryząca wizytowa garsonka, pojawia się po spotkaniach z innymi mamami i dziećmi. Gryzie jak diabli, jak zaczynam porównywać siebie i Maleństwo, wciskać nam ciasny kołnierzyk powinności… Emocje okazały się nie tak straszne, kiedy rozbroiłam tę wielką szafę. A owa sesja przymiarkowa wiele mnie nauczyła. Teraz już wiem, że emocje nie są kłopotem, tak długo, jak potrafię odczytać, co próbują mi powiedzieć o mnie samej. Mogą stać się kłopotem, kiedy przestaję je kontrolować i oddaję bezbronnemu Maleństwu. Złość i frustracja należą do mnie. I kiedy przychodzą, zapraszam je na spotkanie. Zostawiam na chwilę Maleństwo, bo to sprawa między mną a emocjami. Czasem jest gwałtownie, czasem to tylko spokojna rozmowa. Ale do Maleństwa wracam rozluźniona i na powrót uważna. Podjęłam decyzję, aby bezsilność zamienić na moc zmiany, frustrację i złość na dynamikę działania i poszukiwania nowych rozwiązań, a rozczarowanie na zachwyt nad niepowtarzalnością mojego Maleństwa.

Piękno rzeczy najprostszych

W naszym domu zapanował nowy porządek. Nauczyliśmy się cieszyć każdym najmniejszym sukcesem naszego Maleństwa. Pół godziny przespane na spacerze? BRAWO! Kilka chwil bez płaczu? SUPER! A może coś jakby uśmiech na słodkim buziaku? WOW! Gdyby było nam łatwo od początku, umknęłoby nam tyle ważnych momentów, bo przyjęlibyśmy je z naturalną oczywistością. Czy mama dobrze śpiącego dziecka wydzwania do swojego męża wykrzykując szeptem: „ŚPI, rozumiesz, Maleństwo ŚPIIIIII!”? Dla nas każdy dzień jest zapowiedzią sukcesów małych i dużych, pozorne drobiazgi urastają do miana cudów. Dlatego tak bardzo potrafimy się cieszyć każdym dniem, z radością i zaciekawieniem: „czym Maleństwo nas dzisiaj zachwyci?” witamy kolejny poranek. A jak Maleństwo podrośnie, pokażemy Mu cały kalendarz zapisany sukcesami. Tak oto nasze trudne początki stały się szkołą doceniania rzeczy prostych, czerpania z nich radości i siły na kolejny niezwyły dzień. Bo to przecież czas cudów!

Przyspieszony kurs rozwoju

Jestem dumna z tego, że udało nam się znaleźć siłę w trudnościach. Bardzo pomagało mi w różnych momentach zatrzymanie się, żeby przeformułować coś, co na pierwszy rzut oka (i emocji przede wszystkim) jawiło się jako trudność. Przestałam się nad sobą użalać, zaczęłam odczuwać wdzięczność, że dostałam taką szansę na rozwój! Moje życie kompletnie się zmieniło. Po tych kilku miesiącach jestem w zupełnie innym miejscu. Bogatsza miłością i bliskością, to przede wszystkim. Nigdy wcześniej nawet nie wyobrażałam sobie, że można kochać tak mocno, na tyle sposobów i jeszcze codziennie zakochiwać się na nowo. Kiedyś czas przepływał mi przez palce – tygodnie mijały niepostrzeżenie. A ostatnie miesiące były dla mnie bardzo wyraźnym czasem, jestem w stanie odtworzyć każdy tydzień patrząc na zdjęcia i czytając o sukcesach Maleństwa. Jestem też dużo bardziej zorganizowana, więcej planuję, przygotowuję wcześniej, żeby potem spokojnie móc działać. Jeszcze niedawno wyjście na spacer było wyzwaniem graniczącym z cudem, które kosztowało nas ogrom wysiłku. Teraz to czysta przyjemność. I jedna z najważniejszych lekcji, którą ciągle odbieram od Maleństwa, to odpuszczanie kontroli. Swoim życiem mogłam sterować do woli, a Maleństwo istotą jest odrębną, która działa w swoim trybie i rytmie, na które najczęściej nie mam wpływu. Mogę się jedynie uzbroić w otwartość, wytężyć zmysły, by lepiej Ją usłyszeć i poczuć. Wszystko w służbie Jej wyjątkowych potrzeb. Rytmy? A tak, coraz ich więcej się pojawia oczywiście. I znikają równie szybko jak się pojawiły. Zastępują je nowe, których dopiero się uczymy. Uruchomiłam głębokie pokłady kreatywności, szukam, sprawdzam, eksperymentuję. Bo nie ma książkowych dzieci, a jedynie te, o których można pisać książki.

A dzisiaj ze wzruszeniem sięgam pamięcią do naszych pięknych początków. Jestem wdzięczna za każdy kawałek doświadczenia, który Maleństwo przyniosło w prezencie. Całe życie szukałam Mistrza.

Foto

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Ania Siudut

Psycholog, trener, terapeuta Gestalt. Ostatnio najbardziej mama, która praktykuje codzienność. Od pytania: „kim jestem?” woli pytanie „kim się staję poprzez to, co robię?”. Marzy o stworzeniu systemu wsparcia dla rodziców High Need Babies i aktualnie pracuje nad tym, by to marzenie zamienić w rzeczywistość.Pisze bloga pracowniasrodka.pl – o rodzicielstwie, psychoterapii i podróżach na Wschód.

Odwiedź stronę autorki/autora: http://www.pracowniasrodka.pl/




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

Jak wspierać motywację wewnętrzną dziecka?

Szybkie testy, które pozwolą ocenić, czy postawa dziecka kształtuje się prawidłowo

Dlaczego nie da się oddzielić nauki od zabawy?

Przejdz do: