| „Złe szczepionki”. Historie rodziców nieszczepiących dzieci, cz.2

„Złe szczepionki”. Historie rodziców nieszczepiących dzieci, cz.2

Coraz częściej mówi się i pisze o tym, że szczepionki nie są tak bezpieczne, jak dotąd mogliśmy przypuszczać. Zabierają głos rodzice, u których dzieci wystąpił niepożądany odczyn poszczepienny, którzy podejrzewają związek szczepienia z chorobą dzieci, a także tacy, którzy nie znajdują pomocy ani wsparcia w ich późniejszym leczeniu.

Troje rodziców opowiada o tym, dlaczego ich dzieci nie są szczepione, jak przebiega ich opieka pediatryczna oraz czy są pewni decyzji o nieszczepieniu.

Przeczytaj pierwszą część cyklu „Złe szczepionki”: Historie rodziców nieszczepiących dzieci, cz.1

Najlepsze książki dla dzieci i rodziców - księgarnia Natuli.pl

Filip, tata Bruna (10 miesięcy)

Decyzję o nieszczepieniu dziecka podjęliśmy z żoną na 3 miesiące przed narodzinami synka. Na początku chcieliśmy szczepić na wszystkie choroby. Szczepienie dzieci było powszechnie przyjęte, od znajomej wiedzieliśmy, że za niektóre szczepionki należy płacić – byliśmy na to przygotowani. 

Pierwszy niepokojący sygnał pochodził od siostry żony: jej znajomi podejrzewali związek szczepienia dziecka z objawami padaczki. Było to na 5 miesięcy przed narodzinami naszego dziecka. Rodzice tamtej dziewczynki byli wtedy na etapie wykonywania szczegółowych badań, w tym badania włosów dziecka w celu poszukiwania śladów toksycznych substancji. Od siostry otrzymaliśmy adres internetowy listu pani prof. dr Marii Doroty Majewskiej, w którym pisze ona szczegółowo o wszelkich możliwych niebezpieczeństwach wynikających ze stosowania szczepionek – szczególnie u najmłodszych dzieci. Następnie oglądaliśmy wywiad z panią profesor oraz zapoznaliśmy się z całą korespondencją, którą prowadziła z polskimi instytucjami, odpowiedzialnymi za nadzór nad szczepieniami. Argumenty pani Profesor przekonały nas swoją fachowością.

Od tego zaczęła się nasza wnikliwa analiza tematu szczepień. Przez ponad 2 miesiące przeszukiwaliśmy zasoby internetu w poszukiwaniu odpowiedzi na temat, czy szczepienia są bezpieczne. W pierwszej kolejności szukaliśmy na popularnych portalach dla rodziców; informacje tam zawarte mocno kłóciły się z informacjami przedstawionymi przez panią Majewską, więc postanowiliśmy szukać bardziej dociekliwie. Skoncentrowaliśmy się na stronach anglojęzycznych: liczne wywiady, filmy dokumentalne, reportaże z udziałem lekarzy i naukowców  z zagranicy tylko potwierdzały budzące się w nas przekonanie do dużej skali niezrozumiałych intencji i uzasadnień stosowania szczepionek u niemowląt i dzieci.

Po spędzeniu wielu godzin i dni ma poszukiwaniach informacji o składzie szczepionek, ich rodzajach oraz chorobach zakaźnych przed którymi mają chronić, mieliśmy już pełniejszą wiedzę, dzięki której postanowiliśmy nie dopuścić do podania szczepionek naszemu dziecku. 

Oczywiście gdzieś na początku drogi szybko natrafiliśmy na forum rodziców nieszczepiących i szczepiących wybiórczo. Znaleźliśmy tam bardzo dużo przydatnych informacji, a co ważniejsze – poznaliśmy relacje i opinie innych rodziców, którym temat szczepień z jakiegoś powodu stał się bliski. Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy osamotnieni w naszych obawach i sceptycyzmie.

Do tej pory pieka pediatryczna nad naszym dzieckiem przebiega bardzo dobrze. U pediatry zjawiamy się jedynie w celu ważenia i mierzenia synka. Dotychczas nasz 10 miesięczny obecnie syn nie miał żadnych problemów zdrowotnych ani infekcji.

Z racji własnych przekonań, wykształcenia i przywiązywania dużej wagi do tematu zdrowego odżywiania naszej rodziny z lekarzem pediatrą w wielu sprawach się nie zgadzamy, nie przyjmujemy zaleceń, wskazówek – takich, jak karmienie mlekiem modyfikowanym, podawanie wit.K, D, suplementacji witamin, antybiotyków, oraz oczywiście szczepień. Syn rozwija się wspaniale. Jedyną konsekwencją nieszczepienia, mówienia o tym fakcie, propagowania wiedzy, ostrzegania znajomych i przyjaciół, aby uważali i sami zainteresowali się tematem szczepień, ich potencjalnego negatywnego wpływu na zdrowie dzieci, jest to, że część “koleżanek” mojej żony uznała nas za dziwaków. Posądzono nas o  wtrącanie się w życie i zdrowie ich małych dzieci. Temat szczepień bywa traktowany jako niewygodny temat tabu, a decyzje i odpowiedzialność za zdrowie dziecka – powierzane instytucji służby zdrowia.

Do chwili obecnej przychodnia oraz Sanepid nie wzywają na szczepienia, wiedzą, że nie mają takich uprawnień. Jeszcze przed narodzinami syna skierowaliśmy pisma o nieszczepieniu, temat w tej kwestii jest na ten dzień zamknięty. Dodam jeszcze , że mieszkamy na terenie województwa zachodniopomorskiego, w tym rejonie władze terenowe Inspekcji Sanitarnej wydają się stosować przepisy prawa w sposób właściwy, oddzielając stosowanie przepisów w sytuacji zagrożenia epidemiologicznego od zwykłej sytuacji i szczepień refundowanych, “nieobowiązkowych”.

Naszym sukcesem jest przekonanie kuzynki, aby sama zainteresowała się tematem szczepień swojej córeczki. Efekt – brak szczepień u nowego członka rodziny, tym razem dziewczynki. Decyzja została podjęta w oparciu o nasze doświadczenia i obserwacje naszego synka, który jest okazem zdrowia.

Jesteśmy pewni swojego wyboru. Dzięki własnej uważności, otwartemu spojrzeniu na świat, uwzględnieniu argumentów i opinii niezależnych fachowców oraz doświadczeń innych rodziców, wiemy, że podjęliśmy prawidłową decyzję. Nie wyobrażamy sobie, że moglibyśmy dowiedzieć się o znanych nam teraz konsekwencjach ingerencji w naturalny system odpornościowy dziecka dopiero po zaszczepieniu go. Bardzo ciężko byłoby nam znieść fakt, że nikt nas wcześniej nie poinformował o możliwych zagrożeniach i tej drugiej, niebezpiecznej stronie szczepień małych dzieci.

Martinka, mama dwóch synów

Nasz starszy syn przeszedł wszystkie obowiązkowe szczepienia wieku niemowlęcego. Nie zdecydowaliśmy się na żadne szczepienia dodatkowe, zalecane przez lekarzy. Mimo iż dochodziły do mnie sygnały o niepożądanych odczynach poszczepiennych, w tamtym czasie nie miałam wystarczającej wiedzy ani pewności, że należy przerwać szczepienia. Jednak syn źle reagował na szczepienia: najpierw pojawiły się u niego problemy skórne – miał częste wysypki, suchą, szorstką i marmurkową skórę. Cierpiał na bardzo silne ataki kolki i problemy jelitowe (oddawał strzelające stolce o chemicznym zapachu). Po szczepieniu MMR pojawiła się silna alergia, która z czasem przerodziła się w astmę (najprawdopodobniej na skutek przenikania alergenów, toksyn i pasożytów poprzez nadżerki w nabłonku jelit, spowodowane przez wirusa odry). Syn często łapał infekcje, mimo iż był karmiony piersią przez 1,5 roku. Po każdym szczepieniu był mocno zaśluzowany – musieliśmy mu ściągać śluz z oskrzeli, znajdowaliśmy śluz w kupie. Stawał się też coraz bardziej pobudzony. Podczas badania aparatem biorezonansowym lekarz stwierdził duże obciążenia poszczepienne, a jednocześnie niebywałą siłę organizmu. Syn był przed każdym szczepieniem zabezpieczany homeopatycznie, a nastepnie po nim homeopatycznie oczyszczany – strach pomyśleć, co by było, gdybyśmy tego nie robili. 

Objawy, które przytoczyłam, skłoniły mnie do wnikliwej lektury: stron internetowych (głównie anglojęzycznych), wyników badań dotyczących zachorowań wśród populacji szczepionych i nieszczepionych (np. Amiszów), badań dotyczących szkodliwości składników szczepionek, ulotek szczepionek, rozporzadzenia ws. NOP i całej masy innych materiałów. Pod wpływem uzyskanej tą drogą wiedzy postanowiliśmy z mężem, że drugiego dziecka nie zaszczepimy i zrezygnujemy z dalszych szczepień starszego syna. W rezultacie nasz młodszy synek (obecnie ponad trzyletni) nie został na nic zaszczepiony, natomiast starszy nie otrzymał szczepień przypominających, obowiązujących w wieku 5-6 lat. Dopiero po zaprzestaniu szczepień starszego synka, homeopatycznym odtruciu i wzmocnieniu organizmu, kuracji przeciwpasożytniczej, suplementacji, dłuższym stosowaniu mikstury oczyszczającej Słoneckiego i diety bezglutenowej, mającej na celu wyleczenie nadżerek w nabłonku jelita, syn przestał miewać ataki astmy, a większość jego alergii zniknęła.

Początkowo należeliśmy do przychodni przyszpitalnej, w której rodziłam obydwóch synów. Po poinformowaniu pediatry o moim zamiarze rezygnacji ze szczepień u starszego syna i decyzji zupełnego nieszczepienia młodszego synka, rozpoczęła się walka na argumenty. Nie chciałam polemik z lekarzem, który nie rozumie moich motywów i ma zupełnie inne zdanie na ten temat, zwłaszcza, że “opieka” stawała się coraz bardziej taśmowa, pobieżna (rozbieranie dziecka i badanie go w biegu, długie kolejki w poczekalni) i nastawiona objawowo (przepisywanie antybiotyków, sterydów dla starszego syna, nie reagowanie na moje sygnały odnośnie konieczności sprawdzenia syna pod kątem pasożytów).
Obecnie jesteśmy pod opieką innego (drugiego w naszym życiu) lekarza w ramach NFZ. U naszego pierwszego pediatry pojawiam się jednak na bilansach i w przypadku potrzeby uzyskania zwolnienia z pracy z powodu choroby (przeziębienia) dzieci. Przy leczeniu dzieci rzadko korzystam z leków alopatycznych, stosuję raczej zioła i homeopatię. Moja lekarka zawsze jest ciekawa terapii, jakie stosuję i dziwi się, że dzieci rzadko chorują. Ustaliłyśmy między sobą, że jeśli nie zastosuję kuracji przepisanej przez nią, powiem jej o tym. Wie, że praktycznie nie uznaję antybiotyków (stosujemy srebro koloidalne) ani zbytniego chemicznego ingerowania w zdrowie dziecka.

W szpitalu podczas przyjęcia na izbę porodową od razu zgłosiłam położnej, że nie zgadzam się na szczepienie w szpitalu i upewniłam się, że odpowiednia adnotacja pojawiła się w papierach. Na wszelki wypadek wzięłam ze sobą odpowiednie oświadczenie. Ponieważ akcja porodowa rozwijała się bardzo szybko, a wraz ze mną na sali porodowej był mąż, od razu po narodzinach synka zastrzegliśmy, jaka jest nasza decyzja w kwestii rutynowych szczepień BCG i WZW-B. Po interwencji neonatologa, który odwiedził nas wkrótce po porodzie próbując przekonać do zmiany decyzji, złożyłam pisemne oświadczenie w tej kwestii, zastrzegając, że moja decyzja jest ostateczna. W szpitalu nie miałam żadnych problemów. Czasem tylko pielęgniarki z ciekawością mi się przyglądały i zagadywały o powody mojej decyzji. Jedna z pielęgniarek przyznała, że też nie szczepi swojej córki i zna lekarzy, którzy postępują tak samo.

Czułam, że w pierwszej przychodni przyszpitalnej, do której początkowo należeliśmy, możemy mieć problemy z powodu rezygnacji ze szczepień. Dlatego postanowiłam zmienić przychodnię. Wybrałam lekarkę, która miała opinię rozsądnej w kwestii przepisywania leków, zwłaszcza antybiotyków, szanującej zdanie rodziców i dobrego diagnosty w zakresie pulmonologii (starszy syn często łapał infekcje górnych i dolnych dróg oddechowych, miał stwierdzoną astmę). Jeszcze przed przepisaniem dzieci udałam się do niej na rozmowę. Od progu poinformowałam ją otwarcie, że nie zamierzam szczepić dzieci i zapytałam, czy w tej sytuacji obejmie opieką lekarską naszą rodzinę, czy tez mam szukać dalej. Po krótkiej rozmowie i poznaniu moich motywów zawarłyśmy układ, że ona ze swojej strony nie będzie mnie nękać w kwestii szczepień, ale też nie będzie włączać się w ewentualne spory z sanepidem. Na karcie uodpornienia mojego nieszczepionego w szpitalu synka, która została przesłana z poprzedniej przychodni, zamieściłam adnotację, że nie zgadzam się na jego szczepienie. Od tej pory na żadnej wizycie nie poruszałyśmy tego tematu. Raz tylko do gabinetu podeszła pielęgniarka z prośbą o odnowienie po roku mojego sprzeciwu dotyczącego szczepienia synka (na co została ofuknięta przez naszą lekarkę, że skoro nie odwołałam swojego postanowienia, to logiczne jest, że nadal obowiązuje). Innym razem otrzymałam zaproszenie z przychodni na szczepienia, a podczas ważenia i mierzenia synka ze strony pielęgniarek padało sakramentalne pytanie: “czy dziś szczepimy?”, na które bez żadnych tłumaczeń i rozwijania tematu odpowiadałam, że nie.
W przypadku starszego syna przy okazji przenosin do nowej przychodni udało mi się (za drugim razem) wyjąć kartę uodpornienia z poprzedniej przychodni, do której wcześniej należeliśmy, po tym jak dostaliśmy z niej dwa upomnienia w sprawie zaległych szczepień przypominających. Od tej pory karta leży u mnie w szufladzie.
Nie mamy żadnych problemów ani z przychodnią, ani z sanepidem i mam nadzieję, że tak pozostanie. Ponoć nasz gdański sanepid jest w tej kwestii dosyć tolerancyjny.

Swojej decyzji o nieszczepieniu jestem pewna od momentu ciąży i każdy dzień mnie w niej utwierdza. Ponieważ mój starszy syn przeszedł wszystkie obowiązkowe szczepienia wieku niemowlęcego, mam doskonałe porównanie z młodszym, nieszczepionym wcale synkiem. Wynik tego porównania zarówno w kwestii zdrowia (zwłaszcza odporności polegającej na rzadszym łapaniu infekcji, łagodniejszym ich przebiegu i szybszym z nich wychodzeniu, brak alergii) jak i zachowania (mniejsze pobudzenie i rozdrażnienie, większy spokój) wypada na korzyść młodszego synka. Młodszy syn od września idzie do przedszkola – będzie to kolejnym sprawdzianem dla jego odporności. Uważam, że niektóre zakaźne choroby warto przejść w dzieciństwie, aby nabyć trwałą odporność a nie narażać się na cięższy przebieg choroby w wieku dorosłym. Młodszy syn wielokrotnie miał do czynienia z dziećmi chorymi na ospę, szkarlatynę i rumień i mimo to nie zachorował. Być może przeszedł te choroby bezobjawowo.
Tak jak wcześniej pisałam, odporność dzieci budujemy poprzez odpowiednią dietę bogatą w nieprzetworzoną żywność, pochodzącą głównie z rodzimych upraw ekologicznych i od znanych nam rolników. Staramy się ograniczać cukier w diecie dzieci zastepując go stewią, ksylitolem bądź syropem z agawy. Dzieci spędzają dużo czasu na powietrzu – na zabawie i spacerach. Staramy się również przynajmniej raz w roku zmienić klimat i pojechać w góry.

Iwona, mama Amelki (2,5) i Milenki (5 miesięcy)

Pierwszą córeczkę szczepiłam na wszystkie obowiązkowe szczepienia. Zrezygnowałam przed szczepieniem na odrę, świnkę, różyczkę. Koleżanka powiedziała mi wówczas, że ta szczepionka może powodować autyzm. Nie bardzo jej wierzyłam, ale po przeczytaniu kilku artykułów uświadomiłam sobie, że jednak szczepienia mogą powodować poważne powikłania. Szczególnie przekonał mnie list prof. Marii Doroty Majewskiej w sprawie szczepionek. Drugą córeczkę pozwoliłam zaszczepić w szpitalu. Myślałam wtedy, że jeśli pierwsza dobrze znosiła szczepienia, to i drugiej nic nie będzie i że będę ją szczepić tak jak pierwszą. Wtedy też nie miałam wystarczającej wiedzy na temat powikłań, jakie niosą za sobą wszystkie szczepienia, nie tylko na odrę, świnkę i różyczkę. Nic nie wiedziałam o Rozporządzeniu Ministra Zdrowia z dnia 21 grudnia 2010 r w sprawie niepożądanych odczynów poszczepiennych oraz kryteriów ich rozpoznawania. Gdybym wcześniej przeczytała to rozporządzenie, na pewno nikt by mi nie wmówił, że dziecko parę godzin po szczepieniu dostało silnej wysypki od chemii, w której jest prana pościel i że ciężko oddycha, bo oczyszcza się z wód płodowych. 

Kiedy córka miała półtora tygodnia, została skierowana do szpitala z podejrzeniem zapalenia górnych dróg oddechowych i faktycznie wszystko na to wskazywało. Miała katar, gorączkę, ciężko oddychała i raz zwymiotowała. Przez pięć dni dostawała antybiotyk, przez dwa dni kroplówki, jednego dnia w szpitalu jej temperatura sięgnęła 39,1 st. Wtedy byłam święcie przekonana, że córka jest leczona na zapalenie górnych dróg oddechowych. Kiedy Pani ordynator powiedziała mi, że dziecku nic nie jest i nic nie było i że to wszystko od ulewania – uwierzyłam jej. Dostałam kartę wypisu ze szpitala a w niej rozpoznanie: zapalenie spojówek i utrata regulacji ciepłoty ciała. W dokumentacji medycznej, którą wzięłam ze Statystyki Medycznej wpisane jest tylko, że córeczka miała wyraźnie ropiejące lewe oko i tak też było, prawe miała zdrowe. W dokumentacji jest także wpisana niedrożność nosa, zaczerwienione gardło, gorączka powyżej 39 st… wszystkie te objawy przypisano zapaleniu spojówek. Córka miała odczyny poszczepienne, ale nikt mnie o tym nie poinformował.

Po powrocie ze szpitala do domu, nadal oczyszczałam jej nosek z wydzieliny. Niestety z dnia na dzień było coraz gorzej, doszło do tego, że miała poważne problemy z oddychaniem. Udałam się z nią do lekarza, który skierował nas do Klinki Dziecięcej w Lublinie. Tam rozpoznano u córeczki zapalenie płuc i atopowe zapalenie skóry, które miała już w szpitalu w Łukowie. Od drugiego pobytu w szpitalu córka jeszcze trzy razy chorowała. Objawy takie same: niedrożność nosa, zaczerwienione gardło, katar. Lekarz dwa razy zalecił antybiotyk a tydzień temu powiedział, że bezpieczniej będzie podać zastrzyki. W sumie moje dziecko już pięć razy było chore a ma niecałe pięć miesięcy. Dlatego teraz boję się szczepić, bo nie wiem, do czego mogłyby doprowadzić kolejne szczepienia.
W składzie szczepionek, oprócz antygenów danego wirusa, znajdują się takie substancje jak: tiomersal (związek rtęci), wodorotlenek glinu, formaldehyd, skwalen, antybiotyki. Bardzo niebezpieczne są zwłaszcza szczepionki zawierające żywe szczepy (wirusy) – w szczególności szczepionki pełnokomórkowe przeciw krztuścowi oraz szczepionki skojarzone. Jestem katoliczką a zarazem też przeciwniczką szczepionek, których wirusy zostały wyhodowane przy użyciu diploidalnych komórek ludzkich z abortowanych płodów – czyli np. szczepionek na odrę, świnkę, różyczkę.

Na razie formalną opiekę pediatryczną nad Milenką sprawuje pani pediatra, która przyjeżdża dwa razy w tygodniu do naszej przychodni, ale zawsze ma komplet osób i ciężko jest się do niej dostać. Z Milenką byłam u niej raz i wtedy dostałam skierowanie do szpitala, więc albo idę z dziećmi do lekarza ogólnego w naszej przychodni, albo prywatnie do pediatry. Lekarka, do której państwowo są zapisane dzieci jest na ogół miła. Nie wiem jakie jest jej zdanie na temat szczepień, bo nie miałam okazji z nią porozmawiać na ten temat. Mogę się tylko domyślać, że jest zwolenniczką szczepień, ponieważ kiedy zaczynałam szczepić starszą córkę, namawiała mnie na dodatkowe szczepienia. Natomiast lekarka, do której chodzę z dziećmi prywatnie, dokładniej bada dziecko, bada wzrok, postawę, zęby, sprawdza wagę i nie przepisuje antybiotyków, dopóki nie są konieczne – stara się leczyć homeopatycznie.

Odkąd przestałam szczepić starszą córkę, panie pielęgniarki wysyłają zawiadomienia, upominają mnie też za pośrednictwem rodziców, żebym przyszła na szczepienie. Ostatnio w przychodni kazano mi się zadeklarować, czy szczepię dzieci, czy nie. Byłam wtedy zarejestrować młodszą córkę do lekarza i odpowiedziałam, że dzieci są chore.

Na razie jestem pewna swojej decyzji o nieszczepieniu. Staram się zapewnić dziecku optymalne warunki życia, sprzyjające jego zdrowiu. W przypadku wystąpienia objawów choroby czy problemów zdrowotnych jadę z dzieckiem prywatnie do lekarza pediatry.

Foto


Dzieci są ważne

Redakcja serwisu dziecisawazne.pl.
Odwiedź stronę autorki/autora: https://dziecisawazne.pl/


Czytaj na dziecisawazne.pl

zdrowie
Żelki na odporność, syropki na katar – koncerny farmaceutyczne kochają nasze dzieci!

rodzina
Czego potrzebuje rodzina?

wychowanie
Zagrożenia dla rozwoju małego dziecka

edukacja alternatywna
8 zabaw po angielsku dla przedszkolaka

odżywianie naturalne
Kwasy tłuszczowe dla zdrowych oczu i układu nerwowego – jadłospis dla dzieci od lat 3

edukacja alternatywna
Przykład z góry – rzecz o skandynawskim modelu edukacji

wychowanie
Kiedy twoja złość krzywdzi dziecko? Skąd się bierze złość i jak jej zaradzić

rodzina
,,Kochać to nie znaczy martwić się, kochać to znaczy ufać” – krótki tekst o byciu matką

zdrowie
Woda, cukier i pochodne morfiny – co znajdziemy w popularnych syropach na kaszel?

edukacja alternatywna
“Puszczyk” w samym środku lasu, czyli czego można nauczyć się w leśnej szkole?