Kategorie
Archiwum

Kilka historii z nibymorałem o macierzyństwie. Brzuch

Dokładnie dziś mija szósty miesiąc, odkąd drąc się w niebogłosy urodziłam syna – Olafa.
Dawno to czy niedawno, trochę już okrzepłam w swoim autorskim macierzyństwie i ze spokojnym sumieniem mogę opowiedzieć kilka historii z nibymorałem. Niby, bo – jak mówią sceptycy – jeden Olek wiosny nie czyni i jeszcze wyrośnie z niego potwór, który nam wszystkim poodgryza głowy. Ale ja tam swoje wiem i tą wiedzą chętnie się podzielę.

Brzuch

Nie będę ściemniać: byłam ciężarówką – ignorantką. Trochę z wrodzonego lenistwa, a trochę z idei i przekonania. Zaraz po tym, jak oprzytomniałam z radosnego amoku, w który zapędził mnie pozytywny wynik odczytany z obsikanego patyczka, zadałam sobie kluczowe pytanie: O co mi tak naprawdę chodzi?

Wrodzona potrzeba analizy swoich odczuć nie pozwoliła zignorować tego pytania. Od lat towarzyszy mi przekonanie, że ludzie zdecydowanie zbyt rzadko odpowiadają sobie na takie pytania. Mniejsza o to. W każdym razie dylematy nie były rozległe, bo są rzeczy, które po prostu się wie. Ja wiedziałam, że nie interesuje mnie głęboka wiedza neonatologiczna, bycie “sexy mamą”, czy surowa higiena niemowląt.
Chodziło mi o przyjemność i szacunek. O to, że cokolwiek tam w dole uczepiło się mojego nabłonka, od tej pory staje się równoprawnym członkiem naszej rodziny. I że jak już się u nas pojawi, od razu poczuje się z tego tytułu zadowolone. Tak, taki był plan.

Strachy na lachy

Odpuściłam sobie internetowe fora, newsy medyczne i szykowanie perfekcyjnej wyprawki, na dobre rzuciłam stałą pracę w mediach i zaległam na kanapie, systematycznie zwiększając swój obwód. Bujałam się z nadmorskich plaż do kinowych sal stolicy, spacerowałam, lepiłam mydelniczki z gliny i urządzałam nowo zasiedlony przez nas (my: ja, blastocysta i ojciec blastocysty) lokal. Korzystałam ze wszystkich przywilejów ciężarnej, wyjadając co lepsze frykasy każdemu napotkanemu znajomemu (strasząc bezczelnie, że jak się nie podzieli to go wilki zjedzą). Sporo też tańczyłam, bo nie ma nic przyjemniejszego i generującego dobry humor, od pląsów przy skocznych dźwiękach.

Ale w przerwach tej sielanki wysłuchiwałam od znajomych i nieznajomych tysiąca niesamowitych historii. O niemowlętach, wyjących bez opamiętania całymi nocami, o kolkach, refluksach i histeriach. O małych terrorystach i manipulatorach, przed którymi trzeba się bronić od pierwszych dni narodzin, o zajadłych walkach o każdą piędź rodzicielskiej ziemi. Nic tylko zamiast malutkich, mięciuchnych śpiochów i kompletu łapek-niedrapek zaopatrzyć się w worki z piaskiem i miotacz ognia. Nie rozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi.

Poród

Rozwścieczył mnie. Odbył się w nieprzyjaznej, opresyjnej atmosferze tępej szpitalnej biurokracji. Rodziliśmy przedwcześnie, dziecko uznano błędnie za mocno spóźnione. Ból, krzyk i łzy zamieniły się w szok, kiedy z pokochanym błyskawiczną i szaleńczą miłością Oleckim zjechałam na brudny i ciasny oddział poporodowy. Ostatkiem sił zapakowałam swoje graty do walizki, młodego do plastikowej torby z IKEA, i podpisując stertę dokumentów, zdezerterowałam z okopów pod wezwaniem „polska matka cierpiąca w ciszy”, udając się tym samym do własnego wyrka z masażem stóp w pakiecie.

Autor/ka: Ania Bieluń

Dziennikarka, fotografka, wraz z siostrą założyła i prowadzi małą rodzinną mydlarnię - Ministerstwo Dobrego Mydła. Mama 5 letniego Olafa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.