Kategorie
wywiady

“Naturalne położnictwo było mi od zawsze najbliższe”. Rozmowa z Celiną Szwintą

Rozmowa z Celiną Szwinta – położną i podróżniczką, współautorką bloga Co z tego, że daleko

Rozmowa z Celiną Szwintą – położną i podróżniczką, współautorką bloga Co z tego, że daleko.

cela1

Alicja Dyrda: Miałaś wszystko: pracę jako położna w szpitalu zaraz po szkole. I to na porodówce. Czemu to zostawiłaś?

Celina Szwinta: Decyzja o rezygnacji nie była dla mnie łatwa. Miałam stałą pracę, poukładane życie. Jednak gdzieś głęboko w środku wiedziałam, że muszę coś zmienić. Naturalne położnictwo było mi od zawsze najbliższe i od zawsze chciałam być wolontariuszką i móc podróżować. W szpitalu coraz trudniej było mi się odnaleźć, a coraz więcej cesarskich cięć motywowała mnie do podjęcia decyzji o wyjeździe.

A. D.: Gdzie byłaś?

C. Sz.: Od razu po rezygnacji z pracy wyjechałam na trzy miesiące do Kenii. Tam byłam wolontariuszką w małym szpitalu w Isiolo. Wyjechałam dzięki organizacji MaterCare. To było spełnienie moich marzeń. Podczas wyjazdu z Radkiem, moim chłopakiem, podjęliśmy decyzję, że wspólnie jedziemy na Bali. Tak też zrobiliśmy. Spędziliśmy tam cztery miesiące. Potem były Filipiny, Tajlandia, obecnie mieszkamy w Kambodży. Pracuję tutaj jako menedżer położnych.

A. D.: Czy kobiety wszędzie rodzą tak samo?

C. Sz.: To trudne pytanie. Proces narodzin oczywiście jest taki sam. Fizjologia porodu na całym świecie się nie różni. Wszystko pochodzi od Matki Ziemi. Instynktowne zachowanie kobiet, miłość, którą darzą swoje dzieci, i ból związany z porodem jest podobny. Jednak kultura, zwyczaje, zachowania wszędzie są inne.

cela2

A. D.: Czy warunki wpływają na jakość porodu?

C. Sz.: Tak! Jeżeli kobieta czuje się gdzieś pewnie, bezpiecznie, wie, że otaczają ją osoby, które ją wspierają i kochają, to zawsze jest jej łatwiej. Poród przebiega szybciej i rzadziej występują komplikacje. Gdy w powietrzu unosi się hormon miłości – oksytocyna, wszystko przebiega jakoś łagodniej i spokojniej. Myślę, że nie ma to nic wspólnego z materialnym aspektem miejsca, w którym kobieta rodzi. Nowo pomalowane ściany nie dają kobiecie poczucia bezpieczeństwa, to osoby, które ją otaczają, tworzą atmosferę narodzin. Doświadczyłam tego na Filipinach. W Dulagu, niedaleko Taclobanu, w miejscu zupełnie zdewastowanym przez tajfun pracowałam w centrum narodzin, które powstało w miejscu starej szkoły. Wszystko mieściło się w namiotach, kobiety rodziły na zwykłych łóżkach, nierzadko na łóżkach polowych. Jedyne, co mogłyśmy im dać, to nasze wsparcie i mnóstwo miłości. Mimo bardzo ciężkich warunków to właśnie tam doświadczyłam naprawdę naturalnego położnictwa.

A. D.: Poród – wielkie wydarzenie dla kobiety i jej rodziny. Czy wszędzie tak jest?

C. Sz.: Zazwyczaj tak. Na Bali po raz pierwszy zobaczyłam, jak mistyczne dla całej rodziny mogą być narodziny dziecka. Po powrocie kobiety i dziecka do domu zaczyna się wielka celebracja. Wszyscy dziękują Bogu za nowe życie, składając dziękczynne ofiary – owoce, kwiaty, ciasta, ryż. Podziękowania powtarzają co sześć miesięcy. Wiem jednak, że nie zawsze narodziny są cudem. Wszystko zależy od sytuacji, w jakiej znajduje się kobieta. Jeżeli ma za co żyć, nie jest pozostawiona sama sobie, ma wsparcie ze strony bliskich – to oczywiście jest to piękne doświadczenie.

W Afryce narodziny dziecka były obchodzone hucznie. Najpierw było koczowanie całej rodziny przed porodówką, a po porodzie wspólne biesiadowanie, na wsiach tańce i śpiewy przed paleniskiem. Dla nich to kolejna osoba, która w przyszłości będzie mogła pracować i zarabiać na starsze pokolenia. Niestety wiem też, że nie zawsze dziecko to szczęście i radość, szczególnie gdy kobieta jest sama, jest w bardzo trudnej sytuacji finansowej i nie ma żadnego wsparcia. Myślę, że tak jest na całym świecie…

cela3

A. D.: Jak kobiety przygotowują się do porodu?

C. Sz.: W krajach rozwijających się nie spotkałam się z instytucją szkoły rodzenia. Kobiety nie mają czasu na przygotowywanie się do porodu, o którym myślimy my, Europejczycy. Jeżeli ciąża przebiega prawidłowo, kobiety pracują do ostatnich tygodni. Po porodzie kilka tygodni spędzają z dzieckiem, po czym wracają do pracy… z dzieckiem lub bez. Nie stać ich na długi odpoczynek. Często mają jeszcze inne dzieci, dom, muszą zająć się bieżącymi sprawami. Cieszą się, gdy mogą się wyspać. W dużych miastach jest inaczej. W Phom Penh, gdzie obecnie pracuję, jestem w trakcie zakładania szkoły rodzenia i z tego, co widzę, wzbudza to duże zainteresowanie. Zobaczymy…

A. D.: Strach przed porodem – czy gdzie indziej kobiety także się boją porodu?

C. Sz.: Myślę, że strach i lęk są ludzkie. Szczególnie gdy kobieta rodzi pierwsze dziecko i nie wie, czego się spodziewać. Wydaje mi się jednak, że Azjatki nie pokazują tak swoich emocji jak Europejki. Nigdy nie słyszałam, jak Filipinki czy Balijki krzyczą podczas porodu. Podobnie w Afryce. Czy odczuwany przez nie ból jest mniejszy? Nie sądzę. Część z nich wierzy, że krzyk podczas porodu może spowodować, że dziecko będzie bardziej płaczliwe i marudne.

A. D.: Wydaje się, że im bardziej prymitywne warunki, tym poród bardziej naturalny. Czy faktycznie tak jest?

C. Sz.: Im bardziej prymitywne warunki, tym mniejsza ingerencja w poród. Nikt nie chce zaburzyć naturalnego procesu, ponieważ albo jest za daleko do szpitala, albo nie ma pieniędzy na transport, albo kobieta boi się operacji i nie chce cięcia. Położne dużo rzadziej indukują porody przez medykalizację, wiedzą, że każdego rodzaju komplikacje wiążą się z dużym ryzykiem dla kobiety i dziecka. Mam wrażenie, że w miejscach oddalonych od cywilizacji wszystko przebiega wolniej, spokojniej, ludzie są bardziej cierpliwi. Także wiara kobiet w swoje siły jest ogromna. Często otrzymują mnóstwo wsparcia od rodziny, wiedzą, że naturalny poród jest najlepszy i nie podważają tego. Tak rodziła matka, babka, więc po co to zmieniać. Obecne „cywilizowane” położnictwo jest pełne medykalizacji, oczywiście czasami ratującej życie, co jest wielkim błogosławieństwem. Myślę jednak, że obecnie mamy tak duży wachlarz możliwości, że zaczęliśmy ich nadużywać. Dodatkowo czas traktuje się jako pieniądz, więc podczas porodu coraz rzadziej możemy mówić o cierpliwym czekaniu.

cela4

A. D.: Wsparcie innych kobiet w czasie porodu? Jak to wygląda w innych częściach świata?

C. Sz.: W kenijskich wsiach osobami wspierającymi podczas porodu są same kobiety: matki, babki, siostry, kuzynki, koleżanki. Mężczyźni niecierpliwie czekają przed wejściem. Wchodzą dopiero po porodzie, gdy kobieta jest przykryta i karmi piersią. Tak również jest w Kambodży, gdzie kobiety rodzą w gronie swoich bliskich. Zazwyczaj w jednym pokoju jest ok. sześciu – ośmiu osób. Toczy się tam zwykłe życie, kobiety przygotowują posiłki, rozmawiają, dzieci się bawią, śpią. Pokój przestaje przypominać porodówkę. W szpitalach, w których ograniczamy liczbę osób towarzyszących do jednej, często to partner pozostaje przy kobiecie, szczególnie ze względu na modę na uczestniczenie mężczyzny w porodzie. Uważam, że jeżeli wynika to z jego woli, to jest wielkim wsparciem dla swoje partnerki. Rodząca potrzebuje osób, które ją kochają.

A. D.: A karmienie piersią?

C. Sz.: Z tym jest różnie. W Kenii miałam wrażenie, że wszystkie kobiety, które spotykałam, karmiły piersią, i to przez lata. Było to niezwykłe doświadczenie, móc uczestniczyć w projektach organizowanych przez lokalne położne, które miały na celu propagowanie karmienia piersią. Wszystko odbywało się w miłej atmosferze, były tańce i śpiewy. Mamy siedziały na ziemi, trzymały swoje pociechy w chustach. Dzieciaki bawiły się i biegały. Karmienie piersią było dla nich czymś zupełnie naturalnym, czymś, czego słuszności nie da się podważyć. Zupełnie inne podejście mają Kambodżanki. Khmerki (zwłaszcza w dużych miastach jak Phom Penh) bardzo chętnie podają dziecku sztuczną mieszankę. Pojawiła się tu moda na niekarmienie, często nie chcą karmić pod presją mężów, boją się, że zmieni się kształt ich piersi. Podobne nastawienie mają do porodów naturalnych.

A. D.: Co przywieziesz (o ile wrócisz) do Polski po powrocie?

C. Sz.: Przywiozę wór pełen doświadczeń. Wszystkie pojedyncze porody, w których mogłam uczestniczyć, były dla mnie wielkim przeżyciem. Moja praca to jedna wielka lekcja, która będzie trwała całe życie. Chciałabym odwiedzić mnóstwo krajów. To, jak kobiety rodzą na świecie, jest dla mnie bardzo fascynujące!

A. D.: Jakich ludzi spotkałaś, którzy byli dla ciebie ważni w kontekście położnictwa?

C. Sz.: Najważniejsza była możliwość pracy z Robin Lim. Położna z Bali, pół Filipinka, pół Amerykanka, która otworzyła dwa centra narodzin na Bali i Filipinach. Ma bardzo odważne podejście do naturalnych porodów, wspiera porody lotosowe, karmienie piersią, kontakt skóra do skóry i całym swoich sercem wierzy w siłę kobiet. Przez kilka tygodni praktykowałam jej filozofię pracy, która stała się także moją praktyką.

cela5

A. D.: Czym jest dla ciebie naturalne położnictwo, o którym piszesz?

C. Sz.: Naturalne położnictwo jest powrotem do korzeni. Jest dla mnie czymś bardzo oczywistym, jest moją misją i pasją.

A. D.: Czym się teraz zajmujesz w Kambodży i jakie macie plany?

C. Sz.: Od dwóch miesięcy mieszkamy w stolicy Kambodży. Po raz pierwszy od dłuższego czasu jesteśmy w mieście, do czego ciężko nam się przyzwyczaić. Obecnie pracuję w nowo otwartej klinice. Szkolę młode położne, zakładam szkołę rodzenia. Moim celem jest stworzenie tu miejsca, w którym kobiety będą mogły urodzić w domowej atmosferze. To mój plan i wielkie wyzwanie na następne miesiące. Co będzie dalej, tego nie wiem. Chciałabym odwiedzić jeszcze wiele miejsc. Móc uczestniczyć w porodach kobiet w różnych częściach świata i poznawać ich zwyczaje porodowe to spełnienie moich marzeń.

celina-szwinta

Autor/ka: Alicja Dyrda

Jest mamą trójki dzieci. Kocha to, co naturalne. Stworzyła serwis dziecisawazne.pl i jest redaktor naczelną Wydawnictwa Natuli. Mieszka i podróżuje z rodziną po Azji.

1 odpowiedź na ““Naturalne położnictwo było mi od zawsze najbliższe”. Rozmowa z Celiną Szwintą”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *