Kto powiedział, że dzieci nie chcą się uczyć? Jak to jest w pedagogice Marii Montessori
| Kto powiedział, że dzieci nie chcą się uczyć? Jak to jest w pedagogice Marii Montessori

Kto powiedział, że dzieci nie chcą się uczyć? Jak to jest w pedagogice Marii Montessori

Edukacja metodą Montessori obrosła w wiele mitów. Z niezrozumieniem spotyka się zwłaszcza montessoriańska definicja dyscypliny. W przekonaniu niektórych, dzieci w klasach Montessori robią co chcą, inni kojarzą ten model wychowawczy ze sztywnymi zasadami i restrykcyjnym porządkiem. Jak jest naprawdę?

Pajdokracja czy rządy dorosłych?

Trudno uwierzyć, że w czasach, w których Maria Montessori tworzyła swoją metodę wychowawczą, opartą na szacunku dla dziecka i przekonaniu, że jest ono autonomicznym i niezależnym bytem, posłuszeństwo dzieci wobec dorosłych powszechnie egzekwowano za pomocą kar cielesnych. Z tego zwyczajowego prawa korzystali zarówno rodzice, jak i nauczyciele. Dziś mamy ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, a ze szkół dawno wyrugowaliśmy rózgę i dyscyplinę (krótki bat o kilku rzemieniach), jednak w relacji dziecko – dorosły ciągle liczy się jedno – posłuszeństwo. Zmieniły się metody wychowania, ale cel pozostaje ten sam.

Tymczasem spoglądająca ze starych fotografii nobliwa pani pozostaje źródłem inspiracji dla tych, którzy krytycznie odnoszą się do tradycyjnego modelu wychowania i w przeciwieństwie do jego zwolenników, uważają, że dominującym problemem wychowawczym naszych czasów jest nie pobłażliwość, lecz nadmierna kontrola.

Bez przesady można stwierdzić, że dorośli, którym włączają się mechanizmy kontroli w sytuacjach, w których jest to nieuzasadnione, są prawdziwą plagą, dorośli pobłażający – są rzadkością. Tak bardzo boimy się rozpuścić dzieci, że często niepotrzebnie i nadmiernie je kontrolujemy. Nieodpartą potrzebę mówienia dzieciom co mają robić, odczuwamy zwłaszcza w miejscach publicznych. Lęk przed oceną innych i obawa przed tym, co myślą o naszych umiejętnościach wychowawczych, skutkują tym, że zamiast pozwolić dziecku zachowywać się adekwatnie do jego wieku, niepotrzebnie je dyscyplinujemy.

Polska szkoła, pruski dryl?

Jak się zdaje wymuszanie uległości było i jest zasadą działania większości nauczycieli. Niektórzy z nich tak bardzo skupiają się na egzekwowaniu porządku podczas lekcji, że zapominają o jej bardziej doniosłych celach. W tradycyjnej szkole wiele przejawów dziecięcej aktywności jest tłumionych. Promuje się za to przystosowanie, bierność, bezruch. Usadzonych w ławkach uczniów oducza się nie tylko spontanicznych zachowań, ale także formułowania własnych myśli i opinii. Raczej nie zachęca się także do zadawania pytań. Wiedzę po prostu się podaje. W tak urządzonej szkole bardzo szybko wyczerpuje się przyrodzona każdemu człowiekowi ciekawość poznawcza, jej miejsce zajmują nuda i zobojętnienie na treści edukacyjne. Sytuację pozornie ratuje wymóg oceniania uczniowskich postępów w nauce. Bywa, że uczeń, który nie jest zmotywowany wewnętrznie do zdobywania wiedzy i nabywania umiejętności, uczy się po prostu dla ocen. Tyle, że zabieganie jedynie o stopnie w jego przypadku najczęściej prowadzi do asekuranctwa: robi tylko tyle, ile wymaga od niego nauczyciel. I co ważniejsze, nie ekscytuje się autentycznie słowami, liczbami, pojęciami. Pracuje i stara się lub robi cokolwiek, bo odczuwa uwewnętrznioną presję.

Należy podkreślić, że szkoła, w której bardziej liczą się żądania i komfort dorosłych niż potrzeby dzieci, w żadnej mierze nie jest środowiskiem zapewniającym właściwy rozwój. Na taką szkołę nie zgadzała się Maria Montessori i kiedy zaczęła tworzyć podwaliny własnej filozofii pedagogicznej, postanowiła przede wszystkim jeszcze raz zadać pytanie o naturę dziecka i o warunki, jakie należy mu zapewnić, by wyrosło na ciekawego świata, moralnego, odpowiedzialnego, pozostającego w dobrych relacjach z innymi i mającego fundamentalną wiarę w siebie człowieka.

Kto powiedział, że dzieci nie chcą się uczyć?

Na podstawie długoletniej i wnikliwej obserwacji dzieci Maria Montessori stwierdziła, że mają one naturalną potrzebę i zdolność uczenia się, oraz że ujawnia się ona na długo przed tym, nim wejdą do systemu edukacji i powinna trwać jeszcze długo po tym, jak opuszczą szkołę. Jednocześnie wyraziła przekonanie, że zasadniczym celem edukacji powinno być po prostu podtrzymywanie własnego, naturalnego, typowego dla każdego dziecka pragnienia, by się uczyć.

Metoda Montessori zakładała zatem, że podstawowym zadaniem dorosłych jest stworzenie takiego środowiska, w którym dzieci będą mogły swobodnie rozwijać się i kultywować zamiłowanie do nauki. To dlatego właśnie jej autorka pozwoliła swoim podopiecznym opuścić szkolne ławki i dała im możliwość swobodnego wyboru miejsca pracy. Przestrzeń, w której się poruszały dzieci zaaranżowała tak, by miały swobodny dostęp do materiałów będących nośnikami różnych dziedzin wiedzy i umiejętności. Pozostawiła im także decyzję, czego będą uczyły się w danym momencie i ile czasu na to poświęcą. W końcu to od nich zależało czy będą pracować same, z kolegą, w dużej grupie, czy tylko z nauczycielem. Wszystkie te swobody włoska lekarka spięła klamrą porządku. Wprowadziła zasady mówiące o tym, że trzeba szanować innych i ich pracę. Podkreślała, że trzeba dbać o materiały edukacyjne i należy używać ich zgodnie z przeznaczeniem, zaś po zakończonej pracy odłożyć w to samo miejsce, z którego zostały zabrane.

Wolność wyboru, którą Maria Montessori dawała dziecku wynikała z założenia, że posiada ono umiejętność podejmowania decyzji wychodzących naprzeciw jego potrzebom, zaś nadmierna kontrola zewnętrzna sprawowana przez dorosłych może zakłócać ową niezwykłą zdolność do samoregulacji. Szybko dostrzegła, że dawanie dziecku możliwości decydowania o tym co robi, ma jeszcze jeden pożytek – pomaga zaspokajać dziecięcą potrzebę autonomii.

Mali ludzie, z którymi miała do czynienia, zmuszani do czegoś tracili zainteresowanie tą czynnością, gdy zostawiano im wybór, chętniej współpracowali z dorosłymi. Dzięki możliwości samodzielnego podejmowania decyzji stawali się aktywni, otwarci, spontaniczni. Regularne pozwalanie im na własne wybory było źródłem przekonania, że mają realny wpływ na rzeczywistość, dawało wiarę w siebie i budowało poczucie własnej wartości.

Maria Montessori raczej nie obawiała się, że dzieci wykorzystają to, że nie są dyscyplinowane w tradycyjny sposób i zaczną pozwalać sobie na wszystko. Wiedziała bowiem, że wystarczy odpowiednio ukierunkować uwagę każdego z nich, pozwolić pracować w przyjaznym otoczeniu z atrakcyjnymi i różnorodnymi materiałami, by problem braku dyscypliny w klasie właściwie nie istniał. Dzieci skoncentrowane na wybranych przez siebie aktywnościach dyscyplinowały się same.

Ta kobieta o szczególnym zmyśle obserwacji zauważyła jeszcze jedno: bywają momenty, w których dziecko jest absolutnie skupione na jakiejś czynności i tak nią zaabsorbowane, że przestaje dostrzegać świat wokół siebie. Zawsze potem wydaje się być spokojniejsze, bardziej pogodne i dojrzalsze. Ów stan wewnętrznej harmonii i równowagii, będący efektem wiary w siebie i w swoją sprawczość, nazwała normalizacją i wskazała jako główny cel rozwoju i wychowania. Wielokrotnie powtarzała, że w tych szczególnych momentach wzmożonej koncentracji nie wolno dziecku przeszkadzać. Do dziecka i jego zadań zawsze podchodziła z szacunkiem. Nawet dziecięcej zabawie potrafiła nadać szczególną rangę, stwierdzając: „Dziecko nie bawi się, dziecko pracuje“.

„Te dzieci pracują, jak gdybym nie istniała“

Zupełnie inne miejsce niż w tradycyjnej szkole wyznaczyła nauczycielowi. Pozbawiony swego przyczółka, czyli biurka lub katedry, przestał dominować w klasie. Uwaga dzieci przestała być skierowana na niego. Przecież naukę miało stymulować całe klasowe otoczenie. Jego rolą nie było już podporządkowywanie dzieci swoim decyzjom, lecz pomaganie im w samodzielnym podejmowaniu własnych decyzji. W założeniu autorki metody nauczyciel miał być przede wszystkim obserwatorem wyczulonym na potrzeby i zainteresowania dzieci. Prezentował im właściwe użycie materiałów, przekierowywał zainteresowanie dziecka, które wybrało aktywność poza zasięgiem swoich bieżących możliwości, innym razem ośmielał to, które było niepewne lub niezdecydowane.

We współczesnej montessoriańskiej klasie – tak jak sto lat temu – panuje atmosfera pracy. Aktywne wykorzystywanie przez dzieci różnorodnych materiałów wyzwala ruch: chodzenie, trzymanie, przelewanie, przesypywanie, mówienie i ciągłe używanie rąk. Starsze liczą, czytają, piszą. Jak już było powiedziane, samodyscyplina tworzy się stopniowo i jest związana z sensowną, angażującą pracą. Kiedy dziecko jest żywo zainteresowane jakąś aktywnością, jego zachowanie zmienia się. Jeśli zaczyna zakłócać porządek, nauczyciel zazwyczaj pomaga mu wybrać pracę, która będzie je bardziej absorbować.

Prawda jest jednak taka, że w podobnych sytuacjach nie zawsze można spodziewać się natychmiastowej uległości. Zwłaszcza, że nauczyciele Montessori nie podkreślają swojej władzy, lecz starają się budować bezpieczne i oparte na szacunku relacje. Dzieci traktowane serio nie boją się mówić o swoich uczuciach czy pragnieniach. Nie boją się zadawać pytań. Ale potrafią także stawiać opór i odmawiać jakiejkolwiek współpracy. Nauczycielowi pozostaje wówczas rozmowa, ale przeprowadzona w taki sposób, by nie naruszyć autonomii dziecka i pozwolić mu zachować godność. Najczęściej nauczycielska cierpliwość i powściągliwośc popłaca. Wiadomym jest, że ludzie chętniej stosują się do próśb, niż do rozkazów.

Szkoła bez ocen?

Nauczyciele Montessori świadomie rezygnują nie tylko z wykorzystywania przewagi, jaką nad dziećmi mają dorośli. Poprzedzona refleksją jest także decyzja o unikaniu oceniania uczniów za pomocą ocen punktowych. Ten wybór jest uzasadniony przekonaniem, że dziecko które myśli o stopniach szybko traci wrodzoną ciekawość świata. Lepiej zaszczepiać w dziecku fascynację tym, co robi niż dyscyplinować za pomocą ocen. Zresztą są inne metody informowania o jego postępach czy problemach, jak ocena opisowa czy rozmowa z rodzicami.

Z ocenianiem wiąże się kategoria błędu. Gdy dziecko w szkole Montessori popełnia błąd, nauczyciel powstrzymuje się od interwencji i daje mu czas na znalezienie rozwiązania na własną rękę. Należy dodać, że materiały, z którymi pracuje uczeń są tak skonstruowane, że w większości przypadków sam może zweryfikować poprawność wykonanego zadania. Generalnie dzieci nie piętnuje się za popełnianie błędów. Są one przecież integralną częścią procesu nauki.

Inną konsekwencją niestosowania ocen punktowych jest to, że z klas montessoriańskich udaje się niemal całkowicie wyeliminować porównywanie uczniów i rywalizację. Te zdecydowanie nie służą ani zdrowiu psychicznemu ani dobrym relacjom. Zaś nauka cieszy najbardziej i przynosi najlepsze efekty, gdy jest bezinteresowna i wolna od rywalizacji.

Szczególnego wymiaru w szkołach Montessori nabiera za to kategoria współpracy. Ma to związek z faktem, że w jednej klasie przebywają zazwyczaj dzieci w różnym wieku. I tak, młodsze dzieci obserwują starsze i próbują je naśladować. Starsze uczą młodsze, wykorzystując zdobytą już wiedzę. Najlepsi nauczyciele tak organizują lekcje, by dzieci uczyły się jedno od drugiego.

Czy zawsze dyscyplinować tak samo?

Trzeba podkreślić, że podejście do dyscypliny w placówkach Montessori jest uzależnione od tego, czy mamy do czynienia z dziećmi w wieku szkolnym czy przedszkolnym. Te drugie dopiero uczą się funkcjonowania w świecie dorosłych, który nie jest przecież ich naturalnym środowiskiem, i w związku z tym otrzymują od nauczycieli sztywne wytyczne dotyczące zwłaszcza ogólnie pojętego porządku oraz rytmu pracy i dnia. Im dzieci są starsze, tym więcej miejsca wygospodarowuje się dla ich spontaniczności i kreatywności. W jednym jak i w drugim przypadku chodzi o właściwe odczytywanie oraz prawidłowe realizowanie potrzeb rozwojowych dzieci.

„Edukacja Montessori działa dla każdego dziecka, nie działa ona jednak w przypadku każdego rodzica“

Na koniec należy stwierdzić, że dobrze jest, gdy nauczyciele i rodzice wspierają się w swoich wysiłkach. W placówkach Montessori prawdopodobnie najlepiej odnajdą się dzieci takich rodziców, którzy traktują je z szacunkiem i minimalizują kontrolę. Najlepiej jest, gdy standardy obowiązujące w domu pokrywają się z tymi obowiązującymi w placówce edukacyjnej.

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Anna Bednarska

Nauczycielka w Międzynarodowym Centrum Edukacji Montessori w Warszawie.
Odwiedź stronę autorki/autora: http://mcem.pl/




Dlaczego warto zrezygnować z białej mąki?

„Nie mówimy o naszym dziecku, że jest chore”. Rozmowa z Martą Wawrzyniak – mamą dziewczynki z zespołem Downa

„Co zrobiłem, żeby zainteresować dzieci magią drzewa czy szumu wodospadu?” Rozmowa z ekologiem Jackiem Bożkiem

Przejdz do: