| Urodziłam swoje dzieci w domu

Urodziłam swoje dzieci w domu

Rozmowa z Katarzyną Karzel – psychologiem, położną, mamą czwórki dzieci (Józka -8l., Ludka -6l., Gucia -4l. i Irenki -2l.) urodzonych w domu

Dzieci są ważne: Dlaczego zdecydowała się Pani na poród w domu?

Katarzyna Karzel: Decyzja o porodzie domowym wynikała z wielu czynników. Warto zacząć od tego, że należę do jedynego w mojej rodzinie pokolenia, które przyszło na świat w szpitalu. Moi rodzice rodzili się jeszcze w domach i babcie nigdy nie opowiadały strasznych historii o porodach. Co innego moja mama, która rodząc mnie doświadczyła wszystkich wątpliwych przyjemności, z jakimi wiązał się poród w Polsce w latach siedemdziesiątych. Szczególnie trudne dla mnie, jako dziecka, było zmierzenie się z informacją, że gdy się w końcu urodziłam (po wielogodzinnym unieruchomieniu mojej mamy na łóżku porodowym), to na szczęście mnie zabrano, bo mama wcale nie chciała mnie oglądać i przez trzy dni, gdy leżałam pod kroplówką (urodziłam się w kiepskim stanie) moja mama cieszyła się, że ma spokój. Ta opowieść stanowiła dla mnie podstawę wyobrażeń o porodzie szpitalnym. Wyobrażeń dość dramatycznych – jakże taki poród musi być straszny, skoro zniechęca młodą matkę do kontaktu z własnym dzieckiem?

Kolejnym ważnym etapem dla rozwoju mojego podejścia do kwestii porodu była akcja „Rodzić po ludzku” w 1994 r. Byłam już wtedy na tyle dorosła, by problem porodów był dla mnie interesujący.  Czytanie listów przesyłanych przez kobiety, w których opisywały swoje trudne doświadczenia porodowe, było dla mnie bardzo poruszające. Na pewno te opowieści miały wpływ na moją postawę wobec porodu w szpitalu. Innym, bez wątpienia istotnym wydarzeniem, była operacja ortopedyczna jaką przeszłam będąc na studiach. Mogłam się przy tej okazji przekonać, że w szpitalu z pacjentem mało kto się liczy i trzeba się tam podporządkować panującym regułom. Dla mojej ostatecznej decyzji niewątpliwie ważne było też to, że niedługo przed poczęciem mojego najstarszego dziecka rodziła moja dość bliska koleżanka i rozważała poród w domu. To od niej po raz pierwszy usłyszałam, że jest taka możliwość.

Gdy sama doczekałam się upragnionych dwóch kresek na teście ciążowym, długo próbowałam nie myśleć o porodzie traktując ten temat na zasadzie – jakoś to będzie. Myśl o tym, by rodzić w domu pojawiła się w końcu w mojej głowie, ale ginekolog, która prowadziła tamtą moją ciążę bardzo mnie zniechęcała. Twierdziła, że nie ma nic przeciw porodom w domu ale nie pierwszego dziecka, bo w takiej sytuacji, istnieje jednak większa niepewność. Przekonywała mnie również, że teraz nasze szpitale położnicze oferują zupełnie inny poziom opieki, że trzeba się tam przejść, zobaczyć i przekonać się, że to nie takie straszne itp. Prawie mnie przekonała. Znajoma położna zaprosiła nas pewnego wieczora na porodówkę w Warszawskim szpitalu św. Zofii. Miałam się przekonać o sielance, jaka nastała w polskich szpitalach położniczych. Niestety, choć to bardzo przyzwoity szpital jak na polskie warunki, wyszłam stamtąd przekonana, że nie nadaję się do porodu w szpitalu. Zrozumiałam, że żeby spokojnie urodzić w szpitalu trzeba poddać się całej machinie, oddać się w ręce ludzi, których się nie zna. O tym, że nie chcę się w te ręce oddawać przekonało mnie przede wszystkim to, że w szpitalu ważniejsza niż ja i moje dziecko jest PROCEDURA. To spłynęło na mnie jak olśnienie – nagle zrozumiałam, że potrzebuję tego, by mój poród należał do mnie a nie do szpitala.  Dotarło do mnie, że to będzie możliwe tylko w domu.

Czasu nie miałam wiele, bo byłam już w siódmym miesiącu ciąży. Gdzieś w internecie znalazłam telefon do Ireny Chołuj i informację o jej książce „Poród domowy”. Książka okazała się niedostępna w żadnej księgarni czy bibliotece. Udało mi się ją znaleźć w czytelni i na miejscu ją przeczytałam. Rozpłakałam się już przy słowie wstępnym napisanym przez prof. Fijałkowskiego. Po tej lekturze nabrałam głębokiego przekonania, że Irena jest właśnie tą osobą, z którą chcę rodzić. Poczułam niesłychaną jedność z tą położną, która pisze o porodach w taki sposób, w jaki ja chciałabym o nich słuchać, która traktuje rodzące z jej wsparciem kobiety w sposób, w jaki ja chciałabym być traktowana, która odnosi się do nowonarodzonych dzieci tak, jak chciałabym, żaby odnoszono się do mojego dziecka. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam do Ireny. I zdarzył się cud – w swoim napiętym kalendarzu miała wolne miejsce w okolicach mojego spodziewanego terminu porodu. Umówiłyśmy się. Pozytywnie przeszłam kwalifikacje. A gdy nadszedł właściwy czas, przy wsparciu Ireny i mojego męża urodziłam w domu mojego pierworodnego syna.
Gdy na świecie miały się pojawiać moje kolejne dzieci, decyzja o miejscu, w którym chciałabym rodzić była dla mnie oczywista, a Irena nigdy nie odmówiła nam swojego wsparcia.

DSW: Jaką miała Pani opiekę podczas porodów?

KK: Jak już wspomniałam, we wszystkich porodach wspierała mnie Irena Chołuj. W polskim środowisku ludzi związanych z porodami domowymi i naturalnymi, jest to kobieta-pomnik. Przyjmuje porody domowe od 1998 r. Przyjęła ponad 10 000 porodów szpitalnych i ponad 500 domowych.

We współpracy z Ireną ważne dla mnie jest to, że otacza ona opieką „swoje” ciężarne i rodzące nie tylko na czas porodu. Od momentu, gdy po raz pierwszy umówiłyśmy się na wspólny poród wiedziałam, że w każdej chwili mogę do niej zadzwonić, by uzyskać fachowe wsparcie i pocieszenie. W końcówce pierwszej ciąży kilkakrotnie z tego korzystałam i taka możliwość była dla mnie bardzo ważna. Po porodzie też nie zniknęła natychmiast z naszego życia, ale przyjechała na wizytę kontrolną w trzeciej dobie, by służyć radą i pomocą a także pobrać od dziecka krew na test przesiewowy w kierunku chorób metabolicznych. Także później pozostawała w kontakcie i służyła radą i pomocą, gdy było to potrzebne.

Co do samego porodu, to obecność przy nim Ireny sprawiała, że nabierałam spokoju i przeświadczenia, że o nic nie muszę się martwić i mogę skoncentrować się na rodzeniu, bo o wszystkie moje potrzeby zadba moja położna. Jej obecność przy porodzie jest zjawiskiem przedziwnym – z jednej strony, jest bardzo istotna, bo pozwala na pełne zaufanie jej kompetencjom a z drugiej, właściwie nieodczuwalna, bo to rodząca decyduje o tym, co w danym momencie chce robić i w jaki sposób, a położna jedynie podąża za tymi potrzebami i ułatwia ich realizację. Jest również istotnym wsparciem dla osoby towarzyszącej w porodzie – wnosi spokój i profesjonalizm, ale także ogromną wiedzę fachową, z której czerpie, ale nią nie przytłacza.

DSW: Jak się Pani przygotowywała do porodu domowego?

KK: Mentalnie czułam się przygotowana do pierwszego porodu od momentu mojego nagłego „oświecenia”, że chcę rodzić w domu. Nie miałam żadnych wątpliwości, że to dla mnie najlepsze miejsce i jeśli tylko uda mi się rodzić w domu, to wszystko będzie przebiegało jak należy. Fizycznie – nie przygotowywałam mojego ciała w żaden szczególny sposób – dbałam o siebie, o właściwą dietę, ruch na świeżym powietrzu, poddawałam się wszystkim zalecanym w ciąży badaniom – ale nie robiłam niczego szczególnego, co miałoby mnie przygotować właśnie do porodu w domu. Do ostatniego dnia pracowałam. Chciałam poczytać więcej o porodzie naturalnym, ale wtedy nie bardzo potrafiłam dotrzeć do literatury, która by mnie interesowała.

Przed samym porodem kupiłam materiały, które poleciła kupić położna – podkłady medyczne, jałowe gaziki, wkładki higieniczne itp. oraz spakowałam torbę do szpitala na wypadek, gdyby w trakcie porodu niezbędny okazał się transfer. W ramach przygotowań spotkaliśmy się, ja i mój mąż, z naszą położną (zebrała ona wywiad medyczny, porozmawiała o naszej motywacji do porodu domowego oraz zmierzyła moją miednicę), a także kilkakrotnie do niej dzwoniłam, bo synek zdecydował się rodzić dopiero 10 dni po wyliczonym terminie, więc końcówka ciąży, za sprawą konsultacji lekarskich, należała do stresujących.

Zawsze irytowały mnie opinie, że do fizjologicznego porodu (szczególnie, gdy ma się odbyć w domu) kobieta powinna się w jakiś szczególny sposób przygotować – pić ziółka, ćwiczyć krocze, medytować, wizualizować, jeść za dwoje, czy trenować jak sportowiec przed maratonem. Naturalny poród to fizjologia, więc zdrowa, zrównoważona psychicznie i dbająca o siebie kobieta w naturalny sposób jest do niego gotowa.

Z każdym kolejnym dzieckiem czytałam o porodach fizjologicznych (a w szczególności domowych) coraz więcej.  Coraz więcej wiedziałam i miałam coraz większe doświadczenie, bo każdy poród niósł ze sobą coś nowego. W ramach przygotowania do drugiego porodu czuliśmy potrzebę by zorganizować opiekę dla naszego pierworodnego, którego obecności w domu w czasie porodu nie mogłam sobie wyobrazić. Trzeci syn rodził się rankiem, gdy dwaj jego bracia smacznie spali, a najmłodsza córeczka skorzystała z krótkiej chwili, gdy jej bracia poszli przebierać się w piżamy i szykować do snu. Więc w kolejnych porodach problem opieki nad starszymi dziećmi rozwiązał się sam.
Tematyka porodowa wciągnęła mnie tak bardzo, że po urodzeniu trzeciego syna zdecydowałam się rozpocząć studia położnicze.  Do porodu córki (która przyszła na świat, gdy byłam na II roku studiów) czułam się więc przygotowana profesjonalnie.


DSW: Jak przebiegały porody?

KK: Każdy inaczej. Mój pierworodny zaczął się rodzić ok. 1.00 w nocy, w 42 tygodniu ciąży. Skurcze od początku były na tyle dokuczliwe, że nie pozwalały spać. Do rana wylegiwałam się więc w ciepłej wodzie, liczyłam skurcze i czekałam na przyzwoitą porę by zadzwonić do Ireny. Około 5 odważyłam się na telefon. Zadzwoniłam, zdałam relację, na co Irena zaproponowała, że ona pośpi sobie jeszcze dwie godziny a potem do mnie przyjedzie. Muszę przyznać, że wpłynęło to na mnie na tyle uspokajająco (skoro ona nie widzi powodu do pośpiechu, to znaczy, że nie ma się jeszcze czym denerwować), że chciałam jeszcze pojechać na dwie godzinki do pracy, gdzie prowadziłam badania. Jednak paskudna pogoda (był wyjątkowo mroźny grudzień) zniechęciła mnie do tego przedsięwzięcia i postanowiłam wysłać tam mojego męża. Około godz. 10.00 przyjechali prawie w tym samym momencie mój mąż i Irena. Podczas badania okazało się, że jest już 5 cm rozwarcia. Ta informacja bardzo mnie podniosła na duchu. Skurcze były, owszem bolesne, ale dawały się znieść. O 13.32 urodził się nasz synek.  Konieczne okazało się nacięcie, bo maluchowi, gdy był już „na wylocie” nagle spadło tętno. Gdy był już po tej stronie brzucha, okazało się, że winna temu była najprawdopodobniej krótka pępowina. Dopiero po jej przecięciu (którego dokonał mąż, gdy przestała tętnić) mogłam przytulić synka i przystawić go do piersi. Łożysko urodziło się spontanicznie i w całości. Położna obejrzała je bardzo dokładnie i uznała, że niczego mu nie brakuje. Irena została z nami jeszcze do wieczora.  W tym czasie zaopatrzyła moje nacięcie, zważyła i zmierzyła naszego nowonarodzonego oraz ubrała go zgodnie z moimi sugestiami, popilnowała pod drzwiami łazienki, gdy brałam prysznic, wraz z moim mężem uprzątnęła poporodowy bałagan (znacznie mniejszy, niż mogłoby się to wydawać komuś, kto widywał tylko porody szpitalne), zjadła z nami obiad i po prostu pobyła z nami. Odbyła też ważną rozmowę telefoniczną z moją teściową (lekarką), dla której informacja o tym, że jej wnuk właśnie urodził się w domu okazała się szokiem na tyle dużym, że nie mogło to do niej dotrzeć.  Dopiero bardzo profesjonalna rozmowa z Ireną przekonała teściową o tym, że byliśmy w dobrych rękach a decyzja nasza nie była nieprzemyślanym wybrykiem.

Drugi syn zaczął się rodzić po 39 tygodniach ciąży. Skurcze rozpoczęły się wieczorem. O 22.00 poinformowałam Irenę, że coś się dzieje. Obiecała, że będzie czujnie spać i mi też kazała się położyć. Niestety, w związku z tym, że bardzo zależało mi na tym by już urodzić, postanowiłam się nie kłaść tylko „pilnować” tych skurczy i robić co się da, by je nasilić. Przez całą noc skurcze były co około 3 minuty, ale krótkie i niezbyt silne. Rano zadzwoniłam po Irenę. Przyjechała ok. 7.00.  Byłam pewna, że po całej nocy skurczów zaawansowanie porodu będzie już bardzo duże. Tymczasem czekało mnie bolesne rozczarowanie – dowiedziałam się, że w zasadzie to może wcale nie jest jeszcze poród, tylko skurcze przepowiadające, bo szyjka zupełnie na nie nie reaguje. Dostałam zalecenie zdrzemnięcia się, jednak nie byłam w stanie zasnąć.  Mąż odwiózł starszego synka do umówionej wcześniej koleżanki. Coraz większe zmęczenie bardzo dawało mi się we znaki i skurcze odczuwałam jako nieznośne. Sytuacja taka trwała do około 14.00, a postępu porodu nie było. Wtedy nasza położna stwierdziła, że zostawi nas na 2 godziny samych i mamy się zdecydować – albo rodzimy albo jedziemy do szpitala, bo ten stan trwa już zbyt długo. Chyba tego pozostania na trochę w samotności było mi potrzeba. Niewiele z tego czasu pamiętam, bo pomiędzy skurczami odpływałam w jakiś dziwny niebyt. Dość, że nagle poczułam, że Irena jest mi natychmiast potrzebna i nakazałam mężowi, by dzwonił po nią, bo zaraz albo urodzę albo umrę. Na szczęście nasza położna, wiedziona intuicją, była już pod naszymi drzwiami.  Gdy tylko zdążyła wejść, rozpoczął się drugi okres porodu i po kilu skurczach partych, o godzinie 16.12 nasz drugi syn był na świecie.  Byłam tak wyczerpana, że cały świat docierał do mnie z pewnym opóźnieniem.  Mam poczucie, że sugestie położnej, co do parcia wykonywałam kompletnie na opak, bo nim do mnie dotarło wypowiedziane przez nią: „poprzyj lekko”, to ona już prosiła by nie przeć.  Do tej pory mam żal do siebie, że najsilniej odczuwaną emocją po tych narodzinach nie była radość z maleństwa, ale poczucie ulgi, że mam to już za sobą. Ten poród był dla mnie najtrudniejszy, choć drugi synek jest najmniejszym z moich dzieci. Wiele się jednak dzięki temu doświadczeniu nauczyłam i nabrałam większej pokory wobec natury.  Położna i tym razem została z nami do wieczora pomagając w wszystkim, w czym było trzeba.

Trzeci syn to dziecko rekordowe. Urodził się po ciąży trwającej prawie 43 tygodnie. Pod koniec już każdego dnia byłam w szpitalu na kontrolnym badaniu KTG. Na ostatnie badanie pojechałam wieczorem już ze spakowaną torbą, bo byłam umówiona na przyjęcie do szpitala, gdyby poród się nie zaczął. Na szczęście, badająca mnie pani doktor orzekła, że poród właśnie się zaczął, więc ku jej ogromnemu przerażeniu wykonałam odwrót, zabrałam moją torbę i pojechałam do domu informując po drodze Irenę, że właśnie się zaczyna. Położna przyjechała około godz. 22.00.  Zbadała mnie i stwierdziła, że pewnie urodzę ale nie koniecznie za szybko, bo na razie, to nic poza skurczami się nie dzieje.  Bardzo mnie tym zmartwiła. Po pierwsze, to był już nasz drugi „falstart” w tej ciąży (kilkanaście dni wcześniej ściągnęłam Irenę, która ma do nas około 50 km, bo byłam przekonana, że już rodzę), po drugie, bardzo się bałam powtórki z tego co działo się w poprzednim porodzie a po trzecie, znów zaczęłam się martwić, że tym razem jednak nie uniknę szpitala. Irena zdecydowała, że położy się spać, nasi starsi synowie spali, więc postanowiliśmy z mężem wybrać się na stymulujący skurcze nocny spacer po Warszawie.  Wróciliśmy grubo po północy. Skurcze zamiast się nasilić wyciszyły się. Zrezygnowana poszłam spać. I to okazało się strzałem w 10. Po godzinie 5.00 obudził mnie skurcz o takiej mocy, że wprost zrzucił mnie z łóżka. Po nocnym odpoczynku czułam się pełna sił i zapału do rodzenia. Poszłam poleżeć w ciepłej wodzie, bo kolejne pojawiające się skurcze były równie dotkliwe, co ten pierwszy. Mąż tymczasem obudził naszą położną. Wszystko działo się błyskawicznie i już o 6.17 nasz rekordowy syn o wadze prawie 4400g był na świecie.  Starsi synowie spali tymczasem błogo. Obudził ich w jakiś czas później tatuś z nowym braciszkiem w ramionach.

A córka zrobiła nam niespodziankę i postanowiła nie czekać na położną. Urodziła się 5 dni po wyliczonym terminie. Miałam skurcze od rana, ale były niebolesne i nieregularne. Gdy mąż o 17.00 przyjechał z dziećmi do domu, wszystko wskazywało na to, że poród się rozwinie. Jednak nauczeni doświadczeniem dwóch „falstartów” przy poprzednim porodzie nie chcieliśmy niepotrzebnie wzywać położnej. Około 17.50 poczułam pierwszy skurcz, co do którego raczej nie miałam wątpliwości, że jest porodowy a nie przepowiadający.  Mąż, bardziej niż ja dyrektywny, wydał dyspozycje – kazał mi dzwonić natychmiast do Ireny, a chłopcom udać się do ich pokoiku i przebierać w piżamki. Zadzwoniłam do położnej, choć nie miałam przekonania, że poród już się zaczął. Irena stwierdziła, że niezwłocznie wsiada do samochodu i jedzie do nas, bo to w końcu czwarty poród, więc może być szybko. Miała rację – nasza córeczka była na świecie o 18.08 nie dając położnej cienia szans na dotarcie do nas przed jej narodzinami. Łożysko poczekało i urodziło się dopiero w obecności siły fachowej. Mimo, że dla kogoś z zewnątrz może brzmieć to dramatycznie, był to wspaniały, spokojny poród.  Przepełnił mnie dumą i poczuciem kompetencji, bo doskonale sama sobie poradziłam – tak się przypadkowo złożyło, że na sam moment narodzin mąż wyszedł na chwilę z pokoju by odebrać dzwoniący domofon. Nigdy nie sprawdzaliśmy wcześniej, jakiej płci ma być nasze dziecko.  Po trzech kolejnych chłopakach narodziny córki były dla mnie pewnym zaskoczeniem.

DSW: Jaki był stosunek Taty i Waszego środowiska do porodu domowego?

KK: Mój mąż, choć początkowo traktował pomysł rodzenia w domu z pewnym zaniepokojeniem, pozostawił decyzję o wyborze optymalnego miejsca porodu mnie. Uznał słusznie, że w tym momencie to mój komfort, a nie jego, będzie najważniejszy. I bardzo jestem mu wdzięczna za to, że nie starał się zatruwać mnie swoimi lękami. Po pierwszym naszym porodzie, który oboje przeżyliśmy bardzo głęboko, nie miał cienia wątpliwości, gdzie i z kim powinny przychodzić na świat nasze kolejne dzieci.

Ze środowiskiem nie było już tak łatwo. Miałam kilka bardzo zaufanych i otwartych koleżanek, które wiedziały o moim pomyśle i traktowały to raczej z podziwem i zaciekawieniem, niż z dezaprobatą. Jednak większości naszych znajomych i bliskich nie wtajemniczaliśmy w nasze plany.
Moja ginekolog prowadząca ciążę okazała się nie być tak całkiem na „nie” i kiedy w końcówce ciąży oświadczyłam definitywnie, że zdecydowałam się jednak rodzić w domu, nie straszyła mnie, nie przekonywała do zmiany decyzji, tylko podała swój prywatny numer telefonu i poprosiła o informację, gdy dziecko będzie już szczęśliwie na świecie.
Generalnie, nie mieliśmy problemów z lekarzami – nawet pediatra, do której trafiliśmy z naszym synem po porodzie odnosiła się do naszej decyzji raczej z życzliwym zainteresowaniem niż z dezaprobatą. Naszych rodziców, na wszelki wypadek, postanowiliśmy nie uświadamiać. I okazało się, że była to słuszna decyzja.  Moja teściowa sama przyznała po naszym pierwszym porodzie, że gdyby wiedziała, że planujemy rodzić w domu, to choćby miała zamieszkać pod naszymi drzwiami, doprowadziłaby do tego, byśmy na czas porodu znaleźli się w szpitalu.  Na szczęście nie wiedziała i dzięki temu wszyscy byliśmy zdrowsi. Kolejne porody domowe były już traktowane przez nasze otoczenie jak coś, czego należało się po nas spodziewać.

DSW: Czy nie obawiała się Pani komplikacji podczas porodu i konieczności przeprowadzenia hospitalizacji?

KK: Oczywiście brałam pod uwagę, że każdy z moich porodów może się – mimo moich najszczerszych chęci urodzenia w domu – zakończyć w szpitalu. Dlatego w każdym przypadku byliśmy przygotowani do transferu, gdyby okazał się konieczny – mieliśmy wybrany szpital i spakowaną torbę. Nie towarzyszyły mi jednak żadne lęki. Czułam ufność w mądrość natury i doświadczenie mojej położnej. Byłam też gotowa ponieść konsekwencje decyzji o porodzie domowym. Miałam świadomość, że w przypadku pewnych komplikacji bliskość sali operacyjnej zwiększa szanse przeżycia, zarówno matki jak i dziecka. Jednak wiedziałam również i o tym, że większość z tych osławionych powikłań pojawia się w wyniku podejmowania w czasie porodu szpitalnego różnych interwencji, które nie koniecznie są potrzebne. W porodzie domowym nie ingeruje się w naturalny przebieg tego procesu, więc różne niebezpieczne powikłania zdarzają się dużo rzadziej. Dodatkowy czynnik, który wpływał na mnie uspokajająco, to świadomość, że będzie mi towarzyszyć bardzo doświadczona położna, która będzie „na moją wyłączność” – będzie stale czuwać nad bezpiecznym przebiegiem porodu, a w razie jakiś nieprawidłowości odpowiednio wcześnie podejmie decyzję o transferze do szpitala.

DSW: Czy poród domowy spełnił Pani oczekiwania?

KK: Każdy z moich porodów spełnił moje oczekiwania o tyle, że był jedynym w swoim rodzaju, wspaniałym, ubogacającym przeżyciem. Dzięki tym doświadczeniom stawałam się kobietą coraz bardziej świadomą siebie i pewną swoich kompetencji. W każdym porodzie czułam, że to ja rodzę, a nie ktoś robi to za mnie. Każdy ból, każda trudność, były warte pokonania, choćby po to, by przekonać się, że potrafię sobie z nimi samodzielnie poradzić. A skoro potrafię sama urodzić dziecko, to czemu inne zadania miałby być dla mnie zbyt trudne?

Dzięki tym przeżyciom, do tego stopnia zainteresowałam się tematyką „okołoporodową”, że sama skończyłam studia położnicze i zaangażowałam się w walkę o dostęp do godnego porodu dla innych kobiet – nie tylko dla tych, które mają odwagę by rodzić w domu i pieniądze, by opłacić prywatną opiekę położniczą. Staram się wspierać inne kobiety, które chciałby urodzić po swojemu, nie musieć poddawać się szpitalnej procedurze. Porody domowe pozwoliły mi też na zbudowanie głębszej relacji z mężem oraz na niczym niezaburzony od samego początku kontakt z każdym z dzieci.  Dla mnie są to korzyści nie do przecenienia.

Jednocześnie, wszystkie dotychczasowe porody nie spełniły moich oczekiwań o tyle, że wciąż czuję niedosyt.  Po każdym porodzie mam poczucie, że chcę więcej, że kolejny poród może być jeszcze piękniejszy a kolejne dziecko wniesie w moje życie jeszcze więcej miłości i radości. Wskutek tego niedosytu, jeszcze w tym roku przyjdzie na świat moje kolejne dziecko i znów mam nadzieję przeżyć jedyny w swoim rodzaju poród domowy.


Alicja Dyrda

Jest mamą trójki dzieci. Kocha to, co naturalne. Stworzyła serwis dziecisawazne.pl i jest redaktor naczelną Wydawnictwa Natuli. Mieszka i podróżuje z rodziną po Azji.
Odwiedź stronę autorki/autora: http://wydawnictwo.natuli.pl/


Czytaj na dziecisawazne.pl

wychowanie
Czy warto dawać dziecku obowiązki domowe?

ciąża i poród
Standardy opieki okołoporodowej na rok 2019 w pigułce

rodzina
Foteliki RWF pięciokrotnie zmniejszają ryzyko poważnego urazu lub śmierci dziecka

olini
Olej dla mamy – jak dbać o dobre tłuszcze w okresie ciąży i karmienia piersią?

homeopatia
Jak ustrzec przedszkolaka przed częstym chorowaniem?

wychowanie
Lalka dla chłopca – czyli o wychowaniu empatycznych mężczyzn

Jesper Juul
Juul na poniedziałek, cz. 108 – Pomocy, nasz syn nie daje nam się wyspać!

edukacja alternatywna
O etykietowaniu i jego skutkach w przedszkolu i szkole

Jesper Juul
Złość jest dobra. Fragment książki “Być razem” Jespera Juula

rodzina
8 dobrych praktyk szczęśliwego związku