Kategorie
rodzina Rozwój duchowy

Odejście z Kościoła – trzy opowieści o rozstaniu

Odejście z Kościoła czasami wydaje się niezbyt skomplikowane – osoba odchodząca decyduje się na apostazję lub po prostu przestaje praktykować. Tymczasem dla osób, które niegdyś były głęboko religijne, decyzja o rozstaniu się z katolicyzmem bywa niełatwym procesem.

O odchodzeniu z Kościoła łatwo jest mówić precyzyjnym i chłodnym językiem socjologii – dzięki temu dowiemy się, ile osób z których regionów Polski zdecydowało się na apostazję. Części duchownych wygodnie jest z kolei grzmieć na odchodzących, ich czyn zaś rozumieć jako rezultat fascynacji zachodnimi ideologiami lub po prostu niedostatku wiary. W dość powierzchowny sposób na temat aktu pożegnania z Kościołem wyrażają się również niekiedy ci, którzy – mówiąc eufemistycznie – nie pałają do niego sympatią. Wtedy apostazja lub po prostu zaprzestanie praktykowania jawi się jako „odzyskanie wolności”. 

Jak zrozumieć się w rodzinie
Jak zrozumieć małe dziecko
Kiedy szkoła jest problemem

Jednak w opowieściach konkretnych osób, które zdecydowały się na rozstanie z katolicyzmem, zarówno przyczyny, jak i konsekwencje tej decyzji są co najmniej tak złożone jak okoliczności zakończenia wieloletniej i intensywnej relacji miłosnej – zwłaszcza gdy na krok ten decydują się ludzie, którzy wcześniej byli w życie Kościoła bardzo zaangażowani. To właśnie takie osoby poprosiłam o podzielenie się swoimi doświadczeniami – a one udzieliły ważnych i nieoczywistych odpowiedzi.

Dorastałam w niepraktykującej rodzinie, przygotowywałam młodzież do bierzmowania”

Agnieszka, trzydziestolatka mieszkająca w dużym mieście, mówi, że do Kościoła „wciągnął” ją jej ówczesny chłopak:

– Byłam związana z ruchem młodzieżowym przy jednym z zakonów w Łodzi. Przygotowywałam młodzież do bierzmowania na coniedzielnych spotkaniach, jeździłam na rekolekcje jako animator. Grałam w pantomimach na występach ewangelizacyjnych. Do Kościoła zaczęłam chodzić za sprawą mojego ówczesnego chłopaka. Był on pierwszą poznaną przeze mnie młodą osobą, która była szczerze zaangażowana w życie Kościoła. W tamtym okresie mocno szukałam swojej tożsamości i Kościół zapełnił pewną lukę „wspólnotowości” w moim życiu. 

– Ułatwiał też podejmowanie decyzji – dodaje Agnieszka. – Dekalog, przynajmniej na początku, ułatwiał mi ocenę świata. Dorastałam w typowej „wierzącej i niepraktykującej” rodzinie. Mam na myśli to, że rodzice posłali mnie do pierwszej komunii, przyjmowali księdza po kolędzie i tak dalej, ale nie praktykowali wiary w domu, raczej trochę się z niej śmiali. Nosili jednak w sobie zabobonny lęk, że nie rezygnuje się z Kościoła, „tak na wszelki wypadek”. Raczej nie wspierali mnie w wierze po moim nawróceniu, które przeszłam jakoś w gimnazjum. Martwili się, że zrobi się ze mnie dewotka.

Czułam, że przestaję się mieścić w Kościele

– Miałam bardzo bliską „relację z Bogiem” – opowiada dalej Agnieszka – ale po pewnym czasie pojawił się problem z akceptacją pewnych dogmatów i opinii w Kościele. Biorę tę relację w cudzysłów, bo szczerze mówiąc, uważam, że nawet na tamtym etapie byłam agnostyczką. A głos Boga to był głos mnie samej, którego nie zwykłam słuchać wcześniej. Wiara w wyrozumiałość i miłość Boga ciągle kłóciła mi się z tym, jak Kościół patrzył na kobiety. Na to, że nawet we wspólnocie, w której odgrywałam dość ważną rolę, zawsze czułam się trochę członkiem kategorii B w porównaniu z mężczyznami. 

– Odchodzenie to był proces. Kiedy wchodziłam w dorosłość, czułam, że przestaję się mieścić w Kościele. Miałam duże ambicje, chciałam się uczyć, rozwijać, mieć fajną pracę. Kościół wiele mówił o macierzyństwie i nie znałam w nim wielu kobiet z udaną karierą. 

Związki Partnerskie

Życie seksualne rodziców

Ta książka jest więc dla wszystkich, którzy chcieliby każdego dnia świadomie pielęgnować miłość. „Dojrzałość do relacji to zrozumienie, że nie da się mieć wszystkich, ale że można mieć z jedną osobą wszystko, czego potrzeba”.

„Odchodzenie było związane z poczuciem winy”

Cały proces odsuwania się od Kościoła był dla mnie związany z poczuciem winy, którego doznawałam, myśląc o tym, jaką kobietą chcę być. Jestem osobą o nieheteronormatywnych preferencjach seksualnych i dużo czytam. Zawsze dużo czytałam. Nie umiałam pogodzić w sobie nauczania Kościoła i wniosków naukowych dotyczących płci, seksualności i psychologii. Chciałabym odejść formalnie. Moim problemem są rodzice, którzy proszą mnie o to, by im obiecać, że zrobię to dopiero po ich śmierci. To głupie, bo nigdy nie byli specjalnie wierzący. 

– Nie chcę pozostawiać nikomu wątpliwości, bo nie praktykuję i nie będę przekazywać dziecku wartości, w które nie wierzę. Straciłam większość kontaktów z czasów kościelnych. Myślę, że to naturalne, bo odchodząc, trochę stajesz się grzesznikiem. Nie czułam, że powinnam sobie współczuć. Wręcz przeciwnie: zaczęłam się do siebie zbliżać. Zdecydowałam się na psychoterapię, dzięki której uświadomiłam sobie, że Kościół zagłuszył na jakiś czas moje problemy z akceptacją siebie, ale nigdy ich nie rozwiązał. Aktualnie nie praktykuję duchowości jako takiej. Dbam o swój umysł, ale nie łączę tego z duchowością. Identyfikuję się jako agnostyk.

„Kościół stał się moim drugim domem”

Justyna, mająca dwadzieścia pięć lat, pochodząca z małej miejscowości (a dziś żyjąca w aglomeracji), podkreśla, że Kościół był miejscem, w którym czuła się bezpieczna:

– Byłam bardzo mocno zaangażowana w życie Kościoła. Chodziłam na oazę, scholę, chór, wszystkie możliwe czuwania i wyjazdy. Uczestniczyłam w pielgrzymce na Jasną Górę. Kościół stał się praktycznie moim drugim domem, a wspólnota oazowa była jakby moją rodziną. 

Dorastałam w środowisku trudnym, w domu ciągle były kłótnie. Źle wspominam mój dom rodzinny. Rodzice nie byli religijni, chodziliśmy czasem na mszę świętą do momentu pierwszej komunii mojej młodszej siostry. Jednocześnie babcia ze strony taty jest bardzo religijna. To ona uczyła mnie modlić się przed snem, razem chodziłyśmy w maju do wiejskiej kapliczki, żeby śpiewać pieśni maryjne. Mama uczyła mnie natomiast tolerancji dla różnych ludzi, dzięki czemu później łatwiej było mi zaakceptować swoją biseksualność. 

– Dorastając, nie miałam jasnego obrazu Boga. Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy zaczęłam się angażować w życie kościelne. Często podczas modlitwy w kościele czułam Jego obecność. Bóg był dla mnie ostoją i kimś, komu mogę ufać. Obecnie postrzegam Boga jako wszystko, co mnie otacza, każdy atom, naturę, ludzi, a jednocześnie ogrom świata i inne galaktyki. Wszystkie religie i wierzenia sławią ten sam Byt, a Jezus jest pomostem między Nieogarnionym a ludzkim umysłem. Zmiana to był proces, do którego przyczyniło się moje zbyt restrykcyjne superego, ale też hipokryzja, którą zaczęłam zauważać w ludziach otaczających mnie we wspólnotach kościelnych. 

„Nie chciałam żyć w kłamstwie”

Justyna podkreśla, że zaprzestanie praktyk religijnych wiązało się u niej z chęcią bycia uczciwą:

Miałam wrażenie, że tylko ja potraktowałam wszystkie te zasady i przykazania poważnie. Bardzo mi też przeszkadzało to, że Kościół sprzeciwia się naturalnemu porządkowi świata, chociażby zakazując seksu przed ślubem, masturbacji czy kochania osób tej samej płci albo będących innego wyznania. Jako psycholog patrzę na te tematy jako na naturalne potrzeby i przywileje człowieka i nie uważam, żeby wyrządzały zło. 

Parę lat spędziłam na biciu się z myślami, jak poukładać sobie te sprzeczne przekonania. Jednocześnie przeżyłam bardzo bolesny związek z osobą, która była dla mnie taką pierwszą prawdziwą miłością. Była to bardzo toksyczna relacja, która niezwykle mnie poraniła. Po niej i chyba już w jej trakcie zaczął się okres cierpienia psychicznego, który dziś mogę nazwać depresją. Miałam też w tamtym czasie nerwicę eklezjogenną i lęki związane z byciem zaatakowaną przez coś złego. Bardzo mi to utrudniało modlitwę i gorliwą wiarę. 

W końcu przestałam chodzić do kościoła, bo nie chciałam żyć w kłamstwie. Wiedziałam, że chcę uprawiać seks z partnerem, którego darzę uczuciem. Nie chciałam też już tak restrykcyjnie oceniać wszystkiego, co robię. Nagonka na osoby LGBT – a więc takie jak ja – jest ogromnie bolesna i jeszcze bardziej oddala mnie od wiary. Również ogrom hipokryzji, chciwości i grzechu we wspólnocie Kościoła, zwłaszcza wśród kleryków, nie zachęca do bycia jego częścią. Nie odeszłam od Kościoła formalnie i nie chcę tego robić. Nie wykluczam, że kiedyś znów będę bliżej tej wspólnoty, ale na pewno nie stanie się to, dopóki nie zajdą w Kościele zmiany – dopóki nie stanie się bardziej otwarty.


Ostatni dżem babci 

Przepiękna, wzruszająca do łez książka o odchodzeniu kogoś bliskiego.

Ta historia zdarzyła się naprawdę – to opowieść o śmierci prawdziwej babci Teresy prawdziwego Kazika. Napisana jest z uważnością, czułością i poszanowaniem dziecięcych uczuć. Każdy z nas znajdzie w tej książce cząstkę siebie.

„Moja duchowość wyrażała się poprzez zaangażowanie w liturgię”

Marcin, dziś czterdziestoletni, żyjący w dużym mieście, do wiary podchodził w sposób intelektualny i spotkał w swoim życiu wielu wartościowych ludzi Kościoła:

Wychowałem się w dysfunkcyjnej rodzinie katolickiej. Mama i babcia były bardzo wierzące, ojciec raczej średnio. W wieku siedmiu lat zostałem ministrantem, później lektorem, a w końcu ceremoniarzem. W międzyczasie załapałem się dwa razy na wakacyjne Oazy Dzieci Bożych, a po podstawówce na dwie oazy młodzieżowe. Potem na jakiś czas trafiłem do charyzmatycznej grupy ewangelizacyjnej. Było to ciekawe przeżycie, ale niestety zaczęło iść w niedobrą stronę. 

– W pewnej wspólnocie doświadczyłem magicznego podejścia do wiary (na przykład modlitwy wstawiennicze zamiast wizyty u dentysty). Ale trafiłem też na wielu dobrych księży i niesamowitego biskupa, który był bardzo dobrym spowiednikiem. Dużo dawał ludziom, potrafił zdjąć sutannę oraz pierścień i nosić ze mną ławki przed ważnym wydarzeniem.

– Katechizacja była raz lepsza, raz gorsza. Byłem w ósmej klasie, gdy religia weszła do szkół. Mój katecheta z tamtego czasu miał do nas całkiem ciekawe podejście, odwiedzaliśmy na przykład cmentarz żydowski, synagogę czy świątynie innych wyznań. Moja duchowość wyrażała się poprzez zaangażowanie w liturgię. Nie jestem i pewnie nie będę specjalnym mistykiem. Prywatną duchowość opierałem raczej na przyjaźni z Jezusem, gdyż obraz Boga Ojca, z racji mojej sytuacji rodzinnej, był dla mnie trudny do wyobrażenia. Jest to wiara oparta bardziej na intelekcie niż na emocjach. 

„W Polsce papieżem nadal jest JPII, a prymasem Rydzyk”

Marcin tłumaczy, że w byciu w Kościele przeszkadza mu sytuacja osobista, a także uwikłanie Kościoła w politykę:

Proces erozji polskiego katolicyzmu utrudnia mi bycie w Kościele. Żartobliwie mówię, że w Polsce papieżem nadal jest JPII, a prymasem Rydzyk. Boli mnie, że nauczanie papieża Franciszka w ogóle jest nieobecne. Polityczne zaangażowanie kleru jest dla mnie nie do przyjęcia. Niestety w sojuszu tronu z ołtarzem w ostatecznym rozrachunku ołtarz będzie jak zawsze przegrany. 

Generalnie można powiedzieć, że jestem smutny i zły, gdyż takie działania są niszczeniem mojego duchowego domu, który też budowałem. Wiem z mediów społecznościowych, że duża część moich kolegów z Kościoła i ministrantury myśli identycznie. Też stali się antyklerykałami (choć niektórzy nadal służą do mszy). Na koniec dodam jeszcze, że przeraża mnie ignorancja i niedbałość o liturgię w polskim Kościele. 

– Nie odszedłem formalnie i nie zamierzam. Kościół to mój dom. Na pewno przez osobiste dramaty i decyzje trudniej mi będzie wrócić. Z uwagi na to, z kim jestem w związku, nie mogę prowadzić pełnego życia sakramentalnego. Ale mam nadzieję wrócić do życia wewnątrz Kościoła, za którym jednak tęsknię. Zyskałem z kolei szerszy ogląd rzeczywistości, mniejszy poziom lęku. Straciłem wizję prostego życia i na pewno rodzaj drogowskazu.

– Zmiana nie wpłynęła raczej na moje relacje. Nadal mam kilka takich, które zaczęły się przy ołtarzu. Nadal się modlę tak jak zawsze (są to takie proste słowa z serca, nigdy nie lubiłem formalnych modlitw i nie odmawiałem nigdy pacierza). Brakuje mi kontaktu z liturgią. Moje życie nadal się układa i nie mogę powiedzieć, że żyję źle. Pod wieloma względami wydaje się, że żyję lepiej.

***

Decyzja o rozstaniu z Kościołem czasami oznacza wybór apostazji, kiedy indziej natomiast odejście to dokonuje się raczej na poziomie wewnątrzpsychicznym. Zdarza się również i tak, że ktoś, choć z różnych powodów czuje się odłączony od wspólnoty, myśli o tym, by kiedyś jeszcze spróbować do niej wrócić – o tym właśnie wspomniał Marcin. Motywacje do odejścia z Kościoła nie są jednorodne i absolutnie nie można powiedzieć, że wszystkim „ekskatolikom” po prostu brakowało wiary i zaangażowania. Pokazują to nie tylko wypowiedzi moich rozmówców, ale także opowieści osób znanych, które niegdyś identyfikowały się z Kościołem (należą do nich na przykład Maciej Białobrzeski, Jola Szymańska czy Katarzyna Koczułap). Niektórzy spośród odchodzących dalej szukają Boga. Inni przyjęli światopogląd ateistyczny lub nie zadają sobie już pytania o istnienie Stwórcy. Sądzę, że głęboki szacunek i empatia wobec tych osób i ich historii (niekiedy pełnych bólu i rozczarowania) może być jednym z tych czynników, które pozwolą nam zmienić oblicze polskiego społeczeństwa, a także – jeśli wykażą się nimi osoby wierzące – samego Kościoła.

Autor/ka: Angelika Szelągowska-Mironiuk

Psycholożka, psychoterapeutka, dziennikarka. Pracuje na uczelni jako asystentka oraz w gabinecie jako psychoterapeutka. Razem z mężem prowadzi blog i fanpage „Katolwica&Mąż”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *