fbpx
DZIEŃ DZIECKA - Zrób niespodziankę!
| Mój poród w domu

Mój poród w domu

Rozmowa z Magdaleną Mostek i Magdą Janowicz – kobietami, które urodziły swoje dzieci w domu.
Opowiadają, dlaczego zdecydowały się na poród domowy, jak przebiegał i czy spełnił ich oczekiwania.

Magdalena Mostek, mama Wiktorii (6 miesięcy)


Zdecydowałam się na poród domowy, ponieważ chciałam sama nim kierować. Nie chciałam, żeby zabrano mi dziecko zaraz po urodzeniu i poddawano je niepotrzebnym moim zdaniem zabiegom (mycie, ważenie, mierzenie, zakrapianie oczu, szczepienie). Chciałam również, żeby poród odbył się w przyjaznych dla mnie i dla dziecka warunkach.

Przez całą ciążę praktykowałam jogę, dużo czytałam, uczestniczyłam w zajęciach w szkole rodzenia zorientowanej na poród naturalny. Na początku Tata mojego dziecka bał się ryzyka związanego z porodem w domu, ale udało mi się go przekonać, że nie jest on bardziej niebezpieczny od tego w szpitalu. W naszym środowisku opinie były podzielone. Kilka koleżanek rodziło w domu i miały jak najbardziej pozytywny stosunek do mojej decyzji. Byli też ludzie, którzy straszyli mnie komplikacjami, ale były to osoby, które niewiele wiedziały o porodzie. Oczywiście wiedziałam, że istnieje ryzyko komplikacji, ale podświadomie czułam, że wszystko pójdzie dobrze. Na wszelki wypadek pod domem stał samochód, a do szpitala ode mnie z domu jedzie się 5 minut. Moja położna zna położną pracującą w najbliższym szpitalu, więc miałabym zapewnioną opiekę.

Jak przebiegł sam poród? Była ze mną doświadczona położna i mój partner. Pierwsza faza porodu trwała od północy do około godziny 16 następnego dnia. Gdy zaczęły się skurcze, położyłam się spać, rano się wykąpałam i zadzwoniłam do położnej. Następnie poszliśmy na spacer, a kiedy położna przyjechała, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Skurcze przyśpieszyły, stały się bardzo bolesne, organizm zaczął się oczyszczać i w pewnym momencie poczułam, że chcę wejść do wanny. Nie wiem, ile czasu w niej spędziłam, ale w pewnym momencie położna zbadała mnie (prawie tego nie zauważyłam) i powiedziała, że jest pełne rozwarcie i żebym wyszła z wanny, bo jest w niej za mało miejsca. Opornie, ale dałam się namówić i po kilkunastu skurczach partych moja córeczka była już na świecie. Tato cały czas nam towarzyszył, a w ostatniej fazie obejmowałam go, klęcząc. Położna znajdowała się na podłodze, nie wiem w jakiej pozycji, ale czułam, że idealnie dostosowała się do mnie.

Przed porodem starałam się sobie tego nie wyobrażać i nie planować. Na szczęście wszystko poszło dobrze – nie byłam nacinana, nie pękłam, po dwóch godzinach od porodu mogłam normalnie siedzieć i, co najważniejsze, od kiedy Wiktoria wyszła na świat, mogłam ją tulić do siebie i karmić. Myślę, że przy zdrowej ciąży poród domowy jest piękną alternatywą dla porodu w szpitalu – pozwala matce i dziecku na bliski kontakt od samego początku, co jest moim zdaniem bardzo ważne dla rozwoju maluszka.

Wszystko kosztowało ok. 1600 zł. Natomiast różnica w załatwianiu spraw urzędowych była taka, że zwykle szpital zgłasza dziecko w urzędzie stanu cywilnego, a ja musiałam zrobić to sama. Poza tym wszystko wygląda tak, jak przy porodzie szpitalnym.

Magda Janowicz, mama Igi (14 lat), Flipa (11 lat) i Marty (7 miesięcy)

Chciałam mieć możliwość pełni decydowania o tym, co dzieje się ze mną i moim dzieckiem w trakcie porodu, a w żadnym wrocławskim szpitalu nie było to możliwe w stopniu adekwatnym do moich oczekiwań – głównie dlatego zdecydowałam się na poród domowy. Prawdziwym zagrożeniem przy porodzie szpitalnym wydaje mi się zbędna medykalizacja porodu fizjologicznego, dlatego gwarantem bezpieczeństwa, a zatem i minimalizacji zagrożeń komplikacjami, jest dla mnie środowisko domowe.

Do porodu domowego przygotowywałam się, uczestnicząc w Szkole Świadomego Macierzyństwa fundacji Kobieta i Natura – byłam pod opieką dr Preeti Agrawal, czytałam książkę Ireny Chołuj, odbywałam wizualizacje porodu, dbałam o formę psychofizyczną, konsultowałam się z kobietami, które rodziły w domu. Całą ciążę byłam prowadzona pod kątem porodu domowego. Dwa razy się spotkałam z położną i pozostawałam z nią w kontakcie w okresie przedporodowym.

Mąż był chętny do rodzenia w domu, a pewność zdobył po zajęciach w szkole rodzenia i spotkaniu z położną. Posłuchawszy relacji innych – przede wszystkim mężczyzn – którzy uczestniczyli w porodzie domowym, nabrał przekonania, że to jest dobra dla nas droga. Natomiast przyjaciele byli zaciekawieni, dyskutowaliśmy o wątpliwościach. Z wybranymi znajomymi ustaliliśmy formy pomocy (opieka nad starszymi dziećmi i psem, pomocny sprzęt itp.). Rodzicom nie powiedzieliśmy;) Na wszelki wypadek miałam spakowaną torbę do szpitala i odwiedziłam wybrany szpital, do którego droga zajęłaby nam kilka minut.

Dwoje moich pierwszych dzieci urodziło się w warunkach szpitalnych. Pierwsza córka urodziła się w szpitalu mocno okrzepłym w zasadach z lat 80. Wprawdzie były to czasy fundacji Rodzić po Ludzku, ale tamtejsza twierdza broniła się zaciekle, tzn. mieli worki sako, nowoczesne łóżko porodowe itd., ale zabrakło tego co najważniejsze – mentalności, w której kobieta ma coś do powiedzenia w kwestii swego ciała i porodu.
Potem był syn. Po kilku godzinach męczarni, zakazu zmiany pozycji, niepotrzebnego przyśpieszania farmakologicznego, dziecko praktycznie wypchnął lekarz. Byłam zmasakrowana, popękana w kierunku pęcherza, z cewnikiem całą dobę i z poczuciem totalnej porażki. Syn wyszedł wyczerpany, na skraju wytrzymałości, krzyczał rozpaczliwie, był na pograniczu wskaźników normy urodzeniowej.

Poród domowy przebiegał zupełnie inaczej. Kiedy pojawiły się skurcze, byłam aktywna fizycznie – wykonywałam różne czynności domowe. Cały czas zapisywałam rozwój akcji porodowej i byłam w kontakcie z położną. Kiedy przyjechała i zbadała mnie, miałam 8 cm rozwarcia. Wtedy zaproponowała przyjęcie pozycji kucznej, która miała przynieść mi ulgę w bólu. Mąż siadł na toalecie, podtrzymywał mnie pod pachami, a ja czekałam na dobry moment, próbując pamiętać o oddychaniu pomiędzy skurczami. Kiedy zaczęłam przeć, urodziła się nasza córeczka. Przytuliłam ją od razu do siebie. Pępowina jeszcze tętniła, kiedy córka zaczęła ssać pierś. Było zupełnie inaczej niż w książkach i na filmach o porodach naturalnych, domowych. To był mój poród, rodziłam z pomocą męża oraz asystą położnej i to moja natura decydowała, co jest potrzebne mi i mojemu dziecku. Czy jestem zadowolona? Absolutnie tak. Nasze priorytety zostały zachowane, a w nagrodę mamy 4 kilogramy i 59 cm szczęścia.

Uważam, że środowisko domowe jest najlepszym miejscem do urodzenia dziecka we własnym tempie i rytmie, bez ulegania zasadom i normom instytucji szpitalnej. Jedyne, czego żałuję, to że nie miałam takich możliwości przy poprzednich dwóch porodach. No i poza tym przydałaby się refundacja kosztów, ponieważ wydatek jest spory.


Alicja Dyrda

Jest mamą trójki dzieci. Kocha to, co naturalne. Stworzyła serwis dziecisawazne.pl i jest redaktor naczelną Wydawnictwa Natuli. Mieszka i podróżuje z rodziną po Azji.
Odwiedź stronę autorki/autora: http://wydawnictwo.natuli.pl/


Przeczytaj więcej:

natuli.pl
Uważność – najlepsze książki dla dzieci i dorosłych

OKULARY
Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci

edukacja alternatywna
Nie dajmy się zadaniom domowym! Czego dzieci naprawdę potrzebują po wyjściu ze szkoły?

edukacja alternatywna
Dlaczego tak trudno zmienić polską szkołę? Fragment książki “Nowa szkoła”

edukacja alternatywna
“Nowa szkoła” to książka dla gotowych na zmianę polskiej szkoły

edukacja alternatywna
Jak uczy się mózg i jak szkoła może wspierać naturalne procesy uczenia się?

rodzina
“Jeśli nie działasz razem z dzieckiem, ono nie będzie działać z tobą”, czyli na czym dokładnie polega współdziałanie?

wychowanie
5 fundamentów dobrej relacji z dzieckiem

odżywianie naturalne
10 wyjątkowo bogatych superfoods prosto z… Polski!

edukacja alternatywna
4 warunki efektywnej nauki języka w szkole

rodzina
Rodzice potrzebują kontaktu z naturą i… z innymi dorosłymi

wychowanie
5 rzeczy, których nie można zmienić u dzieci