Zabawa jako sposób na bycie w relacji z dzieckiem. Rozmowa z Agnieszką Stein
| Zabawa jako sposób na bycie w relacji z dzieckiem. Rozmowa z Agnieszką Stein

Zabawa jako sposób na bycie w relacji z dzieckiem. Rozmowa z Agnieszką Stein

Większość rodziców zdaje sobie sprawę z tego, jak dużą wartość stanowi w życiu dziecka wspólna zabawa z rodzicem. A jednak rodzicielskie i zawodowe obowiązki powodują, że mamy na nią coraz mniej czasu, a niekiedy również ochoty. O tym, dlaczego i jak warto się z dziećmi bawić, rozmawiamy z Agnieszką Stein, psychologiem dziecięcym.

Większość rodziców w Polsce ma problem z zabawą.- nie tylko z tym, jak się bawić z dziećmi, ale też… jak się do niej zmotywować, kiedy nie ma ochoty. Co ty o tym myślisz?

Z jednej strony dziecku zabawa jest bardzo potrzebna – to jest bardzo ważna emocjonalna potrzeba. Z drugiej strony w wielu kulturach dorośli nie za wiele bawią się z dziećmi w takim sensie, jak my to rozumiemy. Czyli nie siadają z nimi na dywanie, by wspólnie poukładać klocki. To jest coś, co prędzej wydarza się między samymi dziećmi, niż między dziećmi i dorosłymi.

W takim razie jak dorośli bawią się z dziećmi w innych kulturach?

W takim powszechnie rozumianym ujęciu… nie bawią się. Dzieci bawią się ze sobą. Do tego m.in. służą wspólnoty, życie w gromadzie. My żyjemy w kulturze, gdzie swobodnych interakcji między dziećmi jest dużo mniej. Jeśli zachodnie dziecko ma ochotę na zabawę z innym kolegą, a do tego jest godzina 18.00, to nie może tak po prostu wyjść z domu i się z tym kolegą pobawić. Najczęstszym partnerem do zabawy jest dla niego rodzic. Kiedy jego nie ma, to pozostaje zabawa w pojedynkę. Tymczasem samodzielne spędzanie czasu, w takim ujęciu zabawy samemu ze sobą i znajdywania w tym przyjemności to jest coś, co u każdego dziecka pojawia się w trochę innym momencie. Ale myślę też, że jakby spytać takiego przeciętnego pięciolatka, czy woli się bawić sam czy z kimś, to jego odpowiedź będzie brzmiała, że z kimś.

Co jest tak naprawdę sednem zabawy?

Coś, co czasem trudno przyjąć rodzicom, choć jest to bardzo ważne. Dla mnie sednem zabawy jest swoboda, dobrowolność i wyrażanie swojej inicjatywy. To również coś, co jest interesujące ze względu na samo działanie, a nie efekt końcowy. A więc nie chodzi o to, co z tej zabawy wyjdzie, tylko o sam fakt działania, bycia w zabawie. To coś, z czym dorośli mają trudność, a jednocześnie dzieci z tą trudnością dorosłych też mają trudność. Bo one potrzebują doświadczać sytuacji, w których ktoś za nimi podąża i kiedy to one mogą kierować zabawą.

W czym więc leży problem?

W tym, że dorosły w relacji z dzieckiem chce zawsze nadawać ton i mieć kontrolę. Wielu rodziców ma kłopot z odpuszczeniem tej kontroli. A bez niej zabawą może być wrzucanie ubrań do pralki, robienie wspólnie kanapek i masa innych rzeczy, które wydarzają się w domu. Bo dla dziecka 90 procent aktywności jest zabawą.

Lawrence Cohen w książce „Rodzicielstwo przez zabawę” pisze też o tym, że zabawa może służyć dzieciom do przepracowywania sobie jakichś problemów.

Tak, ale pozostaje kłopot z tym, czy rodzic w tę terapeutyczną zabawę wejdzie. Czy będzie otwarty na to, co ona przyniesie. Bez włączania sobie takiej czerwonej lampki – że to niewłaściwe, brzydkie, niepotrzebne. Bo dziecko, jak chce coś sobie “przerobić”, samo wie, co to ma być i jak to zrobić. Nie potrzebuje do tego instrukcji. Inną kwestią jest taki wychowawczy kawałek, który często rodzicom włącza się w zabawie. To taki moment, w którym dziecko mówi „pobawmy się w to, że podpalimy dom babci”, a rodzic, zamiast powiedzieć „hmm… Interesujący pomysł za zabawę”, mówi „nie wolno podpalać ludziom domu”.

Trudność jest również z przemocą w zabawie. Na przykład ze strzelaniem.

Strzelanie, zabijanie… Ale dla dorosłych trudne są również zabawy w umieranie, lub w to, że smoki zjadają księżniczki. To takie zabawy, w których dzieci naśladują różne rzeczy ze świata dorosłych. I dorośli mają z tym kłopot, żeby pozwolić na taką zabawę i żeby wziąć w niej udział. Trudno rodzicom wejść w zabawę również wtedy, kiedy uważają, że jakieś zachowanie w niej proponowane jest niewłaściwe. Pisał o tym Alfie Kohn: że bardzo dużo czasu poświęca się temu, jak ćwiczyć w dzieciach samokontrolę, ale mało mówi się o tym, że samokontroli można mieć za dużo. I że nie we wszystkich sytuacjach dużo kontroli jest czymś, co pomaga. Chodzi o to, że jesteśmy czasem po prostu za dobrze wychowani. Mamy też pewne kody dotyczącego tego, co jest właściwe, co jest niewłaściwe, co wolno, a czego nie. To jest tak głęboko zakodowane, że nie jesteśmy w stanie odpuścić. Dzieci  jeszcze się tymi kodami nie posługują.

A co kiedy dziecko proponuje mi jakąś formę zabawy, która wydaje mi się głupia? Boję się na przykład, że głupio wyglądam, tarzając się z dzieckiem w trawie, w parku…

Najlepsze zabawy są głupie! O tym też pisze Cohen, że żeby się dobrze bawić, trzeba zdjąć z siebie maskę kontrolera i nie przejmować się swoim zewnętrznym wyglądem. Dla mnie z zabawą jest trochę jak z seksem. Gdy się zastanawiasz, jak to wygląda z zewnątrz, przestaje być fajnie. Wielu ludzi ma w swoich głowach takiego oceniacza i obserwatora, który nie pozwala im na głupkowatą zabawę nawet w domu, w czterech ścianach.

Co z dorosłym, który wraca po 8 godzinach z pracy i w ogóle nie ma ochoty na kontakt z dzieckiem, bo chce odpocząć?

To jest ogromy problem naszej kultury, że ona nie bierze dzieci pod uwagę. Bo dla dziecka ten czas, kiedy rodzic wraca do domu, jest najważniejszym czasem w jego życiu. Takim, który może spędzić z najważniejszą osobą. To trochę jak w związku z dorosłymi – kiedy ktoś wraca do domu, nie ma ochoty na bycie ze swoim partnerem i chce po prostu odpocząć, a to się zdarza non stop, to ten związek nie ma szansy przetrwać. Bo nie będzie spełniał emocjonalnych potrzeb tych ludzi i oni poszukają sobie kogoś innego. Podobnie w relacji z dzieckiem – jeśli po powrocie z pracy nie chcę spędzać czasu z dzieckiem, tylko odpocząć i to często się powtarza, to wówczas dziecko na tym dużo traci. Warto sobie zadać pytanie – kiedy to dziecko ma być z rodzicami? Jakie ono ma miejsce w ich życiu? Nie możemy go na cały dzień oddać pod opiekę instytucji albo zostawić samego. Ono musi być z bliskimi. Niestety żyjemy w takich czasach i w takiej rzeczywistości zawodowej, która w ogóle nie bierze pod uwagę tego, że ludzie mają dzieci. A dla dziecka kontakt z rodzicem to jego podstawowa potrzeba.

Jak mówisz o tej kulturze, w której żyjemy, to przypomina mi się też to, co mówiłaś o życiu we wspólnocie, w gromadzie. Tego teraz nie ma. Mama wraca do domu z pracy o 18.00. Musi jeszcze posprzątać dom, ugotować obiad…

I wtedy zazwyczaj realizuje się schemat, w którym mama mówi do dziecka „nie przeszkadzaj mi, bo muszę zrobić to i tamto”. Gdyby to dziecko miało miejsce na powiedzenie tego, czego potrzebuje, to pewnie powiedziałoby, że przede wszystkim kontaktu – nie porządku, ani nawet nie obiadu. Zrobienie obiadu z dzieckiem zajmuje dużo więcej czasu, ale jest czymś, co służy budowaniu relacji. A jak o tym pomyśleć w kontekście rozwojowym to się okazuje, że wszystkie te czynności służą ćwiczeniu umiejętności potrzebnych do dojrzałości szkolnej. Chodzi o krojenie, tarcie na tarce, smarowanie masłem, wycieranie naczyń… To są rzeczy, które trenują umiejętności manualne, motoryczne, poznawcze dziecka w wieku przedszkolnym w naturalny sposób. A my to rozdzielamy i mamy z jednej strony rodzica, który zamyka się w kuchni, żeby przygotować coś szybciej i sprawniej, a z drugiej strony dziecko, które siedzi samo przy stole i rysuje szlaczki (co też nie każde dziecko chce robić). Z naturalnej sytuacji, która przez wiele lat była okazją do uczenia się i bycia razem, tworzymy sytuację, która jest tylko pracą do wykonania. Znam też historie rodziców, którzy mówią, że są zmęczeni i niewyspani dlatego, że jak dziecko nie śpi to się z nim bawią, a jak dziecko idzie spać (co czasem łączy się z oczekiwaniem, że ono szybko pójdzie spać), sprzątają cały dom. Nigdy nie z dzieckiem. Po latach pojawia się zaskoczenie, że to dziecko nie pomaga w obowiązkach domowych.

Kontakt z drugą osobą – to ta najważniejsza potrzeba dziecka? Realizowana w zabawie?

Dziecko przede wszystkim potrzebuje dostępności drugiej osoby. Bo mogą być momenty, w których nie chce być w kontakcie, ale zawsze potrzebuje dostępności – w pewnym momencie ta chęć kontaktu wróci. To nie do końca jest tak, że dziecko potrzebuje, żeby cały czas ktoś nad nim był. Czasem lepiej sprawdza się taka sytuacja, gdy robimy coś swojego, dziecko nas woła, a w nas jest gotowość do tego, żeby przerwać swoją pracę lub zaprosić dziecko do tego, żeby z nami było. Wtedy na chwilę skupiamy się całkowicie na nim.

Cohen w „Rodzicielstwie przez zabawę” też mówi o takim momencie skupienia na dziecku.

Ale to, na co Cohen kładzie największy nacisk, to pozwolić dziecku prowadzić w zabawie. Więc kiedy dziecko mówi „dobrze, to teraz usiądź na kanapie i masuj mi stopy”, rodzic się na to zgadza. Myślę, że kłopot z podążaniem za dzieckiem jest głównym kłopotem z zabawą w ogóle. Druga kwestia jest też taka, że kiedy robimy coś razem, ta czynność może być atrakcyjna dlatego, że robimy ją wspólnie, ale również dlatego, że wykonujemy ją z ważną dla nas osobą i widzimy, jaką jej to przynosi radość. Analogicznie w stosunku do siebie zachowują się dorośli, kiedy dzielą się ze sobą, np. opowiadając sobie o swoim hobby. Dla dziecka taka zabawa jest sytuacją dzielenia się. Więc kiedy bawię się z dzieckiem, to nie dlatego, że ta zabawa jest dla mnie super atrakcyjna, ale dlatego, że dla mnie atrakcyjne jest bycie z dzieckiem i bycie w świecie dziecka. Inaczej mówiąc, to jest sposób na bycie w relacji z człowiekiem, który jest dla mnie ważny.

Ale żeby w to wejść, trzeba mieć też napełniony swój kubek – mieć gdzie naładować swoje akumulatory.

To prawda. I czasem nie wiadomo, jak to ugryźć. Bo jak wracasz do domu i masz ten kubek pusty, to nawet jeśli masz mocne postanowienie, że będziesz się z tym dzieckiem bawić i za nim podążać, nie będziesz w stanie tego robić. To nie jest proste. Ale widzę, że ludzie znajdują wyjście z tej sytuacji, gdy pojawia się jakaś trudna sytuacja życiowa, która pokazuje, że dłużej tak nie można.

Kiedy myślę o problemie z napełnianiem kubka, mam przed oczami samotne matki, które krążą między domem a pracą i nie mają kiedy tego zrobić.

Ludzie do mnie przychodzą i zadają często takie pytanie „czy rodzicielstwo w pojedynkę wpływa negatywnie na dziecko?”. Mówię im wówczas, że samotne rodzicielstwo samo z siebie nie ma takiego wpływu. Ale jeżeli ten samodzielny rodzic nie ma grupy innych dorosłych, w której dobrze się czuje, to wówczas sytuacja wygląda inaczej. Bo ten dorosły nie ma skąd czerpać zasobów, żeby się opiekować swoim dzieckiem. My po prostu potrzebujemy innych dorosłych wokół siebie. Można wychowywać dziecko nie będąc w związku, ale nie można wychowywać dziecka mając do końca życia relację tylko z dzieckiem. Bo wtedy zaczynasz w tej relacji zaspokajać swoje potrzeby emocjonalne. Chcesz od dziecka zrozumienia, bliskości, akceptacji…

Wróćmy do zabawy. Nie mam w danym momencie na nią ochoty. Chcę odmówić. Czy jest taki czas, kiedy dziecko jest w stanie taką odmowę zaakceptować?

To zależy od częstotliwości odmowy. Inna jest sytuacja, kiedy dziecko słyszy ją raz na jakiś czas, a inna, kiedy dziecko z taką odmową spotyka się ciągle. Natomiast gotowość dziecka do przyjęcia takiego hasła „pobaw się teraz sam, bo ja potrzebuję coś zrobić”, pojawia się bardziej w wieku szkolnym. Jeśli młodsze dziecko nie radzi sobie z taką odmową, nie byłabym zaskoczona.

Niektórzy mówią, że dziecko musi się bawić samo, żeby się tego nauczyć.

Ja mam zupełnie odwrotne wrażenie. Zabawa samemu jest fajna, kiedy jest z inicjatywy dziecka i kiedy dziecko czuje że tego chce, a nie kiedy czuje się samotne i bawi się samo, bo nie ma wyjścia. Bo jak dziecko nie ma wyjścia, to sama zabawa może mieć negatywne skojarzenie w pamięci. Przekonanie o tym, że jeśli zmuszę dziecko do robienia czegoś, to ono to będzie robić, aż w końcu to polubi i się przyzwyczai, to najprostszy behawioryzm. Dzieci nie funkcjonują na takich zasadach.

Agnieszka Stein – psycholog dziecięcy. Zajmuje się wspieraniem rodziców w ich wysiłkach wychowawczych i pomocą w kryzysowych sytuacjach (agnieszkastein.pl). Prowadzi warsztaty umiejętności wychowawczych dla rodziców i wspiera profesjonalistów pracujących z dziećmi. Jest autorką książek „Dziecko z bliska” i „Dziecko z bliska idzie w świat”. Prywatnie jest mamą chłopca w wieku szkolnym.

Foto: flikr.com/ajay13

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Justyna Urbaniak

Piszę zawodowo, prywatnie jestem matką i kurą domową. Z wykształcenia – nauczycielką polonistką, z przekonania – antypedagogiem. Aktualnie, oprócz pisania, dokształcam się w zakresie edukacji alternatywnej, Porozumienia Bez Przemocy, gotowania. Ostatnio również bloguję: http://justynaurbaniak.natemat.pl/.

Odwiedź stronę autorki/autora: http://justynaurbaniak.natemat.pl/




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

Fińskie dzieci uczą się najlepiej

Przemoc w białych rękawiczkach, czyli o zawstydzaniu dzieci

Juul na poniedziałek, cz. 68 – Czego potrzebują dzieci, czyli o rodzicielskim przywództwie

Przejdz do: