Kategorie
Ciąża i narodziny Macierzyństwo i ojcostwo Poród

Jak możemy się przygotować do porodu – jako para, która chciałaby zadbać o trwałość i rozwój relacji?

Jedną z najważniejszych rzeczy jest szczera rozmowa. Możemy opowiedzieć sobie o tym, jakie mamy wyobrażenie o naszym wymarzonym porodzie. Czy nasze wizje są spójne, czy są w nich elementy, w których zupełnie się rozjeżdżamy? Jeśli się różnimy, nie musi to być powód do zmartwień – raczej pretekst do dalszej rozmowy.

Rozmowa pomaga nam zidentyfikować nasze potrzeby: co jest dla nas ważne w tym procesie? Czego się obawiamy? Możemy przegadać, jak zadbać o potrzeby każdego z nas i co możemy zrobić w sytuacji, gdy pojawią się lęki czy napięcia.

Pamiętam czas przed porodem pierwszej córki. Mieszkaliśmy wtedy jeszcze w warszawskim bloku i właśnie tam planowaliśmy rodzić. Dawid był przejęty tym, jak na moje krzyki mogą zareagować sąsiedzi. Co zrobiliśmy, żeby jakoś oswoić ten temat? Przeszliśmy się po sąsiadach i podzieliliśmy się z nimi naszymi planami, uprzedzając o ewentualnym „zakłóceniu spokoju”. To pomogło rozbroić tę obawę.

Związki Partnerskie

Życie seksualne rodziców

Ta książka jest więc dla wszystkich, którzy chcieliby każdego dnia świadomie pielęgnować miłość. „Dojrzałość do relacji to zrozumienie, że nie da się mieć wszystkich, ale że można mieć z jedną osobą wszystko, czego potrzeba”.

Lęki i przekonania

Partnerska rozmowa o lękach i oczekiwaniach jest dobrą okazją, żeby przyglądać się temu, jakie nosimy w sobie przekonania: na temat porodu, sprawności własnego ciała, wsparcia partnera, instytucji, do której się wybieramy, osób, które się tam nami zajmą. Przekonania kształtują naszą postawę oraz to, jak interpretujemy wszystko, co nas spotyka. Bezpośrednio przekładają się więc na nasze nastawienie do porodu, a co za tym idzie, na jego przebieg. Biorąc pod lupę przekonania, które nas ograniczają, nie są wspierające w ciąży czy podczas porodu, mamy szansę dostrzec, że część z nich nie jest jak gdyby nasza, tylko została przekazana nam w spadku od mamy, babci czy nawet poprzednich pokoleń kobiet. Czy któraś umarła, rodząc? Czy straciła dziecko? Czy partner opuścił ją zaraz po porodzie?

Nosimy zatem w sobie ów nie swój lęk, który podszeptuje nam do ucha niczym zdrajca, że powinnyśmy się spodziewać czegoś złego, że same na pewno sobie nie poradzimy. Może to burzyć naszą pewność siebie, zaufanie do ciała. Poznanie własnych przekonań i uświadomienie ich sobie jest pierwszym krokiem do zmiany

Pamiętajmy o tym, że nie wystarczy tylko zapomnieć o obciążających nas przekonaniach. Powinnyśmy je zastąpić nowymi, wspierającymi to, czego na daną chwilę nam potrzeba.

Możemy zapisać sobie na kartkach lub nagrać na telefon afirmacje, które dodadzą nam mocy i zwiększą zaufanie do procesu narodzin. Pamiętam kilka swoich, z którymi pracowałam: „Jestem stworzona do rodzenia dzieci”; „Wystarczy, że się rozluźnię i poddam mądrości ciała”; „Moje ciało doskonale wie, jak rodzić”; „Każda fala (skurcz) przybliża mnie do spotkania z dzieckiem”.

Jak się rodziłaś?

To ważne, żebyśmy przyjrzeli się historiom rodzinnym – szczególnie kobiety. Czasami rodzimy w sposób, w jaki same byłyśmy rodzone. Poród może uaktywnić nasze porodowe, noworodkowe traumy: jakie emocje towarzyszyły nam, kiedy byłyśmy jeszcze w łonie matki? Co działo się w trakcie porodu? Jak zostałyśmy przywitane na świecie? Czy te warunki sprawiały, że czułyśmy się chciane i oczekiwane? Czy czułyśmy się bezpiecznie, otoczone spokojem i miłością? Czy nasza mama tuż po porodzie była na wyciągnięcie ręki?

Dlaczego to takie istotne? Psychologowie prenatalni zwracają uwagę na wczesny etap życia wewnątrzłonowego. Mówią, że w tym właśnie czasie kształtują się u dziecka odruchy i system nerwowy. W naszym ciele buduje się wtedy rodzaj neurologicznej mapy, tworząc w podświadomości określone „odciski” (imprinty). Odczucia i wspomnienia zapisują się w układzie limbicznym mózgu. Wpływają na życie dziecka, jego postrzeganie siebie, świata oraz to, w jaki sposób będzie wchodziło w relacje z ludźmi. Gdy się rodzimy, w naszym ciele powstaje tak zwany odcisk limbiczny.

Opowiada o nim Elena Tonetti-Vladimirova, autorka filmu Na- rodziny, jakie znamy. Pamiętam, że oglądaliśmy go z Dawidem na długo przed zajściem w pierwszą ciążę. Płakałam ze wzruszenia, bo zobaczyłam, że można rodzić w inny sposób niż ten znany mi z opowieści czy książek – w spokoju, poszanowaniu swojego ciała, jego rytmu. Ten film pokazuje, jak dużym zasobem w życiu każdego człowieka może być łagodny, pełen szacunku i miłości poród. Zapragnęłam wtedy dowiedzieć się więcej na ten temat. Marzyłam o możliwości poznania Eleny i uczestniczenia w prowadzonym przez nią warsztacie.

Kiedy Elena przyjechała do Polski, wzięłam udział w jej kursie. Był to dla mnie przełomowy moment, ponieważ już od kilku lat byliśmy z Dawidem otwarci na dziecko, które jednak wciąż nie przychodziło. Na warsztatach udało mi się dotknąć różnych trudnych tematów i jeszcze głębiej popracować nad moją otwartością i gotowością na macierzyństwo. Zadziwiające i magiczne było to, że tydzień po warsztatach poczęliśmy naszą pierwszą córkę. Warsztaty tego typu prowadzone są już w Polsce przez różne osoby, może to być pomysł na wspólne oswajanie z ukochanym tematu porodu i wpływ na kształt naszej tworzącej się historii.

Praca z kobiecością

Kolejna sprawa, którą warto się zainteresować, jeszcze zanim zajdziemy w ciążę, to pogłębienie kontaktu z ciałem, własną kobiecością i zajęcie się świadomą pracą z uwalnianiem napięć. Nie mówię tutaj tylko o jodze czy różnych formach tańca, które tak czy inaczej pięknie wspierają we wzmacnianiu „kobiecego kawałka” (czyli aspektów wspierających żeńską energię psychiczną). Wszystkie trudne przeżycia, emocje i traumy, jeśli nie zostaną przepracowane, kumulują się w ciele. Począwszy od historii naszego porodu, naszych pierwszych odkryć związanych z energią seksualną i przyjemnością, tego, czy zostałyśmy na tym przyłapane czy nie, poprzez pierwsze spotkanie z naszą miesięczną krwią i to, jak zostałyśmy przyjęte do świata kobiet, po inicjację seksualną czy nadużycia seksualne – to wszystko zostawia ślad w naszej miednicy i joni. Napięcia te bywają schowane bardzo głęboko, w znacznym stopniu jednak przekładają się na nasze życie. Powodują problemy seksualne, ból przy współżyciu, brak pełni satysfakcji z życia intymnego. Czasem może to być poczucie odcięcia od swojego ciała i energii seksualnej, utrata czucia w częściach intymnych czy kwestie bardziej psychologiczne – życie pozbawione radości. W takich sytuacjach para może przeprowadzić wspólnie piękną leczniczą praktykę, którą w tantrze nazywamy uzdrawianiem joni, a bardziej współcześnie – mapowaniem joni. Polega ona na poszukiwaniu napięć, które znajdują się na zewnątrz i wewnątrz kobiecych części intymnych. Kiedy znajdziemy – sami lub z partnerem – takie napięte miejsce, zatrzymujemy się na nim i łagodnie uciskamy je do czasu, aż napięcie zacznie puszczać. W momencie rozluźniania tych przestrzeni mogą się uwolnić z ciała te emocje, które kiedyś, pod wpływem trudnej życiowej sytuacji, w sobie zdusiłyśmy. Możemy „wypuszczać” te emocje między inny- mi poprzez oddech, dźwięk, krzyk, ruch, płacz czy śmiech. Są to dokładnie te same narzędzia, z których warto skorzystać później, w trakcie porodu.

Ekstatyczny poród

Przeżycie tego wcześniej wspaniale przygotowuje do porodu. Dlaczego? Podczas narodzin, kiedy dziecko przechodzi przez kanał rodny – naciska na ścianki pochwy i rozciąga wewnętrzne tkanki. Bywa, że właśnie przy narodzinach zaczynają uwalniać się z naszego ciała owe wspomniane wcześniej zduszone emocje. Poród sam w sobie jest już wystarczająco intensywnym doświadczeniem. Jeśli wcześniej pozwolimy sobie wejść w historie zapomnianych napięć i uwolnić je, to w procesie narodzin może być nam po prostu lżej. Ale to nie wszystko: jeśli nie trzymają nas w ciele stare sprawy i potrafimy na bieżąco przepuszczać przez siebie całą tę porodową intensywność, doświadczenie narodzin może być dla nas błogim czy nawet ekstatycznym przeżyciem!

To, o czym tu wspomniałam – rozmowa, uświadomienie sobie swoich przekonań czy przyjrzenie się temu, jak wyglądał nasz poród – jest potrzebne do tego, żebyśmy mogli nakreślić i wyobrazić sobie swoją wymarzoną wizję narodzin. Puśćmy wodze fantazji i zobaczmy wszystko to, co chcemy zaprosić do naszego porodowego tańca. Zastanówmy się, jakie okoliczności dadzą nam poczucie bezpieczeństwa. Czy jest ktoś, kogo obecność będzie dla nas pomocna – siostra, przyjaciółka, może doula? Jaka muzyka czy zapachy mogą nas wesprzeć? Jak aktywnie możemy uczestniczyć w tym święcie?

Najważniejsze: rozmowa!

Z jednej strony warto wyobrazić sobie swój wymarzony poród, z drugiej natomiast potrzebna jest rozmowa o tym, czego się boimy. Często jest tak, że nie chcemy się z tym kontaktować, myśleć o tym czy to komunikować, bo wywołuje w nas niepokój, lęk albo smutek. Może pojawić się obawa, że mówiąc o tym, co może pójść nie tak, przyciągniemy to do siebie. Dobrze jednak wiedzieć, że jeśli coś nas przeraża i zdecydujemy się zepchnąć to do podświadomości, na głębszym poziomie być może i tak będzie to wpływać na reakcje naszego ciała.

Cesarskie cięcie i poród po cięciu cesarskim
Ciało kobiety, mądrość kobiety

Rozwój seksualny dzieci

Kiedy nie idzie po naszej myśli

Pamiętam, że przed narodzinami pierwszej córki za nic nie chciałam spakować torby do szpitala. Przecież planowaliśmy poród w domu i wszystko miało pójść świetnie! Stwierdziłam, że żadna torba nie będzie mi potrzebna. Nie byłam w stanie nawet o niej pomyśleć, bo wiązało się to z wyobrażeniem sobie, że jadę do szpitala. Niektórzy mówią, że trzeba być odważnym, żeby chcieć rodzić w domu, ja jednak czułam, że więcej odwagi potrzebowałabym, decydując się na narodziny szpitalne. Stanowiło to dla mnie przerażającą perspektywę, której za wszelką cenę chciałam uniknąć. Ostatecznie… wyszło tak, że pakowałam torbę w pośpiechu, bo musieliśmy jednak do szpitala pojechać na wywołanie porodu. Było to dla mnie bardzo trudne i nie czułam się do takiego scenariusza przygotowana. Musiałam przerobić temat, będąc już na porodówce. Wiedziałam wtedy, że nie mam wpływu na to, gdzie urodzę, ale wciąż po mojej stronie leżało to, co zrobię z okolicznościami, które mnie zastały. Mogłam poddać się psychicznie, załamać, wejść w rolę ofiary i obwiniać system. Byłam jednak tak zdeterminowana, żeby uczynić to wydarzenie doświadczeniem, które pogłębi moją kobiecą moc i zaufanie do mądrości ciała, że wzięłam sprawy w swoje ręce. W przyspieszonym tempie zajęłam się więc moimi przekonaniami na temat szpitala, personelu oraz możliwości, jakie dawało mi to miejsce. Chciałam dać odczuć dziecku, że jestem tu dla niego i pomogę mu przez to przejść. Potrzebowałam poczuć się jak dorosła, czuć swoją sprawczość. Nie pomogłaby mi moja mała, wewnętrzna dziewczynka, zagubiona i potrzebująca opieki. Musiałam „wejść w swoją moc”, nawiązać kontakt z ciałem oraz intuicją. Tworzyłam na bieżąco nowe afirmacje, które pozwoliły mi poczuć się bezpiecznie w miejscu, w którym się znalazłam. Rozmawiałam z córeczką, mówiłam jej, że przy niej jestem i że przejdziemy przez to razem. Mówiłam, że ja jestem duża, a ona mała, że może mi zaufać i wesprzeć mnie od środka. Sama natomiast pracowałam z głową, ale przede wszystkim – z ciałem. Dotykałam i masowałam piersi ze świadomością, że stymulacja brodawek wytwarza oksytocynę, która była mi niezbędna do rozkręcenia akcji porodowej. Ponieważ była noc i Dawid nie mógł mi towarzyszyć – byłam zdana na siebie, co okazało się ostatecznie bardzo budujące. Poczułam, że muszę, ale przede wszystkim chcę sobie poradzić. Mimo że leżałam na sali z dwoma innymi kobietami, całą noc przygotowywałam się do porodu. We śnie przerabiałam swoje strachy, a kiedy się budziłam – pieściłam piersi i tuliłam dłonią łechtaczkę, także po to, by stworzyć w ciele odpowiednie hormonalne warunki. Cały czas rozmawiałam w myślach z córką. Momentami śmiałam się w duchu, zastanawiając się, co by pomyślały o mnie moje szpitalne sąsiadki, gdyby widziały, co robię. Szybko jednak przestawałam się tym przejmować i zwyczajnie… brałam sprawy w swoje ręce. I najważniejsze, że pomogło. W pewnym momencie taniec porodowy nabrał swojej mocy, skurcze stały się intensywne. Wtedy odkryłam coś, co pomogło mi przeżyć ten i kolejny poród. Znalazłam w ciele miejsce, którego uciskanie pozwalało przepuszczać przez siebie tę olbrzymią intensywność. Z każdą przypływającą do mnie falą skurczu łapałam się za joni i uciskałam ją – tak samo jak wtedy, gdy odruchowo łapiemy się za przypadkowo uderzone miejsce i mocno je przyciskamy. Tak właśnie robiłam, tyle że z joni. Czułam, że przynosi mi to ogromną ulgę i wspiera mnie w rozładowaniu napięcia.

Doświadczenie mocy i sprawczości

Wszechświat działał na moją korzyść – dostałam pokój, w którym byłam sama i rzadko ktoś do mnie zaglądał. Mogłam spokojnie rodzić po swojemu. Rano dojechał do mnie Dawid, a ja już wewnętrznie gotowa mogłam w jego wspierającej obecności powić Gabrysię. To wydarzenie pomogło mi stanąć w pełni własnej mocy, mimo początkowo koszmarnego dla mnie doświadczenia, że wszystko musiało się rozpocząć w szpitalu. Pokazało mi to, że poród może być doświadczeniem pięknym i otwierającym kobiecość oraz intuicję, niezależnie od warunków, w jakich przyjdzie nam rodzić.

Mamy to na naszej naturze

Myślę, że jako ludzkość bardzo odsunęliśmy się od natury. Zapomnieliśmy, że zarówno narodziny, jak i śmierć to procesy nieodmiennie związane z cyklem przyrody i świata jako takiego. Gdy porody odbywały się w domu, domownicy byli blisko. Rodzącej towarzyszyły kobiety: matka, siostra, córka, no i oczywiście akuszerka, czyli tak zwana babka. Była to zwykle starsza kobieta, która sama urodziła już niejedno dziecko. Identycznie było, kiedy z rodziny ktoś odchodził na zawsze – wokół zbierali się bliscy, był czas na pożegnanie, ostatnie rozmowy oraz uściski. Po śmierci zmarły leżał jeszcze przez jakiś czas w domu. W domu też ciało było myte i przygotowywane do podróży na drugą stronę.

Teraz wizja towarzyszenia rodzącej czy umierającemu w domowych warunkach u wielu ludzi budzi strach, a może nawet niesmak. Umieranie i rodzenie uchodzą za nieestetyczne. Nie przystają do dzisiejszych czasów. Chorych i umierających wysyłamy do szpitala, tam też w dwudziestym wieku automatycznie umieściliśmy położnice. Tym samym poród zaczął kojarzyć się z czymś zagrażającym życiu. Aby temu zaradzić, wieziemy rodzącą do szpitala, jakby była ciężko chora, bo zakładamy, że sama nie jest sobie w stanie poradzić i przejść przez to doświadczenie bezpiecznie. Oczywiście nie twierdzę, że szpital jest zły! Jest potrzebny, a w sytuacji zagrożenia życia wręcz konieczny. Kiedy jednak ciąża przebiega prawidłowo, warto rozważyć, czy nie chciałybyśmy jednak rodzić w warunkach domowych.

Przeczytałaś / przeczytałeś właśnie fragment książki Życie seksualne rodziców. Przeczytaj więcej!

Autor/ka: Zosia i Dawid Rzepeccy

terapeuci zajmujący się związkami i ich intymnym rozwojem, prywatnie partnerzy. W książce "Życie seksualne rodziców" opowiadają, jak mając dzieci, budować trwałe i szczęśliwe relacje. W swojej praktyce czerpią zarówno z mądrości Wschodu, jak i nowoczesnych form psychoterapii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *