Kategorie
Rodzicielstwo

Żona Lota praktykuje jogę. Fragment książki „Dzieciństwo rodziców”

Jako dorosły ojciec mogę spojrzeć na swoją córkę, pochłoniętą na przykład grą komputerową, i powiedzieć sobie ze szczodrym uśmiechem: „Dobrze, przecież wiem, co tak naprawdę jest dla mnie ważne, kocham tę dziewczynkę i po prostu będę ją wspierał, stał u jej boku, dam jej wszystko, o co prosi! Teraz prosi o to, by ją wesprzeć. A więc właśnie to chcę jej dać. Nawet jeśli gra już od trzech godzin w tę grę, ufam, że znajdzie swoją drogę, w ciągu dwóch dni czy dwóch miesięcy, żeby wyłączyć komputer i zająć się czymś innym”. I wydaje się, że wszystko się układa. Lecz nagle pojawia się dziecko, które jest we mnie, i mówi: „Zatrzymaj się! Nie wolno! Mama się rozgniewa, tata się odsunie, nie rób tego!”.

Problem w tym, oczywiście, że to przestraszone dziecko we mnie w rzeczywistości tak nie powie. Aby go posłuchano, nauczyło się mówić językiem dorosłych. „Pomyśl o córce – stwierdzi – rozejrzyj się. To nie jest dobre dla tej dziewczynki, gdy otrzymuje jedynie wsparcie, żyje pod kloszem; trzeba też stawiać granice, ważne, aby nauczyła się być posłuszna, nawet jeśli nie zawsze rozumie dlaczego”. W ten sposób dorosły we mnie – ten, który po prostu chce słuchać, być wiernym sobie i swoim uczuciom i działać zgodnie z nimi – zostaje zatrzymany przez dziecko, które jest we mnie, to, dla którego wciąż najważniejsze jest, aby pozostać blisko mamy i taty, jak najbliżej tych układów, kompromisów, rezygnacji, które zawarło w sobie, a które umożliwiły mu od tamtego momentu, przed wieloma laty, usprawiedliwianie rodziców, którzy wygnali je z raju.

Uwaga! Reklama do czytania

Rodzicielstwo Serca

Cud rodzicielstwa i Dzieciństwo rodziców

Bestseller izraelskiego terapeuty i jego długo wyczekiwana kontynuacja

kup w pakiecie

Co odróżnia dziecko od dorosłego?

Tym, co odróżnia dziecko od dorosłego, jest elastyczność. Elastyczność charakteryzująca mnie jako dorosłego, który może wszystkiego pragnąć, a zarazem wszystko odpuścić, ponieważ jestem odpowiedzialny, sam jestem źródłem i nie ma na zewnątrz nic, co jest mi naprawdę niezbędne. Nie jest to żadne objawienie, to po prostu dojrzałość. Gdy działam z pozycji dorosłego, z pozycji ojca, którym jestem dla siebie, mogę w każdej chwili elastycznie wybierać to, co mnie – człowieka, jakim jestem teraz – rozwija.

Gdy działam z pozycji dziecka, które jest we mnie, usztywniam się. Ta nieugiętość wskazuje, że jest teraz coś – ważnego, pilnego, nawet koniecznego – tam na zewnątrz, na świecie, co muszę uzyskać, więc wyruszam na wojnę, aby to zdobyć. Gdybym miał dwa lata, pięć, a nawet piętnaście, to nieugiętość, upór i obsesja, aby otrzymać coś z zewnątrz, byłyby zdrowymi uczuciami. Dziecko, które nadal wierzy, że jego rodzice chcą dać mu to, o co prosi, jest zdrowym dzieckiem, które nie zrezygnowało, dlatego pozwala sobie czuć, krzyczeć, wyjaśniać i tłumaczyć raz za razem swoją prośbę, nawet uparcie i niegrzecznie – aż się zatrzymają i posłuchają.

Dobrze być dorosłym

Dobrze być dorosłym. Dobrze też być dzieckiem. To dwa stany świadomości, dwa użyteczne punkty widzenia, potężne i zupełnie różne – dotyczące nas samych i życia. To, co nie jest dobre – innymi słowy: zupełnie nieprzydatne w życiu, a zwłaszcza w trudnych chwilach – to pomieszanie tych dwóch perspektyw. Niedobrze uważać, że jest się w stanie świadomości dorosłego, podczas gdy tak naprawdę myśli się jak dziecko. Niedobrze też uważać, że jest się w stanie świadomości dziecka, podczas gdy tak naprawdę mówi się i myśli jak dorosły. Spróbuję to rozplątać. Rozstanie z tym zamieszaniem – zgoda, aby pozwolić dorosłemu być dorosłym, a dziecku być dzieckiem – uwalnia nas od zasłony iluzji. Uwalnia nas, abyśmy mogli słuchać w każdym stanie świadomości tego, co naprawdę możemy usłyszeć.

Jeśli mam trzydzieści, czterdzieści czy pięćdziesiąt lat, nieugiętość wskazuje na to, że gdzieś się pogubiłem. Gdy łapię się na tym, że reaguję sztywno na wybór mojej córki, aby zagrać w jeszcze jedną grę na komputerze, najwyraźniej muszę właśnie teraz coś jej pokazać.

Jeśli to takie pilne, oznacza to, że kieruje mną przestraszone dziecko we mnie, które musi pokazać coś sobie i swoim rodzicom. W tym wypadku tam, przy komputerze, to zranione dziecko we mnie próbuje zostać docenione. Stara się zrobić to w sposób, w który także moi rodzice wierzyli, że można, a nawet należy zdobywać uznanie. Poprzez walkę, agresję i przymus.

Dziecko bierze, dorosły daje

Gdy zgadzam się przyznać, że się pogubiłem, i wrócić do rzeczywistości, odkrywam, że to, co według mnie ma przyjść z zewnątrz, jest tak naprawdę czymś, czego brakuje mi teraz we mnie. W tym wypadku tym, czego mi brakowało, było poczucie, że jestem wartościowy. Zauważony. Szanowany. Dla dorosłego skutecznym sposobem, aby tego doświadczyć, jest uznanie trudności i bólu. Potem być może warto poprosić o pomoc i dać to sobie – owo poczucie, że jest się wartościowym (trzecia prośba). Ponieważ moim zadaniem jako dorosłego jest dawać – nie brać.

Syndrom żony Lota

Można nazwać tę nieugiętość dorosłych „syndromem żony Lota”. Żonie Lota powiedziano: „Nie patrz za siebie”. Lecz ona nie posłuchała. I co się stało? Zmieniła się w słup soli. Znaczne obszary naszej kultury są napędzane przez lęk, że jeśli spojrzymy wstecz, na naszą prywatną Sodomę i Gomorę, jeżeli zgodzimy się zaakceptować, co naprawdę otrzymaliśmy od naszych rodziców, a zwłaszcza czego nie otrzymaliśmy – staniemy się słupami soli. Ta sztywność karku przypomina rozkaz osadzony w naszej świadomości: nie patrz wstecz, idź dalej naprzód, wszystko jest w porządku.

Na początku – pierwsze kilka razy – spojrzenie wstecz bywa bardzo bolesne. Potem jest to nieprzyjemne, a czasami straszne, gdy przyznajemy, że nie dostaliśmy od naszych rodziców tego, o co prosiliśmy. Ale dalej, po kilku tygodniach ćwiczeń, jak przy praktyce jogi czy treningu pilatesu, stawy zaczynają się rozluźniać i nowa możliwość, aby postawić lojalność wobec samych siebie ponad lojalność wobec naszych rodziców, umożliwia nam stopniowe odpuszczenie.

Rozstanie z naszymi rodzicami

Sukcesywnie też odkrywamy, że można zobaczyć, czego nie zapewnili nam rodzice, nie tracąc ich, nie przecinając relacji z nimi, na przykład dzięki temu, że bawią się w salonie z wnukami. U mnie wydarzyło się to z mamą w jeden sposób, a z tatą w inny. Akceptacja faktu, że nie dostałem od nich w dzieciństwie miłości, o którą prosiłem, zburzyła kilka z moich głównych iluzji, między innymi tę, że jesteśmy cudowną rodziną (iluzja, którą podtrzymywałem jako młody chłopak, jeszcze wiele lat po rozstaniu rodziców) oraz że moi rodzice są wyjątkowi i szczególnie uważnie mnie słuchają. Zniszczenie tych iluzji spowodowało w tamtym czasie pewne oddalenie od nich aż do chęci, by całkiem przestać się z nimi widywać, oraz gniewu, który dzieliłem się z każdym, kto był wówczas przy mnie.

Iluzje dziecka prysły, a w nowych relacjach, które powstały, nie było już dziecięcych oczekiwań. Mogłem zobaczyć rodziców takimi, jakimi byli. Z tatą połączyła mnie zupełnie nowa relacja, której osią stała się pierwsza wnuczka (i jedyna, którą dane mu było poznać przed śmiercią). Moja mama do dziś ma bliski kontakt ze wszystkimi trzema moimi córkami i często nas odwiedza. Nasza relacja nie zawsze jest łatwa, ale generalnie przyjazna i nawet mała przygoda ze zbieraniem kawałków bazaltowej skały w kibucu, w którym mieszka, może obudzić poczucie wciąż istniejącego między nami głębokiego przymierza.

Uwaga! Reklama do czytania

Dzieciństwo rodziców

Jak nie tylko dorosnąć, lecz także dojrzeć.

Doświadczając rodzicielstwa, mamy szansę na dotknięcie tego, czego nam – dzieciom własnych rodziców – brakowało i za czym do dziś tęsknimy. Autor nazywa to siedmioma prośbami, które dzieci kierują do swoich rodziców. W tej podróży nie chodzi o poszukiwanie winnych, ale o uzdrawiającą przemianę. Pomoże ona dostrzec bolesne miejsca po to, by zmienić je w czułość, zarówno dla nas samych, jak i naszych dzieci. By nie tylko dorosnąć, ale też dojrzeć.

Odwiedź księgarnię Natuli.pl

Nie ma się czego bać

Dzięki doświadczeniu mogę uspokoić pacjentów obawiających się spojrzeć wstecz i przyjąć prawdziwy ból, który przeżywali w związku z rodzicami. Boją się, że wywoła to zamęt, a czasem nie odważają się rozgniewać nawet przy mnie, w zamkniętym pokoju, na swego ojca – z obawy, że nie będą mogli spojrzeć mu w oczy przy świątecznym posiłku. Odkryłem w związku z moimi rodzicami, a także dzięki przyglądaniu się kontaktom wielu pacjentów z ich rodzicami, że te relacje, gdy opierają się na prawdziwej miłości, nie tylko są w stanie przetrwać etap dorastania i oddalenia, lecz w wielu wypadkach nawet się dzięki niemu pogłębiają.

Wszystkim nam się to przydarzyło

Gdy zgodzimy się odważnie spojrzeć wstecz, odkrywamy, że tak naprawdę wszystkim się to przydarzyło; nie ma wśród nas zbyt wielu dorosłych, którzy otrzymali od rodziców to, o co naprawdę prosili. Sodoma i Gomora naszego dzieciństwa, gdy spojrzymy na nie bez lęku z teraźniejszej perspektywy, zmieniają się z żywej groźby usztywniającej kark w kolejną przestrzeń, której przyglądamy się swobodnie, świadomi własnych uczuć. I wtedy pojawia się dodatkowa korzyść: elastyczne spojrzenie wstecz sprawia, że elastyczniej spoglądamy w przód. Dla każdej rzeczy, którą zgadzamy się zobaczyć, a której nie dostaliśmy od naszych rodziców, zwalnia się nowa przestrzeń w naszej przyszłości, przestrzeń, w której dajemy samym sobie to, czego potrzebujemy – i nie oszczędnie, jak oni dawali nam, również nie jako rekompensatę czy w wyniku walki, tylko w nowy sposób, który dokładnie nam odpowiada. A każdą rzecz, którą zgadzamy się sobie dać, również nasze dzieci mogą dać sobie za naszym pośrednictwem. To rozszerzanie nie ma końca, nieugiętość i usztywnienie stopniowo ustępują i możemy słuchać w otwarty sposób wszystkiego, co mówią nam dzieci, oraz przyjmować od samego życia każde zaproszenie.

Fragment książki „Dzieciństwo rodziców” Shai Orr
Avatar photo

Autor/ka: NATULI dzieci są ważne

Redakcja NATULI Dzieci są ważne

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.