Szczęściu warto służyć. Rozmowa z Izą Czarko-Wasiutycz o ustawieniach hellingerowskich
| Szczęściu warto służyć. Rozmowa z Izą Czarko-Wasiutycz o ustawieniach hellingerowskich

Szczęściu warto służyć. Rozmowa z Izą Czarko-Wasiutycz o ustawieniach hellingerowskich

Rozmowa z Izą Czarko-Wasiutycz - terapeutką ustawień hellingerowskich po Instytucie w Taunusie i coachem systemowym. Autorką artykułów i wywiadów o rodzicielstwie, wychowaniu dzieci, ale również o przygotowaniu do przyjścia na świat potomstwa.

„Dziecko jest dla mnie skarbem i sprawą najwyższej wagi. Jest przejawem życia z jego najświętszymi elementami i cudem samym w sobie. Jest niezwykłym połączeniem dwojga ludzi w ich spotkaniu poza jakimikolwiek opisami”

Iza Czarko-Wasiutycz

Aga Pleskot.: Cześć, Izo. Zapraszam cię dzisiaj do rozmowy o dzieciach, o twojej pracy z nimi.

Iza Czarko-Wasiutycz: Pracuję z dziećmi już od kilku lat przede wszystkim dlatego, że sama jestem mamą. Moi nauczyciele, najbliżsi asystenci Berta Hellingera, pracują z dziećmi i ja patrzyłam na tę pracę przez kilka lat szkoły i po jej zakończeniu. Patrzyłam zafascynowana, bo wydawało mi się to trudne.

Może kilka słów o ustawieniach, bo wiele o nich ostatnio słychać. Bert Hellinger zebrał przez ponad dwadzieścia lat swojej pracy i edukacji dotyczącej relacji międzyludzkich, ale też szesnaście lat życia na misji u Zulusów, kiedy był w zakonie, wiele prawidłowości, jakie nami rządzą. Naszą psychiką, hierarchią wartości i zapisami w nas dotyczącymi mechanicznych odruchów płynących z ciała i mózgu. To ogromna wiedza wielu dziesiątek lat badań, pracy psychoterapeutki Virginii Satir, która pracowała z rodzinami, biologa Ruperta Sheldrake’a, twórców neuroprogramowania lingwistycznego i wielu, wielu innych. To nie są – jakby się mogło zdawać – jakieś czary-mary. Ja wiele lat uczyłam się tego zawodu i nadal się uczę. Jeszcze. Z pokorą do tego, czego dalej się dowiaduję i co jest dla mnie odkrywane w kolejnych sesjach.

Teraz widzę i wiem, że dziecko to taki sam pacjent jak dorosły. Dziecko jest po prostu człowiekiem. Ze swoimi pragnieniami, ze swoim losem, swoimi celami, emocjami i sukcesami. Tak samo jak dorosły wychodzi z jakiegoś systemu rodzinnego, z jakichś układów, uwikłań.

Pracę z dziećmi zaczęłam dopiero wtedy, kiedy poczułam, że jestem gotowa. To przyszło w pewnym sensie samo. Z pierwszymi pacjentami pracowałam w prywatnej klinice dr Preeti Agrawal, z którą współpracuję we Wrocławiu na stałe. Żeby widzieć dziecko i móc mu pomóc, trzeba mieć w sobie zupełną akceptację dla jego rodziców i szacunek do tego, co oni niosą, bez względu na to, jakie to jest.

Kiedyś stawiałam się ponad. Ludzie tak robią często. Widzą, jak mama daje klapsa dziecku na ulicy, ona rozdygotana, w emocjach. „Wariatka” – myślą często, a to dziecko – ”biedne”… No biedne… Ale mama też biedna. Oboje się spotkali tutaj po coś. Nigdy nie wiadomo po co, tym bardziej, kiedy tak stoimy z boku. My tego nie wiemy. Nie wiemy tym bardziej, że możemy zobaczyć w ludziach tylko tyle, na ile jesteśmy gotowi. Jeśli nas kiedyś rodzice bili, jak będziemy reagować – z miłością i zrozumieniem dla obojga czy tylko dla dziecka? A zauważymy w ogóle tatę? Tatę, którego pewnie fizycznie tam nie ma, ale przecież jest. Też swoim brakiem obecności.

A może ona sama, ta kobieta, jest bez taty dziecka. Na co dzień. Może nie umie w tym swoim macierzyństwie się odnaleźć… Dorosła jest, ktoś powie, sama zdecydowała. Ale czy na pewno? Czy ludzie mają świadomość, czym jest dorosłość i że my świadomie wykonujemy jedynie dwa procent z naszych odruchów, reszta to automat. Tak, automat. Tak jesteśmy zaprogramowani z odruchów mózgu gadziego. Nie możemy wiedzieć, jaki ta kobieta ma wdrukowany automat. Od kogo go dostała i po co. To jest całość. Kiedyś krzyczałam na takie matki. Tak jak wspomniałam, stawiałam się ponad. Dzisiaj, jeśli tylko mogę, pomagam. Powiem coś łagodnego, poniosę z nią jej siatkę kawałek dalej. Pomogę wstawić wózek do autobusu, uśmiechnę się. Albo nie robię nic i otwieram serce na całość. I na matkę, i na dziecko, i na tego tatę, którego tam nie ma akurat do pomocy. Dlatego pracę z dziećmi zaczęłam dopiero wtedy, kiedy mi się udało otworzyć tę przestrzeń w sobie na całość. Gdzie i rodzice, i dzieci są ważni, a ja jestem tylko na chwilę. Z szacunkiem do ich losu, ograniczeń i możliwości.

Powiedz, proszę, w jakich zaburzeniach u dzieci może pomóc ta praca.

We wszystkich. Ustawienia to sposób pracy, który porządkuje to, co zostało zaburzone w naszej podświadomości od pokoleń. To, co pozwala się spotkać rozdzielonemu. Pozwala głębiej w nas rozwiązywać konflikty wewnętrzne. W momencie kiedy powstaje blok emocjonalny, a prawa i lewa półkula nie umieją znaleźć rozwiązania, trauma, jaką przeżywamy, zapisuje się informacją w emocjach i w ciele. Taki a taki zestaw wydarzeń może prowadzić do bólu, straty i niepowodzeń. Potem pewne mechanizmy są przez nas odtwarzane, a inne omijane. Tam, gdzie następuje ten moment do omijania, tworzą się zastoje i blokady. Dzieci w dwie setne sekundy sczytują sobie z rodziców każdą najmniejszą zmianę nastroju i zapisują w sobie informację. W jakich warunkach jest akceptowane, jakie zachowania w danej rodzinie są właściwe i aprobowane, a jakie nie. Naszą najgłębszą, pierwotną potrzebą jest przynależeć do rodziny, w jakiej się rodzimy, i dla tej przynależności jesteśmy w stanie nawet umrzeć na ciężkie choroby.

Czy mogłabyś podać przykład takiej sytuacji?

Oczywiście. Jeżeli w rodzinie taty jakiegoś chłopca mężczyźni byli odcięci od swoich ojców, bo oni szli na wojnę i nie wracali, a przy okazji kobiety, które zostawały w domu same, w czasie wojny przechodziły tragedię z rąk obcych wojsk, w których byli mężczyźni, to chłopiec, który się dzisiaj rodzi, może uciekać np. w autyzm, bo to jest ukrywanie siebie przed światem, czyli przed tatą, a tata to agresja. Jak nie ma miejsca na tatę w dziecku, na męskie, to nie ma miejsca na agresję. To również złość pokoleniowa, że taty nie było w domu. Wybuchy agresji pojawiają się w momencie, kiedy dziecko wewnętrznie do tego taty dociera na chwilę albo do niesionej złości, zazwyczaj na mamę – że nie było mężczyzn. Taka pierwotna agresja: krzyki, wybuchowe ruchy.

Z czym najczęściej przychodzą do ciebie dzieci?

Dużo jest dzisiaj chorób autoimmunologicznych. Szczególnie w rodzinach, w których w ogóle nie wolno okazywać siły, bo kiedyś ktoś jej nadużywał, więc dzisiaj dziecko, żeby przynależeć do swojej rodziny, chowa to do środka i zamiast zrobić krzywdę komuś, robi ją sobie.

Występuje sporo rożnego rodzaju alergii, sporo migren i bólów głowy, braków koncentracji, integracji sensorycznej, sporo powikłań rozwojowych poszczepiennych. Często występują u dzieci zaburzenia jedzenia, problemy w szkole. Ale pracuję też z dziećmi chorymi na nowotwory, wypadanie włosów, zaburzenia mowy czy nawet schizofrenię.

Liczba moich małych pacjentów jest spora. W związku z tym postanowiłam zorganizować cykliczne warsztaty dla rodziców chorych dzieci. Pierwszy z nich odbędzie się na jesieni tego roku, bo tematy wołają, a rodzice nie wiedzą, co z nimi robić. Tak jak kiedyś ja i mój mąż, kiedy nasze dzieci miały powikłania poszczepienne z objawami neurologicznymi. My znaleźliśmy drogę, ale nie wszystkim się to udaje. Ustawienia tu pięknie pomagają. Czasem uwalniają na stałe, czasem rozpoczynają jakiś proces i można w końcu pójść dalej, czasem do kolejnych terapeutów, czasem do tego samego.

Będą to dwa dni pracy z tematyką zaburzeń u dzieci. Wyjazdowy warsztat uwalniania tego, co w rodzinach poprzez dzieci woła o uwolnienie.

Jak w takim razie wygląda twoja praca z dziećmi? Takimi najmłodszymi. Dobrze reagują na ustawienia czy może zdarza się, że się boją, blokują?

Dzieci boją się przede wszystkim nieakceptacji, oceny, napięć, a ustawienia są sposobem pracy, który te wszystkie obszary rozpręża. Dla dzieci wizyta u mnie to rozmowa. Czasem rysujemy, czasem bawimy się różnymi przedmiotami, które ja ustawiam jako symbole ich blokad w ciele, prowadząc poprzez zabawę pracę ustawieniową na przedmiotach. One mi pokazują poprzez pytania i zabawę, gdzie jest najlepsze rozwiązanie. Pokazują mi też, na ile mnie wpuszczą i czy ja mogę w ogóle się tym zajmować. Czasem nie mogę. Czasem muszę poczekać tydzień, dwa, zanim pójdę dalej. Na to też patrzę w pracy z dziećmi i szanuję to. Po prostu umiem słuchać i sczytywać sygnały i obrazy w taki sposób, żeby dzieci czuły się jak najbardziej komfortowo. Szacunek do dziecka, ale też do jego rodziny, całej, ma tu ogromne znaczenie.

Czy możesz zdradzić coś więcej na temat sposobu, w jaki obłaskawiasz duszę dziecka? Jak zachęcasz do współpracy?

Zawsze najpierw wyczuwam dziecko i sprawdzam, gdzie są jego granice. Nigdy ich nie przekraczam. Traktuję małego człowieka jak równoprawnego pacjenta. Pytam o zgodę na rozmowę, na dotyk, jeśli jest potrzebny. Zawsze na początku pracy mówię dziecku jedno bardzo ważne zdanie: „Dla mnie dzieci zawsze są właściwe”. I jeżeli dzieci przychodzą na spotkanie razem z rodzicami, to są dla mnie ważniejsze jako pacjenci, bo rodzice często mówią z głowy, a dzieci – z głębi siebie. Dzieci mają swoje emocje i programy na wierzchu. Sprawdzam po każdym geście, ruchu ciała i spojrzeniu, co pokazują ze swoich systemów rodzinnych. Dosłownie każdy uśmiech i gest ma tutaj znaczenie.

Pracowałam z dziećmi autystycznymi, moczącymi się, z chorobami nowotworowymi, cukrzycą oraz z wieloma innymi chorobami i widzę, że zwykle to, co najistotniejsze, u dzieci mówi przez ich ciało i blokady. Tylko tak. Mam w sobie pełną akceptację tych blokad. Przy mnie mogą się one pokazać i ujawniać. Ja mam w sobie na to wiele przestrzeni. Ja – człowiek. Ja – Iza Czarko-Wasiutycz. Ja – mama piątki dzieci. Z takim wyczuciem i wrażliwością, jakie mam, a nie innym. A ja mam dla dzieci bardzo wiele akceptacji we wszystkim, co niosą ze sobą. Taką mam historię osobistą, ale też swoją rodzinną.

Często rodzice są zdziwieni zachowaniem własnego dziecka, że ono do mnie podeszło, bo podobno nigdy tego nie robi. Bo do pani psycholog czy logopedy nie chce chodzić, a do mnie się szykuje jak na bal, z radością. Chciałabym tu zaznaczyć, że ustawienia, a właściwie coaching systemowy to sposób, jakim się posługuję, pracując z dziećmi, natomiast używam go ja. Ta konkretna osoba, którą jestem. A poza tym, wiesz, ja mam po prostu morze ciepła i otwartości do ludzi, a dzieci to czują i od razu się do tego otwarcia podłączają.

Ilu spotkań wymaga proces leczenia?

Zależy to od wielu czynników. Od tego, z czego leczy się dziecko. Od tego, czy pracowałam z tatą i mamą wcześniej, czy tylko z jednym z rodziców, bo drugiego nie było w zasięgu. Czasem w ogóle się z dzieckiem nie spotykam, a mimo to ono zdrowieje. Bo wystarcza praca z rodzicami. I miałam tak już nie raz. Bo dziecko, jak mówi Bert Hellinger, ”pokazuje to, do czego dusza rodziców jeszcze nie dotarła”. Czasem wystarcza kilka sesji z mamą, czasem z tatą i jest dużo lepiej. Zdarzało się też, że dziecko całkowicie wychodziło ze swoich dolegliwości. Jeśli rodzina jest gotowa na zmianę, to po każdej sesji widać znaczną poprawę. Dziecko tylko pokazuje mi, co jest w danej rodzinie do poukładania. A ja pracuję z tym, co ono pokazuje, a nie z obiektem pt. Antek czy Zosia albo z jego nogą, uchem czy ręką. Pracuję z całością. Ja patrzę na tę całość i tam sprawdzam, co mogę, a czego nie.

Mówisz na swoim blogu, że dziecko wie, co masz na myśli.

Każdy wie. Dorosły też. Ale dzieci mają ze sobą lepszy kontakt i mniej ograniczeń w ciele, żeby blokować to, co się przez nie przejawia. Wszyscy wiemy. Tak jak kobieta, która poroniła, wie, czy to był chłopiec, czy dziewczynka. Wystarczy, że się wsłucha w siebie, zamknie oczy i otworzy na zablokowany po stracie ból, żeby to usłyszeć. Podobnie dzieci wiedzą, bo one w kontakcie ze sobą są bliżej czucia tego, co najważniejsze. Są bliżej rozwiązań. Kiedy pytam dzieci o coś, to nawet jeśli z poziomu głowy mówią mi coś, co zazwyczaj usłyszały od rodziców na ten temat, to i tak w końcu ich ciało i gesty pokażą mi prawdziwą odpowiedź.

Czy mogłabyś podać przykład?

Pracowałam kiedyś z kilkunastoletnim chłopcem z silną nadruchliwością, który się moczył w nocy. Kiedy była przy nim mama, odpowiadał zalękniony i spięty, zdaniami dorosłego. I mama nie robiła mu krzywdy. Z poziomu potrzeby przynależności robił to, co było oczekiwane przez rodzinę, a że tą rodziną w gabinecie była mama, mówił językiem mamy. Kiedy wyszła, zaczął opowiadać tym nadmiernie rozruszanym ciałem, całym ciałem. Co się okazało? Okazało się, że jego dziadek był w AK przez wiele lat i dziecko całym ciałem pokazywało sytuacje, które wcześniej były doświadczeniem dziadka. Ciągłe uciekanie, ciągły strach magazynowany w ciele, zwłaszcza w nocy. Wiadomo przecież, że ci AK-owcy nigdy nie mogli spać spokojnie. Nie wolno mu było spać spokojnie. Moczył się w nocy, żeby wstać. Jego dziadek pewnie nie raz zmoczył się ze strachu w nocy, a może kiedy zasnął, wydarzyło się coś strasznego. W taki sposób przypominał rodzinie o dziadku. Ciało chłopca samo wykonywało ruchy uwalniające, retraumatyzował się sam. Ja zazwyczaj proszę o te odruchy w trakcie pracy z ludźmi, on wykonywał je spontanicznie. Ja tylko patrzyłam otwarta całym sercem i swoją uważnością na tę historię i na jego dziadka. Czy jego mama, która od wielu miesięcy wstaje w nocy i nie wysypia się, mając nastoletnie dziecko, które dawno już powinno przesypiać noce, może popatrzeć sama z siebie na swoje dziecko w taki sposób jak ja? Zazwyczaj nie może. To jest trudne. Ona widzi tylko syna. Z troską. Z miłością. I to jest jej najwłaściwsze patrzenie na ten moment. Ale „za krótkie”. Pięknie, że umiała sobie samej przed sobą powiedzieć: „Nie radzę sobie z tym już, idę dalej – do kogoś, kto mi może pomoże…”. Piękna to była praca. Chłopiec wyszedł ode mnie dużo spokojniejszy. Bo jego ciało wiedziało i mówiło, ale najbliżsi mu ludzie nie potrafili tego ciała słuchać. Nie było to ani dobre, ani złe. Po prostu nie umieli.

Z tego, co mówisz, widać, że praca, jaką wykonujesz z dzieckiem, wymaga od rodziców dodatkowego zaangażowania, skłania do przepracowania własnych traum. Czy zdarza ci się poświęcać dodatkowy czas rodzicom, niejako w służbie dziecku?

Ja zawsze najpierw pracuję z rodzicami. Nawet jeżeli to jest kilka zdań. Rodzice myślą, że ja robię wywiad wstępny, a ja już wtedy uruchamiam w nich, jeśli są gotowi oczywiście, to, co pozwala im potem na uwolnienie i najlepsze rozwiązania dla nich wszystkich. Jak trzeba, przechodzę do pracy z dziećmi. Nie zawsze przechodzę. Jeżeli dzieci są gotowe zostawić ciężary rodzinne, to dzieje się to szybko i wtedy idą dalej mniej obciążone, jakby miały na tej drodze przez życie mniejszy bagaż, mniejszą walizkę.

Czy uczysz ich, jak słuchać i patrzeć na dziecko?

Tak. Na tym właśnie polega proces zdrowienia dzieci. Dzieci zdrowieją, wyłącznie kiedy czują się widziane i słuchane, a przede wszystkim – kiedy są słyszane. Często nie robię tego, radząc rodzicom „zrób to i to”, ale na przykład pokazuję im, jak dziecko się ma i czuje, kiedy mama patrzy z miłością na tatę, a tata na mamę, a jak się ma, kiedy nie ma między nimi zgody i szacunku. Dzieci się wtedy mają bardzo źle.

W sytuacji gdy rodzice są uwikłani w jakieś trudne tematy w sobie, a to w alkoholizm własnych rodziców i traumę lękową zapisaną w nich z dzieciństwa, a to w ból po stracie dziecka w wyniku poronienia, nie mogą wówczas patrzeć na dziecko, które przychodzi na świat. Dzieje się tak, ponieważ dziecko ma dużo mniejszy ciężar systemowy i nie jest w stanie skupić uwagi rodzica tak mocno, jak robi to coś trudnego, z czym ten akurat się mierzy. Wyobraźmy sobie, że mamę przygniótł kamień i to jest ten trudny temat. Dziecko w tym zestawieniu jest jak deser z bitą śmietaną, który stoi obok przygniecionej mamy. Pachnący, lekki, przyjemny. Mama nawet nie popatrzy wtedy w jego stronę. Bo musi uporać się z tym głazem leżącym na niej. I wtedy dziecko, które stoi obok, myśli sobie: „No tak, jak ja wezmę za nią ten głaz na siebie, to ona na mnie w końcu popatrzy…”. I bierze go. Ale ten ciężar jest dla dziecka znacznie za duży i tak właśnie tworzą się choroby i zaburzenia u dzieci.

Proces zdrowienia dziecka to nic innego jak zwracanie się mamy albo taty w jego stronę. Ściślej mówiąc, jest to proces zdrowienia rodziców, który polega na zdejmowaniu ich własnych ciężarów z siebie. Dlatego głównym elementem terapii u mnie jest pokazywanie rodzicom ich własnego obciążenia, żeby mogli popatrzeć w końcu na swoje dziecko. Uczę ich patrzenia, dopiero jak już mogą spojrzeć na dziecko, ale takiego patrzenia z akceptacją dla jego odruchów w ciele, jego blokad. Bo tak naprawdę to są zazwyczaj blokady rodziców i jeżeli oni je akceptują w dziecku, to znaczy, że akceptują je w sobie.

To znaczy, że rodzic zazwyczaj uczestniczy w sesji?

Nie zawsze. Ale najpierw zaczynam od rodziców. Często przychodzą ci rodzice, o których mówiłam przed chwilą, którzy nie widzą swoich dzieci, bo nie mogą ich zobaczyć, patrząc gdzie indziej. Dużo mówią wtedy. Wtedy ja otwieram siebie i swoją uważność wyłącznie na dziecko. Rodziców wtedy trochę nie słucham. I to dziecko podchodzi do mnie, siada mi na kolanach i zaczyna mi opowiadać historie i samo pokazuje rozwiązanie. Albo zaczyna rzucać przedmiotami, albo prosi o włączenie muzyki. Patrzę wtedy też jednocześnie na rodziców, na ich odruchy i reakcje. Pojawiają się często wtedy łzy albo rodzic przytomnieje. Cichnie. Zostawia swoją opowieść z głowy i zaczyna patrzeć na dziecko razem ze mną, tak jak ja, otwierając się na nie w całości. Ja wtedy niewiele mówię. Czasem nic. I tak też uczę rodziców patrzeć na ich dziecko. I to jest bardzo uwalniające dla dzieci.

W momencie gdy dziecko zdejmuje z siebie ciężary mamy, to mu automatycznie bliżej do taty, czyli do własnych sukcesów. Jeżeli odpuszcza ciężary wzięte z taty, to czasem, nawet po wielu latach, z dnia na dzień potrafią przechodzić alergie albo poprawiają się znacznie wyniki w szkole. Pojawia się więcej siły w ciele i emocjach. Same plusy. Szczęście. Dla szczęścia zawsze warto służyć i zmieniać. Ja tak służę temu szczęściu już kolejny rok.

Jak słyszymy, efekty twojej  pracy bywają zaskakujące. Nie tylko odciążają dzieci, ale leczą całą rodzinę.

Tak, zdecydowanie. Powodują większy porządek, spokój w rodzinie. Dzieciom bliżej do rodziców. Rodzice mogą i umieją wtedy się nimi bardziej cieszyć. Kiedy z kimś pracuję, to zawsze pytam siebie i ruchów, które mnie prowadzą w tej pracy, czy ja mogę w coś ingerować, czy mogę o coś zapytać. Czy to przyniesie więcej korzyści pacjentowi, czy przeciwnie – zatrzyma go w sobie i w drodze do uwolnienia. Czasem to po prostu przychodzi z mojego czucia małego pacjenta, a czasem fizycznie zadaję odpowiednie pytanie, nawet na głos. I widzę po zachowaniu ciała i drobnych czasem gestach, czy mam pozwolenie, czy nie.

Jakiś przykład?

Pracowałam kiedyś z małą, ośmiomiesięczną dziewczynką, która była chora na owrzodzenie jelita grubego. To była najcięższa dla mnie praca. Od początku wiedziałam, że tylko żegnam i pomagam przeprowadzić rodzicom to dziecko na drugą stronę. Takie zresztą były prognozy lekarzy, choć ja nigdy nie słucham prognoz, bo czasem przychodzi do kliniki, z którą współpracuję, człowiek z wyrokiem na za kilka tygodni i żyje potem kilka lat… Wtedy jednak sama czułam, że ona odchodzi. Udało nam się w pracy z rodzicami – raz jednym, raz drugim – dużo tutaj wzmocnić i uzdrowić między nimi chociaż na chwilę. Ja miałam ciągle otwartą w sobie przestrzeń na ruch tej małej dziewczynki do życia. Ani na chwilę w trakcie pracy nie zamknęłam go w sobie, ale widziałam też drugą stronę. Patrzyłam i tutaj znów na całość. Z wielką pokorą. Pracowałam z nią i jej rodzicami w interwałach – dziesięć minut, przerwa, dziesięć minut, przerwa i dalej… I znowu. Tam trzeba było bardzo powoli i delikatnie. Wiele nie mogłam powiedzieć i pytać. I sama mała pacjentka pokazywała mi to swoim zachowaniem. A ja słuchałam. Jej. Jej oddechu i reakcji, jej spojrzenia w oczy, gestów małych, słabych rączek. Pokazywała nimi, oddechem, co mogę, a czego nie. Na chwilę przyszła znaczna poprawa. I większa zgoda rodziców na chorobę córeczki, a z nią ulga. I to w tej całej, bardzo trudnej dla nich sytuacji był największy dla nich zasób. Czułam, że po to do nas przyszli. Po godne odejście swojego dziecka i swoje w tym miejsce. Zwłaszcza, że były tam też starsze dzieci i rodzice dzięki tej pracy ze mną mogli dla nich, mimo bólu, być bardziej dostępni.

Ciekawa jestem, jak dzieci się czują po terapii.

Dzieci są czasem po tej pracy bardziej senne, ale zazwyczaj mają więcej siły i wychodząc z gabinetu są już spokojniejsze. Czasem mają więcej agresji na wierzchu, bo ją długo tłumiły w sobie. Ona zazwyczaj szybko przechodzi albo wynika z niej coś ważnego dla małego pacjenta. Miałam taką sytuację: przyszła do mnie siedmioletnia dziewczynka, której wypadały włoski i która była stale bita przez trzyletnią, młodszą siostrzyczkę, na co nie umiała zareagować. Okazało się, że to młodsze dziecko pokazywało jeszcze jedno dziecko, które mama poroniła, i łobuzowało za dwoje. Starsza nie umiała oddać, bo widziała w tej małej znacznie młodsze od siebie dziecko, dużo słabsze od tego, które przed nią stało… Kiedy mama popatrzyła wewnętrznie na to poronienie, młodsza przestała być agresywna. Wtedy to starsza jej oddała i problem się uspokoił, a włoski zaczęły odrastać, bo główka tej dziewczynki już nie musiała pokazywać noworodka bez włosów.

Dlaczego poleciłabyś ustawienia systemowe?

Poleciłabym wiele metod pracy z dziećmi. Z ludźmi. Jest ich dzisiaj coraz więcej. Ustawienia i coaching systemowy są jedną z nich. Natomiast ja nie polecam tej metody, ja ją czasem odradzam. Nie wszyscy są gotowi na tę pracę, nie dla wszystkich ona jest na dany moment właściwa. Tak jak nie dla każdego jest joga, fitness czy crossfit. Jedni wolą pływać, inni jeździć na rowerze. Z pracą ze sobą jest tak samo. Ustawienia pięknie uwalniają i bardzo głęboko to uwolnienie płynie, ale nie każdy jest na to gotowy. Tak jak nie każdy jest gotowy na zmianę diety, mimo tego że ma świadomość, że cukier, mleko, pszenica czy przetworzone jedzenie mu szkodzą. I czy mnie to oceniać? Absolutnie nie. Jeśli komuś mówię “Nie teraz” albo “Nie przyjmę pana albo pani teraz”, to zazwyczaj dlatego, że widzę, że dla tej osoby byłyby to bez sensu wydane pieniądze. Techniki, jakimi pracuję, potrafią przynieść efekty w krótkim czasie – takie, jakie gdzie indziej osiągałoby się w kilka miesięcy albo kilka lat. Nie każdy jest gotowy na taki sukces.

Jeżeli twoja praca z dzieckiem wpływa na całą rodzinę, to wpływa też pewnie na wszystkie obszary w życiu tej rodziny. W jaki sposób?

Pracuję też dużo z tematyką dotyczącą sfery zawodowej, finansów, długów i porządkowania zastojów finansowych i personalnych w przedsiębiorstwach. Często przychodzą do mnie kobiety albo mężczyźni pracować z którymś z tych tematów, a okazuje się, że właściciel firmy ma zastój finansowy, bo jego partnerka usunęła ciążę albo że długi firmowe są związane z autoimmmunologiczną chorobą dziecka. Albo na odwrót. Pracuję z rodzicami autystycznego dziecka i nie tylko jemu się poprawia, ale też tata dostaje nagle pracę, o której zawsze marzył, i zaczyna zarabiać dwa albo trzy razy więcej.

Był u mnie na warsztatach związanych z finansami firmowymi tata dwójki dzieci. Nie robiłam wtedy warsztatów dla rodziców i dzieci, więc przyszedł na te, które były dostępne. Jedno dziecko niewidzące prawie w ogóle od roku. Choroba postępowała szybko. Nie wiadomo, czemu dziecko traciło wzrok. Lekarze nie znajdowali przyczyny. Tata, kiedy mi o tym opowiadał, zamykał często oczy i patrzył w dal w sobie. Zapytałam: “Na co nie chcesz patrzeć?”. Otworzył wtedy szeroko oczy, wziął głęboki oddech i powiedział, że ma takie długi w firmie, że od pół roku zarabia tylko na ich spłatę i nadal jest za mało. Powiedział ze łzami w oczach, że zastanawia się nad zamknięciem i sprzedaniem firmy. Okazało się, kiedy ustawiliśmy te długi, że za nimi stało dziecko z jego pierwszą kobietą, które oboje postanowili usunąć, bo byli za młodzi i niegotowi na jego przyjście. Reprezentanta tego mężczyzny w jego ustawieniu bardzo poruszył obraz jego pierwszej kobiety i straty ich dziecka. Głęboko płakał i z ciała puszczały napięcia, bardzo silne napięcia. Mógł przeżyć ten głęboki ból, swoje wyrzuty sumienia i to, że nie miał wtedy siły stanąć w swoim miejscu, po męsku, jako głowa rodziny. Po kilku dniach napisał do mnie, że sprzedaje firmę, znalazł w dwa dni kupca i ma plany na nową działalność, a córka po warsztatach dostała wysokiej temperatury i kiedy ona ustała, dziewczynka zaczęła lepiej widzieć. Dzisiaj jest zupełnie zdrowa.

Czemu tak się dzieje? Jak to ze sobą jest połączone?

Jak rzeka w całym biegu… Nasze życie jest jak taka wielka rzeka. I wszystkie odnogi i nurty, które do niej wpływają, jakoś się mają do jakości biegu głównego. Kiedy zmienia się jakość wody w jednym dorzeczu, oczyszcza się je ze ścieków, cała rzeka ma lepszą jakość wody i zdrowieje w niej życie. Kiedy kobieta nie przeżyła bólu straty poronionych dzieci i na nie nie patrzy sercem, nie może na nie zarabiać, ale też nie może zarabiać na te, co żyją, bo ich “nie widzi”. Jest zamknięta w traumie bólu straty. Zamknięte są jej mięśnie, powięzi konkretnych organów są napięte i zaciśnięte, ciało funkcjonuje w stanie gotowości do odparcia bólu. Nie ma motywacji do życia, do działania ani do zarabiania pieniędzy, a żyjące dzieci za każdym razem, kiedy na nie patrzy, tylko przypominają jej o tych straconych. Często wtedy narodzone dzieci zaczynają chorować, żeby zwrócić na siebie uwagę mamy, też żeby ją odciążyć. Z takim przekonaniem, że jak ja zdejmę z ciebie to, co trudne, to ty w końcu na mnie popatrzysz. Kiedy mama przeżyje stratę i popatrzy na wszystkie swoje dzieci – te narodzone i te nienarodzone – może żyć… Ale też zarabiać na wszystkie dzieci razem. Bo kobieta, bez względu na to kiedy zakończyła się jej ciąża, ma tyle dzieci, ile się w niej poczęło. Mężczyźni często za śmierć i choroby dzieci płacą w sferze zawodowej i finansach. I dziesiątki u mnie na warsztatach i w gabinecie takich panów. To piękne, bo panowie coraz częściej pracują ze swoimi emocjami i problemami w sposób profesjonalny, szukając rozwiązań. W kobietach to pracuje inaczej niż w mężczyznach, ale kiedy leczy się jeden temat z jakiejś sfery życia, to zazwyczaj uzdrawia się też inne w innych przestrzeniach. To tak jakbyśmy odtykali jedno miejsce w kanalizacji w dużym domu. Wszędzie zaczyna wtedy płynąć prawidłowo. Jak się odetka na jednym pionie, płynie swobodnie w innych miejscach. Dlatego praca na warsztatach biznesowych wpływa na relacje między partnerami, rodzicami i dziećmi oraz na zdrowie. Ale i na odwrót, praca ze zdrowiem u dorosłych albo dzieci pozwala na przykład na swobodniejsze zarabianie.

Brzmi trochę jak czary.

Dla mnie to bardzo konkretne, naukowo badalne reakcje i zachowania w ciele i odruchach neurologicznych. Neurofizjologia bada przyrządami reakcje mózgu na zapisy traumy i na jej uwalnianie. Praca w ustawieniach powoduje retraumatyzację ciała, pewnych obszarów mózgu, powięzi, mięśni i przepływów biochemicznych. Wpływa bardzo głęboko i zmienia na wszystkich poziomach – fizycznym, emocjonalnym i duchowym. I to mnie w tej pracy najbardziej fascynuje. Ja potrzebuję rozumieć, choć bardzo wiele pozwalam sobie poczuć i zostawić prowadzeniu, bo my wiemy tyle, ile potrafimy zobaczyć. Wiele w ustawieniach dzieje się jednak poza umysłem. Dlatego jest to tak bardzo głęboką pracą i przynosi efekty czasem od razu. Bardzo często ludzie pracujący z jakimś tematem w ustawieniach, np. z tematem taty, który nie był obecny w życiu i mieszka na drugim końcu świata, wychodzą z ustawień, włączają telefon i… dzwoni ich ojciec, tłumacząc, że musiał, że tak poczuł… Teraz, już.

Czasem zdrowieją nagle dorośli i dzieci, czasem uzdrawiają się relacje w rodzinach, czasem firmy wychodzą z długów. W tej pracy ze zdrowiem u dzieci efekty bywają natychmiastowe, bo dzieci puszczają równie szybko, jak przejmują na siebie za rodziców to, co ciężkie. Ich ciała są krócej zamknięte w napięciach traumy i dlatego puszcza im szybciej. To nie jest trzydzieści, czterdzieści lat, tylko kilka wiosen.

Warto dotykać tego, co nas boli?

Warto. Warto do ostatniej sekundy w życiu, do ostatniego oddechu stawać w sobie i do siebie bliżej. Warto szukać swojego szczęścia i uwolnienia od tego, co nam nie służy.

To jasne. Zawsze warto dźwigać mniej, ma się wtedy proste plecy i automatycznie obie przepony pracują swobodniej, lżej się oddycha. Pojawia się więcej przestrzeni na radość, na zdrową skórę bez alergii, pełną oddechu z rozluźnionych płuc. Nawet żołądek przyswaja wtedy lepiej, bez napięć, łatwiej się dzieciom skupiać w szkole, odpuszczają choroby autoimmunologiczne. Tylko tak warto, powiedziałabym nawet.

Chciałabym na koniec zadać ci nieco bardziej osobiste pytanie. Zastanawia mnie, w jaki sposób bycie matką zmieniło cię jako terapeutę pracującego z dziećmi.

Diametralnie! Ja zawsze miałam tak, że jak coś robiłam, to na sto dwadzieścia procent. Bycie mamą było moim wielkim marzeniem, bo miałam problemy z tym związane – pierwsze dziecko straciłam na początkowym etapie ciąży i powiedziano mi wtedy, że już nigdy nie będę mieć dzieci… Dziecko jest dla mnie skarbem i sprawą najwyższej wagi. Jest przejawem życia z jego najświętszymi elementami i cudem samym w sobie. Jest niezwykłym połączeniem dwojga ludzi w ich spotkaniu poza jakimikolwiek opisami. Takie były i są moje dzieci i tak patrzę na małych pacjentów kliniki i u mnie w gabinecie. Dzieci często wystarczy zachęcić i pokazać im drogę, a resztę znajdą dla siebie same. Poza tym wiesz, ja dzięki wychowywaniu swoich dzieci znam nie tylko z poziomu wiedzy podręcznikowej i szkolnej etapy rozwoju dziecka i pewne mechanizmy, przez jakie są na kolejnych fazach rozwoju, ale doświadczyłam i doświadczam tego w domu, dwadzieścia cztery godziny na dobę. A tego nie zastąpi żadna wiedza książkowa. To tak jak się zupełnie inaczej rodzi z położną, która sama rodziła, a inaczej z lekarzem, który nie jest kobietą i nie wie, co się wtedy czuje. Podobnie jest ze mną. Ja to przeszłam. Doceniam i pielęgnuję, jak umiem. I to daję ludziom w swoim gabinecie.

Dziękuję ci serdecznie za rozmowę. Myślę, że to, co powiedziałaś, niejednego z czytających rodziców zaintryguje, uspokoi, da odpowiedź lub postawi przed pytaniem – będzie cenne.

Iza Czarko-Wasiutycz

– terapeutka wg metody ustawień helligerowskich, couch systemowy (ogrodysukcesu.pl). Ceniona przez rodziców, w szczególności przyszłe mamy, za przygotowanie do świadomego porodu bez obciążających traum. Pracuje także z dziećmi. O sobie mówi: To, co ci mogę dać, to miejsce, jakie znalazłam na ziemi dla siebie i w moim sercu. Moje doświadczenia zawodowe, osobiste i finansowe, które mam za sobą. To, przez co sama przeszłam jako człowiek, kobieta i mama.

Aga Pleskot

– mama trójki dzieci. Tłumaczy symultanicznie z języków obcych na polski, dzieciom języki obce, idee na konstrukcje odzieży. Przekłada również pomysły na stroje teatralne dla dzieci. Z radością żyje.

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Dzieci są ważne

Dobry Duch serwisu Dziecisawazne.pl:)
Odwiedź stronę autorki/autora: http://dziecisawazne.pl/




Siedzenie w ławkach nie sprzyja uczeniu się, czyli mózg uczy się przez ruch

Zlikwidujmy pracę domową

Dlaczego warto zrezygnować z białej mąki?

Przejdz do: