Kategorie
wychowanie

“Bo ze mną trzeba rozmawiać”

Zazwyczaj, gdy na moim rodzicielskim horyzoncie pojawia się jakieś, jak to się ładnie mówi, „wyzwanie”, staram się zatrzymać i poświęcić mu uwagę. Przeanalizować skąd to i czemu tak, opracować plan działania w duchu poszanowania i empatii. Tylko niestety, wcale nie tak rzadko moje sposoby trafiają kulą w płot

Staram się zachęcać, przekonywać, przypominać – i wciąż to samo. Spalam się więc na szukaniu nowych rozwiązań, z drżeniem serca wprowadzam je w życie… i znów nic.

JAK DOBRZE, ŻE TO REKLAMA KSIĄŻEK

książki dla rodziców

Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny

30,36 PLN

Stwórz empatyczną rodzinę, w której każdy czuje się ważny.

Rozmowa

I dopiero, gdy już czuję się doprowadzona do ostateczności, przypominam sobie o bardzo prostym  i w tej prostocie genialnym podejściu: porozmawiać z dziećmi o tym, jak one widzą daną sytuację i czego potrzebują; pokazać im swój punkt widzenia i spróbować razem znaleźć rozwiązanie.
Taki banał, naprawdę. Dlaczego coś tak oczywistego miałoby załatwić sprawę? Ponieważ pomaga stanąć obok dziecka, zamiast naprzeciw niego, i wspólnie mierzyć się z problemem.

Zazwyczaj to ja jako mama decyduję – co zjemy, kiedy wyjdziemy, co kupimy etc. Jako rodzice mamy przywódczą rolę i to my mamy ostatnie słowo. I to jest w porządku. Ale jeśli chcemy szukać rozwiązania wspólnie, schodzimy z tej pozycji. Nie ma przywódców ani podwładnych – jestem ja i moje dziecko, a naprzeciw nas sytuacja, z którą chcemy się zmierzyć. Nikt nie ma ostatecznego głosu, a raczej – mamy go oboje w równym stopniu. Lubię to podejście i mam dobre doświadczenia z wdrażania go. Mimo to nie sięgam po nie często – chyba nie lubię się dzielić władzą.

Czytasz artykuł … i bardzo dobrze

Piszemy i wydajemy książki, tworzymy magazyn dla rodziców, prowadzimy super księgarnię. Jeśli nas nie znasz… kliknij i

“Bo ze mną trzeba rozmawiać”

Pojawiła się jednak w naszym domu sytuacja, która mnie przerosła. Drobiazg, ciągnący się od miesięcy, irytujący mnie coraz mocniej. Mityczna niezakręcona tubka pasty do zębów. Wiecznie pobrudzona pastą półeczka pod lustrem, zakrętka „gdzieś koło” umywalki i pastowy wąż wychylający się zuchwale z porzuconej tubki.
Kilka razy upomniałam. Kilka razy cofnęłam wybrane losowo dziecko, aby zakręciło. Wiele razy machałam ręką, by potem znów irytować się, omiatając wzrokiem łazienkę po porannej toalecie. Na fali zabawowego zachęcania do współpracy postanowiłam pierwszy raz w życiu napisać liścik – zabawny, żartobliwy przypominacz.

Liścik miał swoje pięć minut pierwszego poranka – przeczytany kilka razy, raz skomentowany: „Fajne! Ale i tak nie będę zakręcać” i wielokrotnie ochlapany wodą. Umarł tego samego dnia.
Jednak nie chciałam się już poddać, jakoś wewnętrznie nastawiłam się na sukces w postaci zakręconych tubek. Usiadłam więc któregoś dnia z dziećmi przy stole i niby od niechcenia zaczęłam temat.
– „Słuchajcie, mam taką sprawę do Was, może mi pomożecie. Denerwuję się, gdy widzę niezakręconą pastę do zębów, bo lubię porządek w łazience. Często wam się zdarza zapominać o tym, dlatego chciałabym, żebyśmy razem się zastanowili, jak to rozwiązać”. Tak, brzmi sztucznie – ale ciężko w miarę wiernie oddać tę naturalną, spontaniczną rozmowę. W każdym razie – sztucznie nie było.
– „Noooo, ja nie lubię zakręcać”.
– „A ja nie umiem” (Pięciolatka! Gdzieś głęboko w środku robię wielkie oczy, ale na zewnątrz zachowuję pokerową twarz).
– „Yhm. Bardzo mi zależy na tym, aby pasta była za każdym razem zakręcana. Macie jakiś pomysł? Czego potrzebujecie, żeby móc tego pilnować?
Nastąpiła długa burza mózgów. Od pomysłu, że ja będę zakręcać po nich, poprzez moje każdorazowe sprawdzanie i przypominanie, aż po skonstruowanie maszyny zakręcającej pastę – składającej się z gipsowej dłoni na sprężynie.
Kiedy jednak doszliśmy do propozycji, że będę ich biła za każdą „wpadkę”, karała wymyślnymi sposobami lub płaciła grosik za zakręcenie, uznałam swoją porażkę. Zaczęłam nawet rozmyślać nad tym, gdzie popełniliśmy błąd? Naszkicowałam też sobie w głowie rozprawkę pod tytułem „Autorytarny model rodziny atawistyczną potrzebą dziecka”.

JAK DOBRZE, ŻE TO REKLAMA KSIĄŻEK

Dodaj mi skrzydeł
35 PLN
Jak zrozumieć małe dziecko
35 PLN
Rozwój seksualny dzieci
31 PLN

Tak czy siak, na tym zakończyliśmy. Z przyjaźnią i szacunkiem, zerem wniosków i moim poczuciem bezsensu. Lekkim. Zatem kiedy pierwszego, drugiego i trzeciego dnia po rozmowie nie natknęłam się na porzucone tubki i ich zakrętki, jakoś nie poświęciłam temu uwagi. Dopiero gdy stan ten zaczął się utrzymywać dłużej, rozpoczęłam wnikliwe obserwacje.
No, zakręcają, kurczę.
Któregoś dnia asystowałam córce przy wieczornej toalecie i z uznaniem powiedziałam: „Pamiętałaś o zakręceniu pasty”.
„Tak, wiesz, bo ze mną trzeba rozmawiać. Takie rozmowy bardzo mi pomagają po prostu. Kiedyś nie pamiętałam o zakręcaniu, a teraz już pamiętam”.
Aha. Po prostu.

Małgorzata Musiał

Autor/ka: Małgorzata Musiał

Na co dzień pracuje w toruńskim stowarzyszeniu Rodzina Inspiruje!, prowadząc warsztaty dot. wychowywania, realizując program „Szkoła dla rodziców” i organizując eventy dla rodzin z małymi dziećmi. Jest doradczynią noszenia w chustach oraz jednym z niewielu w Polsce mentorem grup SAFE, profesjonalnie wspierającym świeżo upieczonych rodziców. Skończyła studia pedagogiczne, jednak największym polem doświadczalnym jest dla niej – rzecz jasna – matkowanie trójce potomków. Tym doświadczeniem dzieli się na blogu www.dobrarelacja.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *