| Edukacja domowa w praktyce

Edukacja domowa w praktyce

Rozmowa z Alicją Krzywańską-Podermańską i Marzeną Reszke – kobietami, które same uczą swoje dzieci rezygnując ze szkolnego systemu nauczania. Opowiadają o tym, jak edukacja domowa wygląda na co dzień.

Alicja Krzywańska-Podermańska jest mamą trzech córek – Ani (3,5 roku), Ewy (10 lat) i Kasi (11,5 roku). Obowiązki rodzica – nauczyciela pełni wraz z mężem. Drugi rok praktykuje edukację domową.

A zaczęło się od Hiszpanii…
Dwa lata temu wyjechaliśmy na rok do Hiszpanii. Zdecydowaliśmy się nie posyłać córek do hiszpańskiej szkoły. Przed wyjazdem przedyskutowaliśmy “plan działania” z nauczycielami dziewczynek i zaopatrzeni w wytyczne rozpoczęliśmy edukację domową. Po powrocie córki uczęszczały do szkoły waldorfskiej. W tym roku szkolnym znów uczymy je w domu. Tym razem nie z powodu wyjazdu. Nasz wybór jest podyktowany praktycznymi względami, m.in. dzięki temu oszczędzamy 2 godziny dziennie nie musząc odwozić je do szkoły. Oboje z mężem pracujemy w domu, prowadzimy dość nieregularny tryb życia, dużo podróżujemy. To wszystko sprawia, że domowe nauczanie jest rozwiązaniem skrojonym na miarę naszych potrzeb.

Potem było już tylko łatwiej
Kontynuujemy u córek pedagogikę waldorfską, więc nie stosujemy typowego oceniania. Ewentualna ocena opisowa pojawia się na sprawdzianach. Metodyka waldorfska obfituje w wiele ciekawych rozwiązań. Uczenie “epokami” pozwala na efektywne skupienie się na jednym przedmiocie przez 2- 4 tygodnie z rzędu, np. teraz przez 4 tygodnie uczę starszą córkę (kl. V) historii, mitologii i geografii starożytnych Indii, Persji, Mezopotamii i Egiptu, a mąż – młodszą (kl. IV) biologii człowieka. Jedynie matematyka i języki obce mogą pojawiać się codziennie. Matematyką zawiaduję aktualnie ja, a językami – mąż.

Spacer, filmy i lepienie z gliny
W odróżnieniu od standardowej szkoły, domowa szkoła wpisuje się doskonale w rytm naszego życia rodzinnego. Gdy wstajemy późno, lekcje zaczynają się późno. Gdy dopisuje pogoda, dzieciaki najpierw wychodzą na długi spacer. Dużą rolę przywiązujemy do wspólnych, zdrowych posiłków. Zatem śniadanie, obiad i kolacja są ważnymi elementami
porządkującymi nasz dzień. Domowa szkoła jest podporządkowana naszym priorytetom. Lekcje zaczynają się z reguły po “naturalnej” pobudce, zdrowym śniadaniu, długim spacerze. Nie robimy lekcji wtedy, gdy dzieci są czymś zmęczone. Czasem dziewczynki ociągają się ze stawieniem do naszego “szkolnego pokoju”. Wystarczy jednak je upomnieć i pojawiają się gotowe do lekcji. Przykładowy dzień nauki rozpoczyna się zawsze od… spaceru z psem. Potem odbywa się lekcja główna, czyli lekcja przedmiotu z aktualnej epoki. Trwa ona – w zależności od rozległości tematu – od 1 do 2 godzin. Obie starsze córki mają lekcje jednocześnie. W przypadku lekcji z biologii, mąż rozpoczyna projekcją odcinka “Było sobie życie”. Potem uzbrojony w rysunki, ciekawostki itp. dyskutuje z córką. Na koniec zadaje ćwiczenie do samodzielnego wykonania. Może to być tekst do napisania lub rysunek do wykonania. Ostatnio zadaniem Ewy było ulepienie z gliny wybranej kości człowieka. W czasie, gdy Ewa ma lekcję biologii, Kasia i ja poznajemy starożytne kultury. Lekcja poświęcona życiu i naukom Buddy poprzedzona była filmem “Mały Budda”, który wyświetliliśmy córkom wieczorem, dzień wcześniej. W czasie lekcji zadaniem Kasi było napisanie wypracowania na temat Buddy w oparciu o informacje przekazane w filmie. Po lekcji głównej, przeprowadzam zwykle ok. 45 minut matematyki dla obu córek. Najpierw wprowadzam każdej z nich nowe zagadnienie, potem zostawiam do samodzielnego ćwiczenia, a ja w tym czasie… zajmuję się w kuchni przyrządzaniem obiadu.
Lekcję języków obcych prowadzimy wieczorami w oparciu o dwujęzyczny kurs multimedialny, ucząc w ten sposób 2 języków naraz. Sprawdziliśmy tę metodę w Hiszpanii i okazała się bardzo skuteczna.

Kuchenny lejek zamiast kredy
Podstawową pomocą, z której korzystamy jest szczegółowy program otrzymany z Waldorfskiej Szkoły Podstawowej im. Janusza Korczaka w Krakowie – szkoły, która sprawuje opiekę nad naszą domową edukacją. Nauczeni doświadczeniem sprzed 2 lat, korzystamy także z podręczników i ćwiczeń do przedmiotów głównych. Wybieramy je sobie sami. Bardzo pomocne w nauce są oczywiście Internet i fachowa literatura, dzięki którym możemy lepiej przygotować się do lekcji. Poza tym wszelkie przedmioty korespondujące z tematem lekcji mogą stać się pomocą naukową, nawet kuchenny lejek.

To więcej niż wiedza
Korzyścią edukacji domowej jest możliwość indywidualnego podejścia do nauki dziecka, uwzględnienie jego specyficznych predyspozycji. W takich warunkach dzieciom łatwiej się pracuje i szybciej osiągają efekty. Jedną z niedocenianych korzyści domowej szkoły jest nauka, jaka płynie z obserwacji pracy rodziców. W domową szkołę wkładamy spory wysiłek. Czasem zmagamy się z własnym lenistwem, innym razem mamy z mężem skrajnie różne zdania na jakiś temat. Dzieci obserwują, jak realizujemy własne pomysły, jak rozwiązujemy konflikty. Uczą się w ten sposób “skutecznej aktywności”. Wydaje mi się to podstawową umiejętnością, jaką powinien posiąść człowiek, aby szczęśliwie realizować się w życiu. Kiedyś przeczytałam angielskie zdanie, które najlepiej opisuje to, co przede wszystkim chciałabym córkom przekazać. W polskim tłumaczeniu brzmi ono tak: “Nie podążaj drogą,  którą prowadzi cię życie. Zabierz życie w drogę, którą chcesz kroczyć.” Nie można nauczyć się życia w społeczeństwie nie nauczywszy się wcześniej życia w rodzinie. Ale żeby ta nauka mogła przynieść owoce, trzeba dać jej szansę. Gdy odwoziliśmy dzieciaki do szkoły o godzinie 7:00 rano i odbieraliśmy o 17:00, życie rodzinne w dzień powszedni trwało wtedy ok. 5-6 godzin. Często towarzyszyły mu pośpiech, zmęczenie i stres. Gdy przebywamy ze sobą razem ok. 12 godzin  wzajemnie na siebie wpływamy, szukamy optymalnych rozwiązań, ogniskujemy uwagę na rzeczach naprawdę ważnych. Parafrazując tytuł świetnej książki: żyjąc w rodzinie, nie staramy się przetrwać, ale staramy się po prostu żyć.

Czasem jest pod górkę
Przy mało regularnym trybie życia uporządkowanie w czasie różnych aktywności 5 członków rodziny bywa trudnym zadaniem. Czasem mnie to stresuje. Na szczęście mój mąż nie ulega tym stresom. Żartobliwie mogłabym stwierdzić, że minusem edukacji w domu dla dzieci są wieczne zadania domowe. A mówiąc serio… Dla rodziców, niewątpliwie największym minusem domowej szkoły jest konieczność rezygnacji z czegoś w celu wygospodarowania czasu na naukę. Jeśli na liście priorytetów rodzica to coś znajduje się bardzo wysoko, nie radzę z tego rezygnować. Dziecku dużo bardziej potrzebny jest szczęśliwy rodzic przez 4-5 godzin dziennie niż nieszczęśliwy przez cały dzień, zestresowany rodzic-nauczyciel. Myślę, że domowa edukacja ma sens tylko wtedy, gdy sprawia radość zarówno dzieciom, jak i rodzicom. Przede wszystkim rodzic musi dysponować czasem. Gdy uczyliśmy dziewczynki w Hiszpanii nauka obejmowała program kl. II i III. W sumie zajmowała nam nie więcej, niż 2 godz. dziennie. W tym roku szkolnym program obejmuje dużo szerszy materiał i więcej przedmiotów. Średnio nasza rodzicielsko-nauczycielska rola zajmuje ok. 3-4 godzin dziennie. Do tego trzeba doliczyć czas przygotowania się do lekcji. Nie wyobrażam sobie, aby można było podjąć się tego zadania będąc “na etacie”.

W grupie raźniej
Trójka rodzeństwa gwarantuje kontakty towarzyskie przez całą dobę :) Dwa razy w tygodniu dziewczynki ćwiczą aikido, gdzie spotykają się ze sporą grupą koleżanek ze swoich klas. Poza tym utrzymujemy bardzo bliskie znajomości z rodzinami ze szkoły waldorfskiej. Często się spotykamy. Organizujemy wspólne weekendowe wycieczki. Nasze córki mają za sobą doświadczenie chodzenia do szkoły i do tego, szkoły którą darzą wielką sympatią. Łączy je głęboka więź zarówno z nauczycielami, jak i koleżankami i kolegami. Decyzję o kontynuowaniu edukacji domowej w tym roku uzależniliśmy więc od wyboru córek. Wybrały szkołę w domu, mimo bardzo pozytywnych doświadczeń z “normalnej” szkoły. Mówią, że ucząc się w domu nie czują się inne niż rówieśnicy. My jako rodzice też nie czujemy się inni. Po prostu dokonujemy innych wyborów. W istocie nie różnimy się od innych. Decyzja o kontynuowaniu domowej szkoły w następnych latach będzie w równym stopniu uzależniona od wyboru córek i naszych priorytetów oraz możliwości.

Marzena Reszke jest mamą Adama i Grzesia, którzy są w wieku gimnazjalnym (12 i 13 lat). To ona pełni rolę nauczyciela, mąż pracuje zawodowo. Chłopcy byli edukowani w domu po 2 i 3 klasie szkoły podstawowej przez 4 lata. W tym roku szkolnym wrócili do szkoły.


Na początku była rozpacz
Od małego uwielbialiśmy rodzinnie uczyć się w każdej chwili, kiedy tylko życie przynosiło temat do poznania czegoś nowego: czy to narodziny siostry, czy zakup samochodu, czy nawet kupno mieszkania na kredyt. Dzieci z roku  na rok stawały się coraz ciekawsze świata i zadziwiały wiedzą. No i stało się. Poszły do szkoły. Po kilku latach dzieciaki wyłączyły się z edukacji codziennej. Musiały być tak skoncentrowane na kaligrafii oraz kolorowaniu kserowanych rysunków z  podszeptem “aby nie za linię”, że wypaliły się całkowicie. Odwiedziny mojej siostry postawiły mnie w stan alarmowy. Po usłyszeniu “Marzena, oni już się niczym nie interesują! Nawet o dinozaurach nie chcą słuchać”. Wpadłam w rozpacz. Czułam już wcześniej, że zmierza to wszystko do niczego. Stanęło przede mną pytanie: i co teraz? Znalazłam w Internecie ludzi od edukacji domowej. Spotkania, rozmowy, maile, karuzela w głowie. No i decyzja na tak, ku edukacji domowej.

Edukacja domowa? Tak! Tylko jak?
Setki nocy spędziłam nad kopaniem w Internecie czy książkach, na rozmowach z mądrzejszymi. Chodziło przede wszystkim o to, aby wyjść z domu i spotkać coś lub kogoś, a następnie zanurzyć  się w tym po pachy, poczuć zapach i smak inności, przetworzyć i wziąć sobie tyle, ile  potrzeba do zbudowania siebie. Formy były proste: wycieczki, podróże, spotkania z pasjonatami, spotkania z różnymi rodzinami z całej Polski i nie tylko. Jednak klucz nie jest w formie a w tym, aby dla dziecka było to zwyczajnie ciekawe. Mniej ważne było nadążanie za programem. Ze szkoły dostawaliśmy co semestr wymagania edukacyjne i co semestr mieliśmy egzaminy. Staraliśmy się uczyć z podręczników w przerwach między wyjazdami i wyjściami. Czuliśmy, że podręczniki to płytka wiedza, poćwiartowana i pozlepiana w jakieś dziwne ciągi. Zaczęłam więc sięgać do pedagogiki Montessori, Freneta, Stainera, Korczaka a nawet antypedagogiki. I w tym momencie brakowało mi paru ludzi, którzy razem ze mną opracowaliby te wszystkie pomysły, jakie się nasuwały i pomogli wdrożyć w życie. Ocen szkolnych nigdy nie używaliśmy. Były rozmowy o tym co warto jeszcze zobaczyć, albo co trzeba wbić do głowy. Były prezentacje wiedzy w kręgu rodziny, znajomych, wtedy pojawiały się pytania widzów, a dziecko miało okazje  wystąpić w roli eksperta. Najpiękniejsze dla mnie było dzielenie się wiedzą dzieci na spotkaniach z innymi rodzinami edukacji domowej. Nikt nie reżyserował żadnych lekcji, a dzieci i tak siadały razem i zaczynało się coś dziać.  Kacper przynosił kufer z substancjami chemicznymi i rozpoczynał eksperymenty zasypywany przez dzieci gradem pytań: co to? dlaczego nie można tego mieszać z tym? pokaż jakiś wybuch, czemu nie mogę tego zjeść itp. Krzysiu za to grając cudownie na pianinie wciągał chłopców w krainę muzyki oraz udowadniał co krok, że tak jak muzykę można tez kochać  ludzi. Stasiu, Adam i Grześ przekrzykiwali się wiedzą na temat historii, wojen i samolotów. Ciągłe spory jaki samolot w jakiej bitwie brał udział, jak ubrany był rzymski wojownik, czy na pewno wtedy i wtedy odbyła się bitwa itp. To wszystko biegając po lesie, wspinając się na drzewa, pływając w mazurskich jeziorach.

„Zaczynały jako stłamszone i zgniecione osobowości…”
Dziecko zamknięte w domu z mamą  nie ma poczucia przynależności do grupy, nie uczy się współpracy, ani wchodzenia w relacje inne niż rodzinne. Jednak dziecko wychodzące w świat zewnętrzny (wycieczki, zbiórki harcerskie, buszowanie na podwórku, spotkania z pasjonatami, podróże, wizyty w różnych rodzinach edukacji domowej) staje się coraz odważniejsze, bardziej otwarte na świat i okazuje się, że innością nie gardzi lecz się nią zachwyca. Obserwowałam wiele dzieci, które wchodziły w świat edukacji domowej, zaczynały jako stłamszone i zgniecione osobowości z niską samooceną, z  głową wciśniętą między ramiona, lekkim garbem, wzrokiem wetkniętym w podłogę. Po roku nauki poza szkołą takie dziecko chodzi z głową do góry, ma juz swoje pasje, którymi dzieli się z innymi dziećmi, pojawia się uśmiech na twarzy, zaufanie do dorosłych i kolegów wokół. Dzieci są przyjazne ludziom, pomysłowe, ciekawe świata, radosne, refleksyjne, zaciekawione innością. Rodzina się jednoczy, na wierzch wychodzą jej wszystkie niedociągnięcia, nic się nie ukryje, jednak wspólny cel szlifuje ją w całość, pogłębia zrozumienie siebie i służenie sobie nawzajem. Taka rodzina promieniuje na innych, zaraża. Moje dzieci nie chciały nigdy iść do szkoły. Znały szkołę, bo chodziły do niej przez 3 lata (Adam), 2 lata (Grześ).

Nie wiemy co to nuda
Dziecko zawsze ma na coś ochotę. A gdyby były trudności to trzeba pogłówkować. Można zacząć od robienia ciasta, a dziecięce pytania same przyjdą. Dlaczego żółtko nie ubija się tak jak białko? Po co jest w jajku żółtko, a po co białko? Co to za fusy pływają w jajku? Dlaczego nie mogę jeść cukru łyżkami? Dlaczego spalone ciasto jest czarne? itp. Najwięcej trudności sprawia pogodzenie realizowania własnego programu nauczania, zapoznając dziecko z wiedzą szeroką i głęboką na dany temat, z wymaganiami szkolnymi, które zawierają tysiące haseł i faktów powierzchownie traktowanych. Jasne, że w szkole zrobi się więcej, lecz na siłę. W edukacji pozaszkolnej wchodzi się głębiej w temat i to z zachwytem. Rodzic-nauczyciel rozwija się z prędkością światłą, bo musi ze wszystkim zdążyć. Pochłania tony książek z różnych dziedzin. Podróżuje i  zwiedza. Poznaje różnych ludzi, same rodziny ED są tak różnorodne, że można by napisać książkę na ten temat.

Czasem coś może zgrzytać
Trudno pogodzić naturalne uczenie się dziecka zgodne z jego zamiłowaniami z uczeniem pod egzaminy. Wiem, że wszyscy chcieliby, żeby była równość szkolna, że skoro dzieci uczące się w szkole mają jakiś program do zrealizowania i rozliczenia się z niego, to dzieci ED muszą mieć taki sam. Według mnie to bzdura. Takie rozumowanie hamuje rozwój dzieci ED. Zamiast spontanicznie i  z zachwytem poznawać świat, dawkując go sobie w wielkich kawałach, trzeba ciągle wracać do poszatkowanych podręczników.
Jest jeszcze niemoc i to chyba nie tylko moje doświadczenie. Na pewnym etapie nie dałam już rady nadążać z wiedzą z pewnych przedmiotów. Sztabu korepetytorów nie mogę zatrudnić z powodu braku finansów. Nie miałam określonego czasu, w którym zakończymy edukacje domową. Czekałam na moment aż będzie coś zgrzytać. Okazało się, że ten moment przyszedł gdy chłopcy mięli pójść do gimnazjum. Wróciliśmy do szkoły. Oby nie zmarnować tego co zyskaliśmy, a zyskać to czego nie mieliśmy.
Nigdy nie udało mi się pogodzić wszystkiego. W życiu wybieramy coś tracąc coś innego. Pytanie czy warto? Warto. Edukacja domowa to dla mnie najcięższy kawałek chleba w życiu jaki jadłam, ale jednocześnie najbogatszy w przeżycia, rozwój własny i całej rodziny.


Dzieci są ważne

Redakcja serwisu dziecisawazne.pl.
Odwiedź stronę autorki/autora: https://dziecisawazne.pl/




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

3 niecodzienne sposoby na owoce w diecie dziecka

Juul na poniedziałek, cz. 85 – Przychodzi taki czas, kiedy rodzic powinien odpuścić

Ile kosztuje wegetarianizm i weganizm?

Przejdz do: