Granice – szanujmy cudze, ale także swoje własne. Rozmowa z Małgorzatą Musiał, cz.1
Święta, święta, święta... zobacz PREZENTY dla dzieci
| Granice – szanujmy cudze, ale także swoje własne. Rozmowa z Małgorzatą Musiał, cz.1

Granice – szanujmy cudze, ale także swoje własne. Rozmowa z Małgorzatą Musiał, cz.1

Granice, emocje, relacja – te słowa znają chyba wszyscy, nie tylko bliskościowi rodzice. Ale co one tak naprawdę oznaczają? O budowaniu więzi z dzieckiem, o tym, czym naprawdę są granice i kto ich potrzebuje, rozmawiamy z Małgorzatą Musiał, autorką książki “Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny”.

Zacznijmy od granic. Dlaczego tak trudno jest nam je sobie wytyczać? Nie tylko w kontakcie z dzieckiem, ale także wobec partnera, rodziny, współpracowników.

Na to pytanie jest bardzo wiele odpowiedzi. Najczęściej po prostu nie wiemy, gdzie przebiegają nasze granice. Wielu dorosłych jako dzieci nie posiadało wsparcia w rozpoznawaniu swoich granic, a wręcz przeciwnie – różne dążenia dorosłych sprowadzały się do tego, żeby dzieci się zachowywały w odpowiedni sposób, a nie żeby mogły badać, sprawdzać swoje granice i bronić ich.
Często to widać w naszych relacjach z własnymi dziećmi: mówimy coś machinalnie, spontanicznie, nie zaglądając do środka i nie badając, czy my rzeczywiście w to wierzymy. Zamiast mówić: ”tak się nie robi”, “tak być powinno”, warto sprawdzić, jak faktycznie czujemy się z tymi rzeczami.

Co równie ważne, jako dzieci doświadczaliśmy przede wszystkim tego, że mamy się skupić na swoim zachowaniu, także względem innych ludzi (co samo w sobie nie jest złe absolutnie). W dzieciństwie większość z nas była zmuszona do rezygnacji z własnych granic. Dbanie o siebie było odbierane jako przejaw buty, złego wychowania, egoizmu. Mowa tu o takich sytuacjach, gdy np. ktoś nie chciał dać komuś buziaka czy przytulić się do dziadków. Raczej niewiele osób doświadczało wspierania tej decyzji, a bardziej nakłaniania, żeby to zrobić wbrew sobie. Jeśli to się dzieje jednorazowo, nie musi mieć złego wpływu, ale już wiele takich sytuacji może wytworzyć przekonanie, że to, czego ja chcę, co jest moje, jak się czuję w danej sytuacji, nie jest tak ważne jak to, czego oczekują inni. Mogę na tej podstawie wyrobić sobie przekonanie, że dbanie o swoje granice jest czymś złym, przejawem egoizmu.

Myślę, że to są rzeczy, które bardzo utrudniają kontakt z własnymi granicami, ze sobą i mówienie o tym otwarcie.

Mogą także utrudnić szanowanie potrzeb dziecka, prawda? Bo skoro ja tego nie doświadczyłam – że mogę powiedzieć nie – to trudno będzie mi respektować granice mojego dziecka…

Jestem przekonana, że tak jest. Jeśli sama mam nieuporządkowany ten obszar, widzę coś złego, coś niestosownego w dbaniu o własne granice, to będzie mi trudno wspierać w tym moje dzieci. Wszelkie ich przejawy dbania o własne terytorium będę odbierać osobiście, że źle je wychowałam. Jeżeli one mówią: “Nie, nie dam cioci buziaka”, “Nie chcę się podzielić czekoladkami”, “Nie chcę powiedzieć dzień dobry”, to mogę zacząć myśleć, że coś jest ze mną nie tak jako matką. Że źle wychowałam swoje dzieci. Najważniejsze staje się ich zachowanie, a nie to, co przeżywają i o co próbują zadbać.

Najlepsze książki dla dzieci i rodziców - księgarnia Natuli.pl

W swojej książce mówisz o granicach jako naturalnym przejawie autonomii człowieka. Natomiast w dyskursie społecznym granice funkcjonują chyba bardziej jako zasady, reguły, których trzeba przestrzegać: “Dziecko musi znać granice, inaczej ci wejdzie na głowę”. Jaka jest pułapka takiego swobodnego żonglowania tym słowem?

Rzeczywiście często tak jest. Obserwuję to, gdy rozmawiam z rodzicami na warsztatach. Te dwa pojęcia często się łączą. Wielu ludzi uważa, że granice to są zasady. Dla mnie to dwie różne rzeczy. Granice jako takie oddzielają to, co jest moje, od tego, co nie jest moje, to, co ja chcę, od tego, czego nie chcę, to, czego potrzebuję, od tego, czego nie potrzebuję. To moje wartości, przekonania, różne rzeczy, które tworzą mnie. Zasady tego nie wspierają.

Wydaje mi się, że jeśli ktoś mówi, że “dziecko musi znać granicę, inaczej ci wejdzie na głowę”, to jest to raczej próba zadbania o własne granice, choć może nieco nieumiejętna. Spróbuję to wyjaśnić na przykładzie. Chciałabym, żeby moje dzieci respektowały granice prawa własności – nie chcę, żeby bez pytania zaglądały do mojej torebki i wyjmowały z niej rzeczy. I kiedy mówię o swojej granicy, używając języka osobistego: “Ja tego nie chcę”, “Ja tego nie lubię”, to rzeczywiście dotyczy to moich granic. Natomiast użycie takiego ogólnego zdania: “Ludziom nie zagląda się do torebek”, “Są pewne zasady, których trzeba przestrzegać” trochę odsuwa ode mnie tę odpowiedzialność.
Myślę, że to może wynikać z napięcia, które może się pojawiać, gdy bronię własnych granic. Czuję, że jest w tym coś niestosownego. Gdy odwołam się do ogólnej zasady, to będzie łatwiejsze.

„Dobra relacja” w Natuli.pl

Dziecięca autonomia i możliwość decydowania o sobie – to bardzo pięknie brzmi, ale w praktyce często napawa nas lękiem. Kiedy szanuję odmowę mojego dziecka, słyszę, że “dziecko nie może podejmować takich decyzji”, że to ja “powinnam być osobą decyzyjną” albo pada ostateczny argument: “A co, jeśli do szkoły też nie będzie chciał chodzić?” (gdy np. akurat nie chce iść na spacer). Dlaczego dorośli tak bardzo obawiają się dziecięcego nie?

Myślę, że chodzi tu znów o skupianie się na zachowaniach: na tym, jak człowiek ma odpowiadać na pytania, a nie na tym, co się w nim dzieje, że toczy się w nim jakieś życie wewnętrzne, ma emocje, potrzeby.

Skupianie się na tej zewnętrznej formie może napawać przerażeniem, bo dziecięce zachowania są bardzo gwałtowne i wyraźne. Gdy nie mamy świadomości, skąd to się bierze i do czego prowadzi, i zatrzymujemy się tylko na tej powierzchni (np. dziecko tupie nogą, krzyczy, że czego nie chce), to możemy mieć poczucie, że nie wiemy, co teraz zrobić. Że jedyną receptą jest to, żeby dziecko nakłonić do pożądanego zachowania. A kiedy nie ma się tego całego zaplecza, fundamentów w postaci świadomości, o co tak naprawdę chodzi, to rzeczywiście pozostaje tylko twarde trzymanie w ryzach i nakłanianie do zrobienia czegoś albo nierobienia czegoś.

Wszelkie przejawy dziecięcej autonomii napawają lękiem, bo dają takie wrażenie, że mi się coś wymyka spod kontroli, że może sobie nie radzę. Mogą pojawić się myśli, że jeżeli teraz jest mi trudno, to co będzie później. Tak się dzieje, jeśli nie mam przekonania, że dzieci są ludźmi, chcą współpracować, zależy im na relacji, że to nie są rozpuszczeni egocentrycy, którzy patrzą tylko na czubek własnego nosa, a chcą być w takiej zależności i przynależności, a jednocześnie chcą też nabyć swoją autonomię i to się da pogodzić. Można się porozumieć i naprawdę nic się nie traci, jeśli zagląda się pod powierzchnię i odpowiada na to, co w danym momencie jest dla dziecka ważne. Często z tyłu głowy może nam się pojawiać myśl, że jak teraz odpuszczę, to mi wejdzie na głowę, bo zobaczy, jaka jestem słaba, bezradna, nie umiem egzekwować swojego zdania – taki gen proroctwa, czyli to, o czym powiedziałaś: że teraz się zgodzę, a za chwilę mi powie, że nie chce lekarstwa, że nie pójdzie do szkoły.

Z jednej sytuacji próbujemy wyciągać jakieś wytyczne do wszystkich innych sytuacji, które się pojawią. Jakby dziecko było maszyną, którą raz sobie zaprogramuję i tak zostanie, jakby był taki algorytm, który będzie nam się zawsze powtarzał. I rzeczywiście odrzucanie tego aspektu relacyjnego, tego życia wewnętrznego dziecka i tego, co jest dla niego ważne, moim zdaniem sieje ogromne spustoszenie w relacji i prowadzi do napięć, które nie są tak naprawdę potrzebne.

Jest też druga strona medalu: odmawianie dziecku. Nierzadko łączy się ona z silnymi emocjami z jego strony. Jak rodzic może pomóc dziecku się z nimi uporać?

Myślę, że warto zacząć od siebie: żeby w sobie znaleźć taką otwartość na to, że to, co ja teraz powiem dziecku, się nie spodoba. Zbadać swoje granice, czy faktycznie chcę to powiedzieć, czy mówię to z automatu: tak się robi, tak się nie robi. Czy to moja granica, czy ją przyjęłam tak trochę bezrefleksyjnie. Bardzo ważne jest też to, aby uruchomić w sobie takie przekonanie, że nikt z nas nie jest nie w porządku: ani ja, kiedy odmawiam, ani moje dziecko, kiedy się wkurza, że jego prośba nie została spełniona.

Podczas pracy z rodzicami wydaje mi się, że to jest w ogóle sedno problemu i wspierania dziecka w jego reakcjach. Bardzo często rodzice boją się odmówić, bo myślą, że są nie w porządku. Mają jakieś wdrukowane przekonanie (czasem nieuświadomione), że jeśli oni robią coś, co sprawia, że dziecko płacze, to robią coś źle. Ich wysiłki sprowadzają się do szukania takiego sposobu, aby powiedzieć “Nie, nie zgadzam się!” i usłyszeć od dziecka: “Dziękuję, że troszczysz się o mój rozwój i bezpieczeństwo, i jest mi z tym dobrze”. Takiego sposobu po prostu nie ma!

To jest bardzo często blokadą w budowania kontaktu z dzieckiem – kiedy chcę mu czegoś odmówić i na coś się nie zgodzić, bo chcę zadbać o swoje granice. Kiedy mam taki fundament, takie przekonanie, że mogę to zrobić i to jest w porządku i to, że moje dziecko się wkurza, też jest w porządku, to dopiero wtedy jestem gotowa, by dać mu wsparcie – takie, jakiego potrzebuje. A potrzebuje bardzo różnego, bo czasem wcale nie chodzi o jakieś specjalne doprecyzowanie czy tłumaczenie (to w ogóle jest zwykle najmniej istotne). Bardzo często wystarczy, że rodzic widzi, że dziecku jest trudno, nie ocenia go i nie oskarża ani nie każe mu przestać się denerwować. Bo gdy ja dziecku odmawiam i ono się złości, to ono nie będzie chętne przyjąć mojej propozycji: chcesz się przytulić, posiedzieć ze mną? Ono jest wkurzone teraz z tego powodu, że to ja mu czegoś zabroniłam, więc to może nie być dobry moment, by się przytulać i wyznawać sobie miłość. Wydaje mi się, że to, co najważniejsze, co rodzić może zrobić wspierającego, to stworzyć przestrzeń na to, by te emocje się przetoczyły i wybrzmiały.

Kiedy popatrzymy na to, jak ludzie reagują na emocje, które pojawiają się w innych, to zdecydowana większość działań i wysiłków sprowadza się do tego, żeby sprawić, by ktoś przestał czuć to, co czuje: “Jesteś smutna? To cię rozweselę! Jesteś zezłoszczona? To ci powiem, że nie ma po co się złościć, że wszystko będzie dobrze”. Jedną z najtrudniejszych rzeczy jest być z kimś, towarzyszyć mu, wziąć trochę tego ciężaru na siebie. To jest trudne, także na poziomie fizjologicznym, ponieważ te emocje w nas rezonują, gdzieś się odzywają. Trzeba więc obudzić w sobie świadomość, że one nie są moje emocje, że to nie ja się złoszczę, smucę, tylko to, co czuję w ciele, to to, że ktoś inny doświadcza takich emocji.

Towarzyszenie dzieciom jest szczególnie trudne, ponieważ wtedy uruchamia się seria rodzicielskich przekonań. Mnie najtrudniej towarzyszyć dzieciom w smutku. Kiedy dziecko jest smutne, zwłaszcza z tego powodu, że coś się wydarzyło w relacji z przyjaciółmi, to często włączają mi się postawy naprawcze: żeby je rozweselić, uszczęśliwić. Mam świadomość, że odzywają się moje wcześniejsze doświadczenia, dlatego chcę się od tego uwolnić, to nie do końca chodzi o moje dzieci, to chodzi o mnie.

W swojej książce piszesz o rezygnacji z kary. Natknęłam się na badania, z których wynika, że rodzice czują, że dyscyplinowanie dzieci jest ich obowiązkiem. Dlaczego tak trudno z tego zrezygnować? Dlaczego wydaje nam się, że musimy jakoś zapanować nad dziećmi, bo inaczej odniesiemy fiasko? Dlaczego tak bardzo potrzebujemy narzędzi, by trzymać je w ryzach?

Sporo wynika tu z przekonania, że dzieci są wizytówką rodzica. Jeżeli idę gdzieś z dziećmi i one są ładnie ubrane, uczesane, mają czyste buzie, mówią grzecznie dzień dobry, zagadują sąsiadów same z siebie (a więc nie są nieśmiałe, nie daj Boże), no to ludzie sami się uśmiechają i myślą o mnie w samych superlatywach, jaką jestem cudowną matką. I ja rozkwitam. Więc moje działania będą się ku temu sprowadzać, żeby tak wychować dzieci, żeby były moją chodzącą wizytówką.

To jest jedna rzecz. A druga to to, o czym już wcześniej rozmawiałyśmy – poczucie, że dziecko to jest taki kawałek drewna, który ja muszę ociosać i nadać mu kształt. Przekonanie, że jeżeli to zostawię – taką samowolę, za dużą autonomię, to to popłynie w złą stronę. Przecież to ja jestem rzeźbiarzem, mam dłuto i muszę to zrobić tak, żeby potem być zadowoloną z efektu. To wszystko jest w moich rękach! Jest bardzo mało zaufania do siły życia, rozwoju, tego, jak to zostało zaplanowane. Także do samego dziecka: do tego, że ono naprawdę chce być w relacjach, jest dla niego ważne, co myślą i czują inni ludzie. Dzieci naprawdę mają empatię i są empatyczne, przejmują się przeżyciami innych!

Myślę, że to wszystko ma korzenie w naszym dzieciństwie. Stajemy się rodzicami w momencie, gdy mamy 20–30 lat i doświadczyliśmy już różnych działań ze strony naszych rodziców. Potem ten bagaż niesiemy przez życie. Te przekonania oczywiście można zmienić, bo mózg człowieka jest fantastycznie plastyczny, tylko trzeba mieć w sobie świadomość i gotowość do zmiany. A jak tego nie ma, to rzeczywiście działamy z automatu, bezrefleksyjnie i niewspierająco dla relacji. W dzieciach jest duża siła, która je pcha w kierunku takiego rozwoju, jaki jest dobry dla nich, który został im przewidziany, zaplanowany.

Jak zadbać o swoje potrzeby, żeby mieć empatię i umiejętność przyjmowania emocji dziecka?

Gdy rozmawiam z rodzicami i gdy patrzę na swoje doświadczenia, widzę, jak wielką wartość ma wspólnota z innymi ludźmi, żeby nie być w rodzicielstwie samemu. Jedno z moich dzieci musi się teraz poddać zabiegowi, który wymaga zapuszczenia kropli do oczu. I to jest dla niego trudne. Gdy chciałam to robić w pojedynkę – szukać lekarzy, nakłaniać dziecko, żeby się na to zgodziło – moja irytacja narastała, bo nie byłam w stanie tego osiągnąć. Uruchamiały mi się mechanizmy, o których rozmawiałyśmy (Pielęgniarka i lekarz patrzą na mnie, że ja z dzieckiem dyskutuję, że nie chcę zrobić tego na siłę, więc jestem jakaś taka cackająca się… Przecież to trzeba zrobić i się nie pieścić!). Te rzeczy robiły mi straszny bigos w głowie! Dopiero jak przeszłam całą drogę frustracji i bezsilności, poprosiłam o wsparcie… Na samym końcu!

I otrzymałam bardzo dużo podpowiedzi, wskazówek, otuchy, innego punktu widzenia. Dowiedziałam się, że są dorośli, którym trudno jest przyjmować krople, i jak oni sobie z tym radzą. Dostałam bardzo dużo różnych strategii do wyboru, o wiele więcej, niż byłam w stanie sobie wymyślić, bardzo dużo empatii i zrozumienia, że mam taką trudność, ale też wsparcia na tej drodze, że chcę to zrobić w bezprzemocowy sposób. I że nie są to moje fanaberie. To było dla mnie niezwykle poruszające. Dlatego zadbanie o siebie to dla mnie przede wszystkim kontakt z innymi. To są rzeczy, które mnie bardzo wzmacniają i pomagają mi.

Małgorzata Musiał (dobrarelacja.pl) –

pedagog z wykształcenia, żona i mama trójki dzieci. Na co dzień zajmuje się wspieraniem rodziców w ich rodzicielskich wyzwaniach, prowadząc warsztaty, szkolenia i indywidualne konsultacje. Wieloletnia realizatorka programu „Szkoła dla Rodziców”. Pracę z rodzicami zaczęła, współzakładając toruńskie stowarzyszenie „Rodzina Inspiruje!” organizujące eventy dla rodzin oraz szkolenia dotyczące wychowania dzieci. Jest również jednym z niewielu w Polsce mentorów grup SAFE, programu wspomagającego budowanie bezpiecznej więzi między rodzicami a dziećmi. Autorka bloga Dobra Relacja oraz książki „Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny”.

Foto: flikr.com/slowlyinhale

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Ewa Krogulska

Psycholog, redaktorka, doula i certyfikowana przez CNOL Promotorka Karmienia Piersią. Współorganizatorka oddolnej inicjatywy Lepszy Poród walczącej o prawa kobiet w porodzie. Prywatnie mama dwóch chłopców.

Odwiedź stronę autorki/autora: http://www.lepszyporod.pl/




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

Jak rodzicielstwo przez zabawę pomaga rozwiązywać codzienne problemy?

Lęk w rodzicielstwie. Dlaczego warto go zrozumieć

Ciąża i poród w Finlandii

Przejdz do: