"Dzięki hipnozie doświadczyłam metafizycznego wymiaru, jaki mają narodziny dziecka". 3 historie porodu w hipnozie
| „Dzięki hipnozie doświadczyłam metafizycznego wymiaru, jaki mają narodziny dziecka”. 3 historie porodu w hipnozie

„Dzięki hipnozie doświadczyłam metafizycznego wymiaru, jaki mają narodziny dziecka”. 3 historie porodu w hipnozie

Hipnoza budzi różne skojarzenia. To coś niezrozumiałego, owianego nutką tajemnicy. Większość z nas nie traktuje jej poważnie. Tymczasem stan transu hipnotycznego to nic innego jak stan bardzo głębokiego relaksu. Okazuje się, że może być skutecznym, niefarmakologicznym sposobem łagodzenia bólu w porodzie. Brzmi niewiarygodnie? Poznajcie historie trzech wyjątkowych kobiet, które rodziły w stanie autohipnozy.

Marta Chrostowska

Po moim pierwszym porodzie, w którym synek przyjął nieprawidłową pozycję, a której skutkiem ubocznym dla mnie był brak odczuwalnej przerwy w skurczach, obsesyjnie myślałam o tym, jak przetrwam kolejny poród. Wiedziałam, że nie chcę skorzystać ze znieczulenia zewnątrzoponowego, bo uniemożliwi mi ono aktywność w porodzie, która bezsprzecznie pomaga przetrwać maleństwu ten trudny również dla niego moment narodzin. Ale tak, bałam się bólu dość mocno. Na pewno dużo bardziej niż za pierwszym razem, kiedy to sądziłam, że kobiety po prostu przesadzają.

Sama właściwie nie wiem, jak trafiłam na informacje o autohipnozie. Z perspektywy czasu uważam to za boską interwencję. Podeszłam do tego z dużą rezerwą, czy nie są to jakieś czary-mary z wahadełkiem. Okazało się jednak, że wszystko opiera się na nauce głębokiej relaksacji i szybkiego osiągania stanu całkowitego odprężenia. Wszystko to ma solidne podstawy naukowe, o czym wiedziałam ze względu na swoje wykształcenie, ale prawdę mówiąc, nie byłam przekonana, że to na mnie zadziała.

Przygotowanie do porodu w hipnozie było moim codziennym relaksującym rytuałem, któremu oddawałam się z radością w trakcie drzemki mojego synka. Zapalałam pachnące świece, parzyłam ulubioną herbatę i rozkładałam się na poduszkach. Wypełniałam ćwiczenia z podręcznika, ćwiczyłam oddychanie i wyobrażenia. Czasami zasypiałam, słuchając nagrań. Ale to było bardzo przyjemne. Lubiłam też aspekt budowania więzi z moją nienarodzoną córeczką, bo przy rozbrykanym roczniaku rzadko mogłam sobie pozwolić na koncentrowanie się na niej.

Mój poród zaczął się częściowym odejściem wód, kiedy wstałam w nocy do toalety. Niedługo po tym zaczęły się pierwsze skurcze. Byłam szalenie podekscytowana, szczególnie że moim planem było urodzić w domu, we własnej wannie. Dałam znać fotografowi, z którym byliśmy umówieni na fotoreportaż z porodu, i oczywiście mojej położnej, która miała nam towarzyszyć. Mężowi kazałam dalej spać, bo wiedziałam, że chcę skupić się na mojej relaksacji i wizualizacjach w nagraniach do autohipnozy. Cieszyłam się, że jestem sama. Włączyłam nagrania i spokojny głos Karoliny, który codziennie towarzyszył mi pod koniec ciąży, sprawił, że odpłynęłam. To taki niesamowity stan na skraju świadomości, trochę podobny do momentu tuż przed zaśnięciem. Jednocześnie jestem trochę na innej planecie, ale rzeczywistość jest nadal wyraźna, a ja myślę całkowicie logicznie. Nawet pamiętałam o tym, by zrobić sobie makijaż, no bo przecież zdjęcia! Kiedy czułam już, że poród jest zaawansowany, poprosiłam męża, aby zrobił mi kąpiel, podgrzał tartę warzywną i zaparzył ulubioną herbatę. Zadzwonił również po naszą położną, aby wyruszała. Nasz spokój był na tyle mylący, że nawet położna z wieloletnim doświadczeniem uległa przez telefon wrażeniu, że do finału jeszcze daleko. W pierwszym porodzie bardzo głośno krzyczałam, w tym całkowicie nie czułam takiej potrzeby. Koncentrowałam się na oddechu i rozluźnieniu. W 10 minut po przyjeździe położnej moja córeczka była już na świecie.

Chociaż na początku podchodziłam do autohipnozy sceptycznie, to właśnie dzięki niej nie myślę o ostatnim porodzie tak jak o pierwszym – w kategoriach bólu, ale bardziej w kategoriach wysiłku. Dzięki hipnozie doświadczyłam w pełni metafizycznego wymiaru, jaki mają w sobie narodziny dziecka, oraz nieprawdopodobnej siły umysłu, która drzemie w każdej z nas. Zarówno jako koleżanka, jak i jako psychoterapeuta polecam autohipnozę innym kobietom, które przygotowują się do porodu.

Marta Chrostowska – mama dwójki maluchów urodzonych naturalnie, w tym córeczki urodzonej w domu, do wody i w hipnozie. Z wykształcenia psycholog, zainspirowana własnymi doświadczeniami pomaga swoim pacjentkom przygotowywać się do porodu.

Agata Panfil

Pierwszy raz usłyszałam o autohipnozie przy okazji narodzin księcia Jerzego, synka księżnej Kate. Kolejny raz przy okazji narodzin jego młodszej siostry. Wtedy bardziej utkwiło mi to w pamięci. Ponieważ moje dwa pierwsze porody skończyły się cesarskim cięciem, bardzo pragnęłam tak przygotować się do trzeciego, aby tym razem udało się w końcu urodzić naturalnie. Byłam bardzo zdeterminowana i przez kilka miesięcy holistycznie przygotowywałam się to tego pięknego dnia. Poza dbaniem o ciało poprzez ruch i zdrowe odżywianie bardzo chciałam zadbać też o ducha i tak trafiłam (dzięki kilku grupom na fb) na kurs autohipnozy Cud narodzin Karoliny Piotrowskiej.

Dlaczego sięgnęłam po autohipnozę? Chciałam zrobić wszystko, co pozwoli mi się przygotować do porodu i co pozwoli mi naturalnie urodzić Hanię, dać jej najpiękniejszy start, jaki potrafię. Nie bałam się bólu czy fizycznych doznań porodowych, jednak miałam w sobie dużo spraw do przepracowania, lęków i obaw o wsparcie personelu, o to, że Hania będzie tak duża jak jej bracia (co się potwierdziło), trochę o współpracę z mężem, który też miał swoje obawy. Bałam się, że będę musiała walczyć z personelem albo że nie zauważę, jak mnie ktoś namówi do cesarki, której potem będę żałować (a tak w uproszczeniu było podczas drugiego porodu). Miałam też żal do siebie, że tak mało przygotowałam siebie i męża do narodzin obu synów. Że nie dałam drugiemu synowi naturalnych narodzin. I żal do lekarzy i położnych za ich pracę przy poprzednich porodach. Bałam się również, że w przypadku kolejnego cięcia ja czy moja córeczka możemy nie mieć tyle szczęścia, ile miałam ja i chłopcy przy dwóch pierwszych cesarkach. Chciałam również przygotować się do tego, żeby pięknie przeżyć poród nawet wtedy, gdyby miał się zakończyć kolejną cesarką.

Razem z mężem zaplanowaliśmy, że będziemy rodzić z doulą, a także byliśmy umówieni z położną. Obie miały już styczność z autohipnozą, więc nie były tym zaskoczone. Ich obecność również miała znaczenie dla mojego poczucia bezpieczeństwa. Jednocześnie zależało mi na tym, żeby umieć zadbać o swój spokój niezależnie od obecności tej trójki naszych aniołów. Dzięki nauce autohipnozy opierałam swój spokój głównie na sobie, a nie na osobach z zewnątrz i byłam spokojna, że nawet jak będę musiała być sama (na IP czy jakimś badaniu), będę bezpieczna.

Na początku przyzwyczajałam się do nagrań. Dziwnie się czułam, czytałam jednak, że to normalne. Wydawało mi się to naturalne, że muszę się przyzwyczaić do tła nagrań i głosu Karoliny.
Z początku podczas słuchania nagrań przysypiałam. Miałam jednak zaufanie, że tego potrzebuje moje ciało, skoro tak się dzieje. Opowiadałam także mojemu mężowi, o co chodzi, dlaczego warto i jak ma pomóc mi w przygotowaniach i nauce (np. nie wpuszczać dzieci do pokoju), a w trakcie porodu ewentualnie zmieniać nagrania. Bardzo mnie wspierał. Uspokajałam go także moim zaufaniem, że bycie w autohipnozie jest bezpieczne, a moje ciało i ja będziemy komunikować, czy coś się dzieje (co po dwóch cięciach miało to duże znaczenie).

Słuchałam nagrań i robiłam ćwiczenia z dołączonej książki. Poza pracą z tym kursem życie przynosiło mi różne sytuacje, myśli, okazje do odnajdywania w sobie kolejnych tematów do przepracowania. A kiedy coś się we mnie działo, relaksowałam się słuchając odpowiednich nagrań, ucząc autohipnozy. Nawiązywałam na powrót kontakt ze sobą, swoim wnętrzem, żeby potem przepracować temat. Wyobrażałam sobie swoje bezpieczne miejsce, że w nim jestem, że tam mam spokój i komfort. Korzystałam z nagrania z pozytywnymi afirmacjami, co bardzo podbudowało moje poczucie własnej wartości i zaufania do siebie. Budowałam w sobie spokój. Źródło wewnętrznej energii. Widziałam z czasem, że nawet kiedy targały mną silne emocje, potrafiłam (z pomocą nagrań) wyciszyć się dużo szybciej niż kiedyś bez tych umiejętności. Dzięki nagraniom rozwijałam moją relację z samą sobą, miałam większą świadomość ciała, emocji, myśli. Dzięki temu także mogłam lepiej dbać o relacje z innymi.

A poród? Poród jest w głowie. Zarządza nim prastara część mózgu. A jej do pracy potrzebne jest wyłączenie czy choćby wyciszenie kory nowej. Czyli spokój, relaks i poczucie bezpieczeństwa. I choć miałam trudności w nauczeniu się autohipnozy (miałam wrażenie, że nie umiem się skupić), to wiedziałam, że bardzo dużo da mi głęboka relaksacja, umiejętność szybkiego wchodzenia w ten stan. Ponadto wiedziałam, że będąc w stanie autohipnozy, głębokiego relaksu czy w początkowej fazie snu, mózg pracuje na pewnych podobnych częstotliwościach, że to jest klucz do sukcesu w relaksie.

Moja Hania rodziła się prawie całą sobotę. Poza nutką ekscytacji, że to już, byłam spokojna, pełna zaufania i harmonii. Przygotowując siebie do wyjścia do szpitala i dom do pozostawienia rodzinie, co kilka minut odcinałam się od świata. Kucałam na każdym skurczu i świat dookoła przestawał istnieć. Byłam tak przygotowana, że wcale nie musiałam włączać wtedy nagrania na pierwszą fazę porodu. W głowie myśli same płynęły, zapamiętane z nagrań. Piękne, wspierające, o otwieraniu się, o fali skurczu, o sile i mocy, jaką mam w sobie jako kobieta. O tym, że moje ciało wie, jak urodzić Hanię. Było we mnie tyle spokoju, że sama byłam tym zaskoczona. Nawet emocje męża i niani kompletnie mnie nie dotykały. Chłopcy też byli spokojni, zanim wyszliśmy z domu.

Tak oto przy jednej konsultacji z położną i ocenie sytuacji spędziłam poza szpitalem prawie 14 godzin porodu (a tylko cztery w szpitalu). W tym czasie funkcjonowałam normalnie z przerwami na skurcze. Poza czasem spędzonym w domu poszliśmy nawet z mężem coś załatwić, byliśmy w kościele, a na koniec poszliśmy do ulubionej restauracji na pożywny obiad. Podczas każdego skurczu świat nie istniał. Mąż podawał mi dłoń, bym mogła ukucnąć. Słuchałam swojego ciała i odcinałam się od tego, co dookoła. To było niesamowite. Podczas obiadu kucałam przy stole co trzy minuty, ku zaskoczeniu wszystkich wokół. A potem pojechaliśmy na Izbę przyjęć, czułam, że to ten moment. Wszystko robiłam w kontakcie i zgodzie ze sobą, w spokoju i zaufaniu.

Kiedy dotarłam na salę porodową, czułam się zdekoncentrowana wstępnymi procedurami. Wtedy pierwszy raz nałożyłam słuchawki. I to pozwoliło mi szybko wrócić do siebie, odciąć się od świata i skoncentrować na tym, co tu i teraz. Czas płynął powoli. Nie wiem, czy udało mi się wtedy wejść w stan autohipnozy, jednak stan relaksu w zupełności mi wystarczał. Rodziłam córeczkę! Pięknie, w spokoju, harmonii i akceptacji wszystkich doznań. W przerwach między skurczami znów nakładałam słuchawki i przysypiałam kołysana dźwiękami z nagrań. To pozwoliło mi skupić się na odpoczynku, aby nabrać sił na końcówkę porodu. Niedługo potem Hania była już z nami, cieplutka, miękka, cudowna. Idealna. Urodzona naturalnie po dwóch cesarkach. Duża, piękna dziewczynka, ważyła blisko 4400 g.

Słuchanie nagrania na czas połogu było kluczem do odpoczynku po porodzie. Po nieprzespanej nocy i całym dniu porodu byłam tak zmęczona, że miałam problem, aby usnąć. Nagranie pozwalało mi się wyciszyć, z czasem lekko przysnąć. Słuchałam go, gdy chciałam odpocząć w szpitalu i potem w domu. Nawet teraz, po kilku miesiącach od tego pięknego dnia, wracam do nagrania na czas połogu i tego z afirmacjami. To jest niesamowite, jak plastyczny jest nasz mózg i jak sami możemy kreować swoje pozytywne nastawienie do życia, jaki wpływ możemy mieć na nasze poczucie bezpieczeństwa i… szczęście! Opowiadam o autohipnozie i głębokiej relaksacji każdemu, polecam ciężarnym mamom kurs Karoliny, bo jest naprawdę bardzo kompleksowy. Zamiłowanie do ćwiczenia relaksacji, uważności i pozytywnych myśli staram się przelewać na dzieci, męża, by mogli korzystać z tych dobrodziejstw. Autohipnoza i głęboka relaksacja to sposób na piękne postrzeganie ciąży, przygotowanie się do spotkania z maleństwem i wsparcie w byciu mamą.

Agata Panfil – żona i mama cudownej trójki: dwóch synów i córki urodzonej naturalnie po dwóch cesarkach (VBA2C). Kończy studia doktoranckie z matematyki, pracuje jako korepetytor. Pasjonuje się Porozumieniem bez przemocy i pokrewnymi technikami wykorzystywanymi w samorozwoju i wspieraniu innych w budowaniu pięknej relacji ze sobą i innymi. Wspiera również mamy w ciąży i po porodzie, planuje zostać doulą.

Ewa Zawada

Lęk

Poród z Cudem narodzin był moim pierwszym porodem naturalnym i jednocześnie drugim porodem w moim życiu. Pomysł, żeby wykorzystać autohipnozę, wykluł się niecałe dwa miesiące przed planowanym terminem. W zasadzie nie wiedziałam, „z czym się to je”, ale z perspektywy czasu – właśnie upłynęło pół roku od tego magicznego momentu – oceniam tą decyzję jako dobrą podstawę dla mojego VBAC. Podejmując próbę porodu siłami natury, oczywiście bałam się długotrwałego bólu (mimo że jestem osobą zakochaną w sporcie i potrafię znieść ogromny ból fizyczny, wychodząc daleko poza strefę komfortu). Ale strach przed bólem jest czymś naturalnym i to nie on spędzał mi sen z powiek. Tak naprawdę bałam się personelu medycznego i tego, co może mnie spotkać ze strony położnej i lekarza. Po urodzeniu mojej pierwszej córeczki zostałam z traumą porodu naszpikowanego przemocą i nieżyczliwością. Zostałam zaszczuta i zmuszona do zgody na operację (właściwie zgoda była podpisana in blanco przy przyjęciu do szpitala). Kiedy po raz drugi zaszłam w ciążę, wydawało mi się, że najlepszym rozwiązaniem będzie poddać się cięciu w narkozie, ale operacja to nie moja bajka – to takie poddanie się bez powodu, już na starcie.

Przygotowanie

Dzięki wsparciu męża podjęłam decyzję o porodzie siłami natury, ale żeby postanowienie mogło się spełnić, trzeba było znaleźć rozwiązanie i stanąć ze strachem twarzą w twarz. Jako pierwszą zaprosiliśmy do naszego świata doulę Małgorzatę Kozłowską, poznaną za pośrednictwem facebookowej grupy wsparcia Naturalnie Po Cesarce. Jej dobre nastawienie do porodu sprawiło, że zaczęliśmy wierzyć w powodzenie naszych planów. To właśnie Gosia po poznaniu naszej sytuacji zaproponowała pracę z Cudem.

Słuchając pierwszego nagrania autohipnozy, poczułam się lekko zażenowana. Głos Karoliny Piotrowskiej i czytane przez nią afirmacje stwarzają bardzo intymny klimat (w pewnym momencie mąż zaczął się śmiać, że idę posłuchać telefonu dla dorosłych). Po pierwszym szoku szybko wpadłam w rytm i praca z Cudem stała się częścią codziennego rytuału. Dokładnie miesiąc przed planowanym terminem porodu przestałam chodzić do pracy i zaczęłam korzystać z programu dwa razy dziennie. Po ukończeniu ostatniej lekcji z książki słuchałam Cudu za każdym razem, kiedy szłam odpocząć. Moją wiarę w skuteczność autohipnozy pogłębiał fakt, że potrafiłam „przespać lekcję” w pozycjach porodowych, np. na piłce. Mój porodowy team miał ze mnie niezły ubaw, a ja z dnia na dzień miałam coraz większą wprawę ze świadomym wyciszeniem się i wprowadzeniem w stan relaksu.

Poród

Pierwsze skurcze obudziły mnie wieczorem po południowej drzemce. Wiedziałam, że mam czas i nie muszę się śpieszyć. Odtwarzacz mp3 z nagraniem i słuchawkami był spakowany w torbie porodowej. Nad ranem obudziłam męża, poprosiłam o podpięcie TENS-a, zadzwoniłam po doulę i pojechaliśmy do szpitala. Tam akcja niestety się wyciszyła – zmęczenie i długie czekanie na salę porodową spowodowały, że zaczęłam po cichu panikować. Kiedy trafiliśmy na salę i włączyliśmy płytę z Cudem, miałam dość. O drugiej nad ranem, po ogromnym skurczu, nastała cisza. Nie wiedzieliśmy, co robić. Zapytałam położną, czy możemy iść do domu, skoro nic się nie dzieje. Poszła zapytać o to lekarza, który po chwili dosłownie wpadł na salę i zaproponował patologię, wspomniał coś o cięciu i o tym, że może ja się nie nadaję do rodzenia. Z duszą na ramieniu poszłam spać na patologię. Choć ciężko to nazwać snem. Resztę nocy przepłakałam. Miałam wrażenie, że cała moja praca i zaangażowanie poszły na marne. Pani ordynator oddziału patologii na nocnym obchodzie tchnęła we mnie resztki nadziei: „Proszę zjeść dobrą kolację i się wyspać”. Idąc za tą radą wmusiłam w siebie kolację, wygrzebałam z torby porodowej opaskę na oczy i wcisnęłam w uszy słuchawki z nagraniem Cudu. Głos Karoliny poprowadził mnie w głęboki sen. O piątej rano obudził mnie skurcz. Piękny, intensywny i długi skurcz. Po dwóch minutach drugi, po kolejnych dwóch trzeci. Łzy popłynęły mi ze szczęścia! Napisałam do męża, on zadzwonił do Gosi. Machina ruszyła. Nie wyciągnęłam z uszu słuchawek aż do momentu, w którym nagranie progowe zabrzmiało na sali porodowej z odtwarzacza CD. Nie pozwoliłam się wyrwać z tego błogiego stanu lekkiego rozmycia. Do kontaktów z personelem wykorzystałam Gosię i męża, byli moim filtrem i choć świetnie wiedziałam, co dzieje się dookoła, asertywnie odmawiałam ponownych rozmów na temat wykształcenia, chorób, zgód… – wszystko było w planie, wszystkie informacje miał mój mąż. Choć nie jestem masochistką, każdy bolesny skurcz sprawiał, że rosłam w siłę, a Karolina swoim spokojnym głosem upewniała mnie, że dam radę i to, co się dzieję, jest piękne, jest niepowtarzalne. Byłyśmy z córką w moim bezpiecznym miejscu, otoczone opieką moich dobrych duchów izolujących mnie od szpitalnej rutyny. Rytm głosu Karoliny, jego melodia. Wsparcie mam z grupy. To był prawdziwy cud narodzin!

Przy skurczach partych Cud został wyłączony, ponieważ – jak opisał to później mój mąż – nie reagowałam na polecenia położnej. Ale to nic, ponieważ moja córeczka była już tak blisko, że było mi wszystko jedno. Ominął mnie magiczny kryzys 7 cm, znieczulenie okazało się zupełnie zbędne, obyło się bez oksytocyny. Choć czułam bóle krzyżowe, to mogę ze spokojnym sumieniem przyznać, że poród odbył się bez bólu (jakkolwiek to brzmi).

Jestem pewna, że gdyby nie Cud narodzin, strach i niemoc pożarłyby moje marzenie o porodzie siłami natury po cesarskim cięciu. Być może wiele kobiet uzna to za fanaberię, ale mnie – osobie bardzo energicznej, gotowej do działania o każdej porze dnia i nocy – Karolina Piotrowska dała do ręki narzędzie, które nauczyło mnie, jak zatrzymać się w biegu i odpocząć. Dla mnie program nie skończył się w dniu porodu. Chętnie korzystałam z nagrania na czas połogu, a nawet teraz – kiedy ktoś doprowadza mnie do granic, kiedy zmęczenie przy dwójce maluchów zaczyna mi dawać po kościach albo kiedy jestem czymś podekscytowana tak mocno, że nie potrafię zasnąć – jeden gest, którego nauczyłam się w czasie autohipnozy, sprowadza na mnie spokój i odprężenie.
Już nie mogę się doczekać kolejnego porodu z Karoliną, tym razem w moim własnym domu.

Ewa Zawada – uwielbia siedzieć z nosem w książkach i uprawiać sport dla relaksu. Obie córeczki „wybiegała” – młodsza pokonał z nią 33. Athens Marathon. Uwielbia cieszyć się życiem i ciągle odkrywać nowe smaki, kultury i poglądy. W swoim życiu zajmowała się wieloma rzeczami – od śpiewu po pokazy pirotechniczne i demontaż samochodów. Od córek nauczyła się, czym jest prawdziwa ciekawość i bezgraniczna miłość.

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Ewa Krogulska

Psycholog, redaktorka, doula i certyfikowana przez CNOL Promotorka Karmienia Piersią. Współorganizatorka oddolnej inicjatywy Lepszy Poród walczącej o prawa kobiet w porodzie. Prywatnie mama dwóch chłopców.
Odwiedź stronę autorki/autora: http://www.lepszyporod.pl/




Ząbkowanie – jak naturalnie łagodzić objawy

„Wygląda na to, że tylko ja sobie nie radzę”

Wizyta u dentysty przed i w czasie ciąży – dlaczego jest to takie ważne?

Przejdz do: