Noszenie dziecka jest naturalne dla naszego gatunku (bardziej niż wózek i łóżeczko!)
Święta, święta, święta... zobacz PREZENTY dla dzieci
| Noszenie dziecka jest naturalne dla naszego gatunku (bardziej niż wózek i łóżeczko!)

Noszenie dziecka jest naturalne dla naszego gatunku (bardziej niż wózek i łóżeczko!)

Czasami od naszych ciotek i babek słyszymy rady, wypowiadane przecież w dobrej wierze: „Nie noś, bo się przyzwyczai”. Osoby, które tak nam radzą, święcie wierzą w słuszność swojego podejścia – tak je nauczono, gdy same były młodymi matkami.

Wynikało to z różnych uwarunkowań, a przede wszystkim z faktu, że w XX wieku zmienił się model rodziny. Młodzi małżonkowie za swój osobisty sukces upatrywali wyprowadzenie się od rodziców i tzw. usamodzielnienie się. Niestety, z antropologicznego punktu widzenia rodzina nuklearna (składająca się tylko z rodziców i dzieci) to nie najlepszy model rodziny. Gdy ojciec idzie do pracy, a matka zostaje sama z dzieckiem, jest to sytuacja tak nienaturalna i trudna do udźwignięcia dla niej i maluszka, że nic dziwnego, że zaczęli pojawiać się trenerzy, zdejmujący z matek część poczucia winy i umożliwiający im np. przygotowanie sobie posiłku.

Powinno się mówić raczej: „Noś, bo się odzwyczai”, bo oderwiesz je (i siebie!) od kontinuum i pozbawisz bogactwa bodźców i doświadczenia przodków.

Czym jest kontinuum?

Ludzkie dziecko to „noszeniak”. Przypominamy w tym naszych najbliższych krewnych, małpy. Małpie niemowlę, zanim odważy się na samodzielność, najpierw dobre kilka miesięcy wędruje wczepione w futro matki. My, pozbawieni już futra, posiadamy cały arsenał małpich cech: chociażby pozycję fizjologicznej żabki, jaką przyjmują niemowlęta unoszone i sadowione na biodrze matki. Skoro nasze ciała pamiętają naszych małpich przodków, to nic dziwnego, że nosimy w sobie pamięć pokoleń, które nastąpiły później.

Najlepsze nosidła do kupienia w nosidla.pl

Owa pamięć to właśnie „kontinuum”. Na fundamencie istniejącej wiedzy dobudowujemy mozolnie kolejne piętra. Pewne umiejętności są bardzo stare (jak oddychanie), inne bardzo nowe (np. trzymanie telefonu komórkowego policzkiem). Nader często bywa tak, że nie czujemy związku z kontinuum, tego usadowienia w ciągłości gatunku. Jak to się dzieje, że w naszym świecie młoda, zdrowa kobieta nie umie zejść z łóżka z niemowlęciem na ręku, zaś przez telefon rozmawia w dowolnej pozycji, jednocześnie gotując obiad i wstawiając pranie? Innymi słowy, kiedy straciliśmy kontakt z kontinuum i jak go odzyskać?

Wszystko zaczyna się od noszenia!

Doświadczeniem kształtującym dla osobowości dziecka jest kilkumiesięczna „jazda na biodrze” albo przebywanie w ramionach opiekunów u zarania swojego życia. „Opiekunów”, gdyż dla małego dziecka jedna lub dwie osoby to za mało. Do opieki nad niemowlęciem powinno być zaangażowane „całe plemię”, duża rodzina, zbiór przyjaciół wymieniających się obowiązkami, nie wyłączając innych dzieci. Wówczas niemowlę ma nie tylko okazję doznawać różnych bodźców (np. ręce małej siostry są ciepłe i miękkie, a dłonie babki – szorstkie), ale także od samego początku czuje się częścią społeczności, w której przyszło mu żyć. Tak jest w przypadku Indian Yequana, których życie obserwowała Jean Liedloff, autorka pojęcia kontinuum. Noszone z miejsca na miejsce niemowlę zaczyna dostrzegać schematy w działaniach wszystkich mieszkańców wioski. “Niemowlęta żyjące w zgodzie z kontinuum są od urodzenia wszędzie noszone (…). W życiu takiego dziecka ciągle coś się dzieje (…). Przyzwyczaja się do tego, że jest podnoszone i że różne części jego ciała są uciskane (…), lecz nade wszystko przywyka do poczucia bezpieczeństwa, jakie daje mu bliski kontakt z żywym ciałem. (…) Jego życie, w którym ciągle coś się dzieje, jest zbieżne z życiem milionów przodków i spełnia oczekiwania natury”. Liedloff dodaje: “Zmysły ćwiczą swoje funkcje (…) na podstawie niezwykłej mnogości zdarzeń i przedmiotów, jakie są im dane”.

W zgodzie z kontinuum dziecko powinno doświadczać świata mimochodem, współuczestnicząc najpierw biernie, a potem coraz aktywniej w życiu społeczności poprzez jej zwykłą codzienność. W ten sposób poznaje rządzące grupą reguły, nie biorąc na siebie przeciążającej roli lidera.

Przeczytaj: Jean Liedloff – O niefortunnych konsekwencjach skupiania się na dziecku

W naszym, oderwanym od kontinuum świecie, że matki nie ufają swoim kompetencjom w stosunku do własnych dzieci. Jean Liedloff opisuje, jak to wygląda u Indian Yequana: „Dziewczynka postępuje z niemowlęciem instynktownie i zgodnie z kontinuum (…) zanim jeszcze zrozumie wskazówki matki. (…) Gdy dorośnie (…), jest już wytrawnym ekspertem (…), ma też dwoje silnych ramion i cały repertuar pozycji i ruchów, dzięki którym może trzymać dziecko, gdy gotuje, uprawia ogród, sprząta, wiosłuje, czyści, śpi, tańczy, kąpie się, je (…)”. Oczywiście, rzecz nie w tym, żeby obarczać małe dzieci opieką nad młodszym rodzeństwem, ale aby nie pozbawiać ich tego naturalnego kontaktu. Bowiem współcześnie często dzieje się tak, że pierwszym noworodkiem, z którym ma do czynienia matka, jest jej własne dziecko. Skąd wówczas ma czerpać wiedzę na temat właściwej jego pielęgnacji? Jasne jest, że dochodzi tutaj do zerwania kontinuum, tej nici łączącej nas z najdalszymi, nawet jednokomórkowymi przodkami.

Jesteśmy genetycznie stworzeni do noszenia!

W wykonywaniu codziennych czynności z dzieckiem w ramionach pomaga skrawek tkanego materiału – chusta albo miękkie nosidło. W zrozumieniu wagi, jaką te artefakty odegrały w ewolucji Homo sapiens, należy wyobrazić sobie pradawne koczownicze plemię ludzi, wyruszających w swą zwykłą wędrówkę w poszukiwaniu pożywienia. Jest pewne, że w tej grupie znajdowały się jakieś niemowlęta. Podobnie jak nie ulega wątpliwości, że służące do ich transportu kawałki skór czy prymitywne tkaniny były jednymi z pierwszych przedmiotów wytwarzanych przez człowieka.

Trudno sobie wyobrazić, by ledwo stuletnia historia dziecięcego wózka i łóżeczka zastąpiła genetyczne oczekiwanie noworodka – sięgające wstecz setki tysięcy lat – aby być noszonym i tulonym.

W 1991 r. przeprowadzono eksperyment na uniwersytecie w Kolumbii, podczas którego rozdano świeżo upieczonym matkom miękkie nosidła albo plastikowe wózki. Po roku okazało się, że aż 83% dzieci, które noszono w nosidłach, nawiązały bezpieczną więź z matkami, podczas gdy w grupie „wózkowej” było to zaledwie 38%.

Nosząc swoje dzieci, kontynuujemy właściwą naszemu gatunkowi potrzebę bliskości

Ta potrzeba wynika z faktu, że każdy z nas ze względu na rozmiary naszego mózgu i głowy rodzi się trochę za wcześnie (to tzw. fizjologiczne wcześniactwo) i faktyczne „donoszenie” ciąży następuje już poza organizmem matki. Chusta zbliża możliwie najbardziej do warunków, jakie dziecko miało zapewnione w brzuchu: jest ciepło (termoregulacja!), jest ciasno i otulająco, jest bezpiecznie, w każdej chwili może „wyłączyć” funkcje poznawcze i zapaść w miłą drzemkę, kołysany rytmem serca i zapachem mamy. Albo ojca, gdyż tatusiowie powinni nosić swoje maleństwa z jeszcze większym zaangażowaniem niż matki, bo to stanowi dla nich substytut ciąży.

Często wydaje nam się, że maleńkie dzieci są szalenie kruche. Podnosimy je nader ostrożnie, nosimy jakby były ze szkła. Skazujemy je tym samym niechcący na deprywację sensoryczną, bowiem dziecko potrzebuje bezpiecznych, ale pewnych bodźców. Dlatego czasami okazuje się, że to ojcowie są lepszymi opiekunami i „lepiej noszą” dzieci, bo te nabierają w ich ramionach większej pewności siebie.

Reklama sponsora artykułu

Jean Liedloff pisze o rozkoszach dziecka, które w ramionach mamy (albo otulone chustą) doświadcza miłego dreszczu, gdy tuż obok zaszczeka pies albo zapłacze inne dziecko, podczas gdy ono samo pozostaje bezpieczne i ciepłe. Mogę sobie wyobrazić, że jest to jedno z fundamentalnych doświadczeń wczesnego dzieciństwa. Natomiast „niemowlę pozbawione kontaktu z ludzkim ciałem rozwija zachowania zastępcze, które mają ulżyć jego cierpieniom. Wierzga nogami (…); macha rączkami; obraca główkę z boku na bok (…); usztywnia ciało, wyginając plecy w łuk (…)”.

Zrealizowana w dzieciństwie potrzeba bliskości nie wymaga kompensacji w dorosłym życiu. Ludzie, których nie pozbawiono w dzieciństwie podstawowych doświadczeń, nie będą, także nieświadomie, szukać ich ekwiwalentów w postaci przemocy, nałogów, agresji i autoagresji. A to oznacza zdrowe społeczeństwo. Noszone dzieci płaczą mniej o 43% w porównaniu z tymi, których rodzice wychowują swoje dzieci w oderwaniu od kontinuum. A przecież każdy z nas chce, aby jego dzieci były szczęśliwymi dorosłymi.

Kiedy czujemy się częścią większej całości, odczuwamy radość. Zaś uczucie „kompletności”, kontinuum, jest powiązane z odczuwaniem życia, ciepła, dotyku innego ciała.

Liedloff zwraca też uwagę na transformację energii podczas noszenia. Dziecko przyjmuje energię z pożywieniem. O ile samo jeszcze nie umie się poruszać, ta energia kumuluje się w jego ciele. Jeśli matka nosi je stale podczas codziennych czynności, a także podczas zabawy, wysiłku fizycznego, nadmiary jego energii są absorbowane przez ciało matki. Niemowlę się rozluźnia. Odczuwa radość. Jest szczęśliwe.

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Marta Szperlich-Kosmala

Certyfikowana doradczyni noszenia w chustach i nosidłach miękkich Akademii Noszenia Dzieci. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale zawodowo uczy angielskiego i niemieckiego w szkole językowej. Pasjonuje ją antropologia i intuicyjne rodzicielstwo w duchu kontinuum. Ma za sobą praktykę hipnoporodu.
Kocha życie na prowincji, bo może w nieskończoność wędrować ze swoimi dziećmi po lasach, jak Indianie. Jest mamą dwojga absolutnie chustowanych maluchów. Treningi biegowe jej męża są jedynym momentem, gdy jej dzieci mają kontakt z wózkiem… biegowym. Uprawia gimnastykę słowiańską i czyta góry książek. Nie tylko o rodzicielstwie.

Odwiedź stronę autorki/autora: https://www.facebook.com/chustastarachowice/




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

Ciąża i poród w Finlandii

Korzystanie z urządzeń elektronicznych i ich wpływ na rozwój dziecka – Jesper Juul

Poród naturalny i karmienie piersią a rozwój flory bakteryjnej dziecka

Przejdz do: