"Pocieszacze", które mogą szkodzić dzieciom
| „Pocieszacze”, które mogą szkodzić dzieciom

„Pocieszacze”, które mogą szkodzić dzieciom

Jako rodzice bywamy zmęczeni. Potrzebujemy czasu, żeby zrobić ważne dla nas rzeczy. Chcemy czasem mieć chwilę spokoju. Zdarza się, że sięgamy po komórkę, tablet, włączamy bajki w telewizorze albo, żeby dziecko przestało marudzić w sklepie, kupujemy batonika albo chipsy. Sami zresztą też nieraz sięgamy po te „pocieszacze”.

A potem zastanawiamy się, skąd ta dzika awantura, kiedy trzeba skończyć grę czy oderwać się od kolejnej kreskówki, mimo że umówiliśmy się, że „tylko godzina i koniec”. Albo gdy nasze dziecko nie dostanie kolejnego batonika czy chipsów. I dlaczego my sami siedzimy nad grą do północy albo i dłużej lub po trudnym dniu pochłaniamy cały kubełek lodów?

Spokój, cisza, ukojenie? Cisza może i tak. Ukojenie – na chwilę. Spokój? Pozorny.

Stuart Shanker, autor książki „Self-Reg”, nazywa wszystkie te rzeczy ukrytymi stresorami. Są one czymś, co na pierwszy rzut oka wycisza dziecko, zaspokaja jego potrzeby, ale… na dłuższą metę jeszcze bardziej obciąża układ nerwowy. I na dodatek rodzi się potrzeba na więcej, więcej, więcej.

Jak to się dzieje?

Czemu w ogóle dzieci i dorośli tak lgną do tych wszystkich rzeczy i czemu tak trudno się od nich oderwać? Udział w tym bierze układ nagrody (skądinąd użyteczny, pomógł też przetrwać ludzkiemu gatunkowi, wzmacniając łaknienie na to, co było najbardziej pożywne). Przyjemność odczuwana w trakcie gry, oglądania kolorowej bajki czy jedzenia niezdrowych przekąsek wyzwala opioidy, a te z kolei pobudzają dopaminę, czyli właśnie ten hormon, który upomina się o więcej. Opioidy dają uczucie ulgi, obniżenia stresu i zmniejszenia bólu, ale niestety działa to na chwilę, a za każdym razem, kiedy sięgamy po „ukryty stresor”, wyzwala się ich nieco mniej. To tak, jakby nasz organizm się przyzwyczajał i coraz mniej zauważał wpływ tego pozornego reduktora stresu. Tymczasem z dopaminą jest inaczej – jej ilość się nie zmniejsza i z tego powodu coś wewnątrz nas woła „więcej!”. To wołanie jest jedną z przyczyn stresu. Dlatego też producenci zarówno gier, jak i niektórych filmów oraz niezdrowych przekąsek często chcą, by ich produkty wyzwalały jak najwięcej opioidów, a co za tym idzie – również dopaminy.

Trudności z „oderwaniem się” pochodzą nie tylko stąd.

Obejrzyjmy to z punktu widzenia metody Self-Reg

U jej podstaw stoi założenie, że większość trudnych dla nas dziecięcych zachowań, emocji i nastrojów wynika z przeciążenia stresem w pięciu obszarach (biologicznym, emocjonalnym, poznawczym, społecznym i prospołecznym) przy równoczesnym wyczerpaniu energii potrzebnej do radzenia sobie z tymże stresem. Wtedy łatwo o reakcję walki lub ucieczki – stąd czasem walka o pilot lub joystick albo uciekanie w sklepie w stronę półek z batonikami. Z tego właśnie stanu – wysokiego napięcia i małych zasobów energii – bierze się chęć sięgnięcia po któryś z „ukrytych stresorów” – w stresie uwalnia się dopamina. Czemu jednak dają one ulgę na chwilę, a na dłuższą metę są źródłem stresu?

Reklama sponsora artykułu
SELF-REG

Przełomowa książka dla rodziców, w której Stuart Shanker proponuje naukę samoregulacji, mającej pomóc dzieciom samodzielnie zmienić ich zachowanie. Identyfikacja i zarządzanie emocjami pozwalają dzieciom powrócić do stanu zrównoważenia, który jest niezbędny do rozwoju.

Zobacz więcej

Gry i kolorowe bajki są często bardzo intensywne. W obszarze biologicznym, zwłaszcza dla młodego mózgu, ten zalew wrażeń zmysłowych – zarówno dźwiękowych, jak i wzrokowych – jest z jednej strony bardzo angażujący, a z drugiej wyczerpujący (bo mózg musi to wszystko przetworzyć w bardzo szybkim czasie). Bywa też, że niebieskie światło ekranów rozregulowuje rytm snu, ponieważ zaburza cykl wyzwalania się melatoniny. Tego typu rozrywki są nieraz także źródłem wielu intensywnych emocji. Głosy w bajkach i grach są mocno nacechowane uczuciowo, niekiedy wręcz dramatyczne. Często u dziecka pojawia się też ekscytacja, zaciekawienie, czasem euforia w przypadku wygranej lub frustracja z powodu przegranej, czasem lęk o bohaterów i całe mnóstwo innych odczuć. Bywa, że ta burza emocjonalna jest dla dziecka zbyt intensywna, młody układ nerwowy nieraz nie jest gotowy na tak silne doznania. W obszarze poznawczym tego typu rozrywki są także dużym wyzwaniem – wszystko dzieje się szybko, w nieoczekiwany sposób, informacje trzeba przetwarzać bardzo szybko, bywa, że głosy lub sytuacje są niezrozumiałe.

W obszarze społecznym warto przyjrzeć się temu, co się nie dzieje, kiedy nasze dzieci oddają się rozrywce. Shanker twierdzi, że ludzie są zaprogramowani przede wszystkim na kontakt społeczny – jest on podstawowym i najlepszym sposobem na ukojenie stresu. Gry i bajki zazwyczaj są samotne. Dzieci nie są w kontakcie ani z nami, ani z innymi dziećmi. Jeśli są, to często tylko połowicznie, wirtualnie. To sprawia, że tracą możliwość rozwijania umiejętności społecznych, rozumienia sygnałów niewerbalnych, stanowiących ogromną część interakcji międzyludzkich. Na dłuższą metę to może oznaczać coraz większe wycofywanie się z grona rówieśników. Podobnie w obszarze prospołecznym – osoba, która siedzi przed ekranem, nie ma możliwości uczenia się, jak sobie radzić z emocjami innych osób, jak odczuwać empatię, jak dawać i brać. Dostaje tylko namiastkę relacji międzyludzkich.

A co ze słodyczami, chipsami i tym podobnymi zaspokajaczami? Mechanizm jest podobny, ponieważ dopamina robi swoje. Samo to jest dużym źródłem stresu. Po takie przekąski sięgamy często właśnie wtedy, kiedy jest źle – nasz poziom napięcia jest duży, poziom energii niski, a organizm chce jej szybkiego zastrzyku. Niestety, ten „dopalacz” działa na krótko – cukier (który znajduje się także w chipsach i innych słonych produktach) powoduje szybki wzrost poziom glukozy we krwi, a potem jej gwałtowny spadek, często poniżej poziomu wyjściowego. Co za tym idzie, mamy ochotę na więcej… A tego typu wahania nie wpływają dobrze ani na nasze emocje, ani na zdolność do koncentracji na dłużej. Pojawia się też kwestia tego, czego dziecko nie otrzymuje, kiedy dostaje słodycze lub słone przekąski. Z jednej strony nie ma szans na dostarczenie organizmowi ważnych substancji odżywczych (bo na jabłko nie ma już miejsca ani apetytu). A z drugiej – takie zajadanie stresu nie zaspokaja naszej potrzeby kontaktu z drugim człowiekiem. Jest jedynie jego namiastką.

Dodatkowym stresorem, który przesądzi o tym, czy zakończenie bajki albo odmowa kupna czekoladek skończy się konfliktem, jest stan emocji rodzica. Paradoksalnie im bardziej martwimy się o dziecko, boimy o jego przyszłość w tym kontekście, im więcej mamy wyrzutów sumienia w tej sytuacji, tym trudniej. Bo nasze napięcie udziela się dziecku. Często bezwiednie i pozawerbalnie – czyli za pomocą tonu głosu, wyrazu twarzy czy gestów – możemy całej sytuacji dodać ciśnienia. I wywołać kłótnię.

Rodzice często pytają, co wtedy robić: zabraniać, wynieść telewizor z domu, ustalić sztywne zasady z góry?

Nie jestem zwolennikiem drastycznych rozwiązań ani schematów w postępowaniu. Owszem, chowam telefon przed swoim dwulatkiem, bo nie chcę niepotrzebnie wywoływać jego frustracji. Staram się nie puszczać zbyt dużo bajek. I nie dawać zbyt dużo słodyczy. Przede wszystkim jednak obserwuję. Czy po zakończeniu bajki jest uśmiechnięty czy zachmurzony? Czy jedyne, co ma ochotę jeść, to batoniki? Jeśli chętnie rezygnuje z tych pocieszaczy, to znaczy, że jesteśmy w bezpiecznej strefie. Staram się nie walczyć z dzieckiem o pilot albo zasady („Nie wolno”, „Nie można”), ale zastępować „ukryte stresory” kontaktem, uspokojeniem czy innymi przyjemnościami np. wspólnym czytaniem książeczek czy jeżdżeniem na kocu, który ciągnę. To wymaga ode mnie dużo spokoju. I sporo energii, więc staram się dbać o swoje zasoby. Żeby samej nie wchodzić w tryb walki lub ucieczki. I z łagodnością zadbać o to, by moje dziecko nie potrzebowało wszystkich tych rzeczy, rozwijało się prawidłowo i nie utknęło w błędnym kole stresu. 

Foto: flikr.com/kymmisue

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Natalia Fedan

Psycholożka, pierwsza w Polsce trenerka metody Self-Reg certyfikowana przez The Mehrit Centre w Kanadzie. Mama trójki dzieci. Prowadzi portal self-reg.pl. Udziela się na blogach: zyciowapsychologia.wordpress.com i drogauwaznosci.pl. Właścicielka firmy MindCare. Prowadzi kursy online oraz warsztaty stacjonarne – nie tylko dla rodziców. Udziela porad i konsultacji, wspierając Self-Reg technikami z terapii poznawczo-behawioralnej oraz uważności.
Odwiedź stronę autorki/autora: https://self-reg.pl/




Dlaczego warto zrezygnować z białej mąki?

„Nie mówimy o naszym dziecku, że jest chore”. Rozmowa z Martą Wawrzyniak – mamą dziewczynki z zespołem Downa

„Co zrobiłem, żeby zainteresować dzieci magią drzewa czy szumu wodospadu?” Rozmowa z ekologiem Jackiem Bożkiem

Przejdz do: