Bestseller "Rozwój seksualny dzieci" - dziś 30% RATATU
| Mój poród w domu

Mój poród w domu

Rozmowa z Magdaleną Mostek i Magdą Janowicz – kobietami, które urodziły swoje dzieci w domu.
Opowiadają, dlaczego zdecydowały się na poród domowy, jak przebiegał i czy spełnił ich oczekiwania.

Magdalena Mostek, mama Wiktorii (6 miesięcy)


Zdecydowałam się na poród domowy, ponieważ chciałam sama nim kierować. Nie chciałam, żeby zabrano mi dziecko zaraz po urodzeniu i poddawano je niepotrzebnym moim zdaniem zabiegom (mycie, ważenie, mierzenie, zakrapianie oczu, szczepienie). Chciałam również, żeby poród odbył się w przyjaznych dla mnie i dla dziecka warunkach.

Przez całą ciążę praktykowałam jogę, dużo czytałam, uczestniczyłam w zajęciach w szkole rodzenia zorientowanej na poród naturalny. Na początku Tata mojego dziecka bał się ryzyka związanego z porodem w domu, ale udało mi się go przekonać, że nie jest on bardziej niebezpieczny od tego w szpitalu. W naszym środowisku opinie były podzielone. Kilka koleżanek rodziło w domu i miały jak najbardziej pozytywny stosunek do mojej decyzji. Byli też ludzie, którzy straszyli mnie komplikacjami, ale były to osoby, które niewiele wiedziały o porodzie. Oczywiście wiedziałam, że istnieje ryzyko komplikacji, ale podświadomie czułam, że wszystko pójdzie dobrze. Na wszelki wypadek pod domem stał samochód, a do szpitala ode mnie z domu jedzie się 5 minut. Moja położna zna położną pracującą w najbliższym szpitalu, więc miałabym zapewnioną opiekę.

Jak przebiegł sam poród? Była ze mną doświadczona położna i mój partner. Pierwsza faza porodu trwała od północy do około godziny 16 następnego dnia. Gdy zaczęły się skurcze, położyłam się spać, rano się wykąpałam i zadzwoniłam do położnej. Następnie poszliśmy na spacer, a kiedy położna przyjechała, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Skurcze przyśpieszyły, stały się bardzo bolesne, organizm zaczął się oczyszczać i w pewnym momencie poczułam, że chcę wejść do wanny. Nie wiem, ile czasu w niej spędziłam, ale w pewnym momencie położna zbadała mnie (prawie tego nie zauważyłam) i powiedziała, że jest pełne rozwarcie i żebym wyszła z wanny, bo jest w niej za mało miejsca. Opornie, ale dałam się namówić i po kilkunastu skurczach partych moja córeczka była już na świecie. Tato cały czas nam towarzyszył, a w ostatniej fazie obejmowałam go, klęcząc. Położna znajdowała się na podłodze, nie wiem w jakiej pozycji, ale czułam, że idealnie dostosowała się do mnie.

Przed porodem starałam się sobie tego nie wyobrażać i nie planować. Na szczęście wszystko poszło dobrze – nie byłam nacinana, nie pękłam, po dwóch godzinach od porodu mogłam normalnie siedzieć i, co najważniejsze, od kiedy Wiktoria wyszła na świat, mogłam ją tulić do siebie i karmić. Myślę, że przy zdrowej ciąży poród domowy jest piękną alternatywą dla porodu w szpitalu – pozwala matce i dziecku na bliski kontakt od samego początku, co jest moim zdaniem bardzo ważne dla rozwoju maluszka.

Wszystko kosztowało ok. 1600 zł. Natomiast różnica w załatwianiu spraw urzędowych była taka, że zwykle szpital zgłasza dziecko w urzędzie stanu cywilnego, a ja musiałam zrobić to sama. Poza tym wszystko wygląda tak, jak przy porodzie szpitalnym.

Magda Janowicz, mama Igi (14 lat), Flipa (11 lat) i Marty (7 miesięcy)

Chciałam mieć możliwość pełni decydowania o tym, co dzieje się ze mną i moim dzieckiem w trakcie porodu, a w żadnym wrocławskim szpitalu nie było to możliwe w stopniu adekwatnym do moich oczekiwań – głównie dlatego zdecydowałam się na poród domowy. Prawdziwym zagrożeniem przy porodzie szpitalnym wydaje mi się zbędna medykalizacja porodu fizjologicznego, dlatego gwarantem bezpieczeństwa, a zatem i minimalizacji zagrożeń komplikacjami, jest dla mnie środowisko domowe.

Do porodu domowego przygotowywałam się, uczestnicząc w Szkole Świadomego Macierzyństwa fundacji Kobieta i Natura – byłam pod opieką dr Preeti Agrawal, czytałam książkę Ireny Chołuj, odbywałam wizualizacje porodu, dbałam o formę psychofizyczną, konsultowałam się z kobietami, które rodziły w domu. Całą ciążę byłam prowadzona pod kątem porodu domowego. Dwa razy się spotkałam z położną i pozostawałam z nią w kontakcie w okresie przedporodowym.

Mąż był chętny do rodzenia w domu, a pewność zdobył po zajęciach w szkole rodzenia i spotkaniu z położną. Posłuchawszy relacji innych – przede wszystkim mężczyzn – którzy uczestniczyli w porodzie domowym, nabrał przekonania, że to jest dobra dla nas droga. Natomiast przyjaciele byli zaciekawieni, dyskutowaliśmy o wątpliwościach. Z wybranymi znajomymi ustaliliśmy formy pomocy (opieka nad starszymi dziećmi i psem, pomocny sprzęt itp.). Rodzicom nie powiedzieliśmy;) Na wszelki wypadek miałam spakowaną torbę do szpitala i odwiedziłam wybrany szpital, do którego droga zajęłaby nam kilka minut.

Dwoje moich pierwszych dzieci urodziło się w warunkach szpitalnych. Pierwsza córka urodziła się w szpitalu mocno okrzepłym w zasadach z lat 80. Wprawdzie były to czasy fundacji Rodzić po Ludzku, ale tamtejsza twierdza broniła się zaciekle, tzn. mieli worki sako, nowoczesne łóżko porodowe itd., ale zabrakło tego co najważniejsze – mentalności, w której kobieta ma coś do powiedzenia w kwestii swego ciała i porodu.
Potem był syn. Po kilku godzinach męczarni, zakazu zmiany pozycji, niepotrzebnego przyśpieszania farmakologicznego, dziecko praktycznie wypchnął lekarz. Byłam zmasakrowana, popękana w kierunku pęcherza, z cewnikiem całą dobę i z poczuciem totalnej porażki. Syn wyszedł wyczerpany, na skraju wytrzymałości, krzyczał rozpaczliwie, był na pograniczu wskaźników normy urodzeniowej.

Poród domowy przebiegał zupełnie inaczej. Kiedy pojawiły się skurcze, byłam aktywna fizycznie – wykonywałam różne czynności domowe. Cały czas zapisywałam rozwój akcji porodowej i byłam w kontakcie z położną. Kiedy przyjechała i zbadała mnie, miałam 8 cm rozwarcia. Wtedy zaproponowała przyjęcie pozycji kucznej, która miała przynieść mi ulgę w bólu. Mąż siadł na toalecie, podtrzymywał mnie pod pachami, a ja czekałam na dobry moment, próbując pamiętać o oddychaniu pomiędzy skurczami. Kiedy zaczęłam przeć, urodziła się nasza córeczka. Przytuliłam ją od razu do siebie. Pępowina jeszcze tętniła, kiedy córka zaczęła ssać pierś. Było zupełnie inaczej niż w książkach i na filmach o porodach naturalnych, domowych. To był mój poród, rodziłam z pomocą męża oraz asystą położnej i to moja natura decydowała, co jest potrzebne mi i mojemu dziecku. Czy jestem zadowolona? Absolutnie tak. Nasze priorytety zostały zachowane, a w nagrodę mamy 4 kilogramy i 59 cm szczęścia.

Uważam, że środowisko domowe jest najlepszym miejscem do urodzenia dziecka we własnym tempie i rytmie, bez ulegania zasadom i normom instytucji szpitalnej. Jedyne, czego żałuję, to że nie miałam takich możliwości przy poprzednich dwóch porodach. No i poza tym przydałaby się refundacja kosztów, ponieważ wydatek jest spory.


Alicja Dyrda

Jest mamą trójki dzieci. Kocha to, co naturalne. Stworzyła serwis dziecisawazne.pl i jest redaktor naczelną Wydawnictwa Natuli. Mieszka i podróżuje z rodziną po Azji.
Odwiedź stronę autorki/autora: http://wydawnictwo.natuli.pl/


Czytaj na dziecisawazne.pl

zdrowie
13 najczęstszych błędów w żywieniu dzieci (i jak ich unikać)

wychowanie
Dlaczego dzieci potrzebują edukacji seksualnej? (według WHO)

wychowanie
Zajęcia dodatkowe – realne potrzeby a wyścig szczurów? Cz. 2

POLECAMY
Camp Mazury! – wakacje bez tabletu w najbardziej zielonym rejonie Polski

wychowanie
Zajęcia dodatkowe – realne potrzeby a wyścig szczurów? Cz. 1

edukacja alternatywna
Jak skutecznie nauczyć się języka obcego? Jedynie we współpracy ze swoim mózgiem!

wychowanie
Dlaczego dzieci dotykają miejsc intymnych i pokazują je innym?

wychowanie
Co to znaczy akceptować dziecko?

POLECAMY
Dlaczego warto chodzić z dzieckiem na basen?

rodzina
Matko! Bądź dla siebie dobra