Kategorie
Archiwum

Dobry żal po porodzie. Historie 3 matek

Cykl Dobry Żal może być początkiem uzdrowienia bólu, który odczuwasz w związku ze swoim macierzyństwem. Pierwszym krokiem i ważnym elementem procesu uzdrowienia może być ujęcie swojej historii w słowa. Przypomnienie sobie szczegółów, które wydarzyły się okołoporodowo. Nie warto się spieszyć. Można wracać do tej historii, skreślać, dopisywać. Pamiętać, że to Twoja historia.

Wasze historie tutaj są czymś w rodzaju grupy wsparcia. Nie opowiadacie ich tu, żeby licytować się, któa miała gorzej, trudniej, ciężej. Nie po to, by dodatkowo przysporzyć sobie cierpień brnąć w cierpienie innych kobiet. Są tutaj po to, by mieć świadomość, że nie jesteśmy same, że jest miejsce, gdzie można zostać wysłuchanym i wysłuchać innych. Nie oceniać, nie osądzać. Przeżywamy ból na swój sposób i uszanujmy to prawo.

Uwaga! Reklama do czytania

Jak zrozumieć małe dziecko

Poradnik pomagający w codziennej opiece Twojego dziecka

Zobacz w księgarni Natuli.pl

Każda z opowiedzianych tu historii jest częścią macierzyńskiego koła życia, którego stałyśmy się częścią w momencie zostania matkami. Bardzo Wam za te historie dziękuję.

Ciężki poród

Rodziłam w Warszawie, w Instytucie przy ul. Kasprzaka. Był koszmarny czwartek, zaczęłam rodzić o godz. 9:00, skończyłam o 19:00. Przez dłuższy czas nic się nie działo, miałam skurcze. Podano mi oksytocynę. Później, koło godz. 15.00, dostałam znieczulenie, ponieważ już nie mogłam wytrzymać… Pani doktor, która była na porodówce w tym czasie, wydzierała się na mnie, ze nie współpracuję, nie mam siły, nic nie potrafię – „taka duża, a nie umie przeć”.

Fakt, jestem dość dużą dziewczyną, przy tuszy. Nie zostałam przecięta albo bardzo pękłam. Kiedy miałam już odpowiednie rozwarcie, pani doktor zaczęła mnie szarpać od spodu, wkładać mi palce, żeby powiększyć wejście dla dziecka. Położne były fantastyczne, bardzo mi pomagały. Nie było krzyków, tylko rady i wsparcie. Przyjmowałam wszelkie pozycje do rodzenia: na boku, chodziłam, kucałam. Poszłam nawet pod prysznic, i nic. Kiedy już faza parcia trwała prawie godzinę, pani doktor podjęła decyzję o cesarce. Dopiero wtedy!

Frunęłam na tę salę. Byłam tak zmęczona, że nie potrafiłam zdjąć piżamy. Cala przykleiła się do mnie, prawie musieli mi ją zrywać.
Wieziono mnie na salę tak szybko, że wpadliśmy na futrynę. I tak naprawdę stał się cud – kiedy położyli mnie już na stole, pojawił się jakiś mężczyzna. Zobaczył, że głowa dziecka już wychodzi. Rzeczywiście synek już pojawiał się i znikał parę razy. Kazał mi wstać i iść na salę porodową. Powiedział „przecież ona daje radę”… Przeszłam z tymi wszystkim kroplówkami na salę, prawie z dzieckiem między nogami. Doktor (anioł, spadł mi z nieba…) – wyjął mi synka vacuum…

Wiktorek urodził się prawie siny. Dostał na początku tylko 4 punkty, nie oddychał prawie. Urodził się z zamartwicą.
Jak się okazało, był dwa razy zaplątany w pępowinę! Nie mógł wyjść, bo ona go trzymała. Zabrali mi go, dostałam synka dopiero po 3 godzinach, umytego, nakarmionego. Ja dostałam jakiejś dziwnej febry po porodzie, nie mogłam wyleżeć na łóżku. Popękałam bardzo. Ten sam lekarz mnie zszył. Miałam szwy nawet wewnętrzne, nie tylko zewnętrzne.

Potem przez 6 dni nie karmiłam syna. Byłam w takim stresie, że nie dostałam pokarmu. Położne pomagały, dostałam panią z poradni laktacyjnej, ale to nie pomogło. Dopiero praca po nocach z laktatorem pomogła. Uwielbiałam karmić piersią…

Panią doktor o czarnych włosach, która rozerwała mnie, darła się i karciła za brak współpracy, zabiłabym gołymi rękoma. Marzę o drugim dziecku, ale pierwszy poród nie daje mi spokoju. Nie potrafię o tym zapomnieć. Tak bardzo żałuję, że nie mogłam przytulić Wiktorka od razu po porodzie. Chciałabym cofnąć czas. ale się nie da.

Kończę, jestem tak spłakana, że nie widzę już, co piszę…

***

Trudny połóg

Opowiem trochę o moim drugim porodzie. W trakcie ciąży było mnóstwo moich nerwów, nic złego nie działo się w trakcie, ale byłam po poronieniu. Szykowałam się na poród w domu. Okazało się że mam przeciwwskazania i szpital będzie lepszym rozwiązaniem. W ogóle byłam, dzieki starszemu dziecku, już dość dobrze przygotowana merytorycznie – chusty, masaż Shantala, kangurowanie noworodka, karmienie piersią i spanie z dzieckiem właściwie były oczywistością.

Poród rozwinął się błyskawicznie. Odeszły mi wody, taksówka zawiozła mnie na miejsce, załatwiłam formalności na IP, wchodząc na porodówkę miałam już pełne rozwarcie i skurcze silne parte. Małego urodziłam szybko, jeszcze z pępowiną dostałam go na klatę, właściwie nie pamiętam tego za bardzo. Bardzo mocno pękłam we wszystkie strony (mimo masażu krocza sumiennie stosowanego od 30 tygodnia ciąży). Po szybkim zszyciu dostałam dziecko z powrotem i już cały czas był ze mną. Leżał na mnie, karmiłam go piersią… no i tak, niby całkiem nieźle, zaczął się połóg.

Oczywiście miałam nadzieję, że jakoś wszystko szybko minie, szkoda, że nie minęło – bardzo długo krwawiłam z ran, ledwo chodziłam z bólu, itp. Z drugiej strony miałam takie poczucie, że muszę już coś robić, nie mogę tylko leżeć, potrzebuje mnie starsza córka.

W 11 dobie trafiłam z noworodkiem do szpitala dziecięcego. Młody miał zakażenie układu moczowego. Miałam straszne wyrzuty sumienia ze względu na starszaczkę, ale musiałam tam 2 tygodnie spędzić. W tym czasie oczywiście krocze wcale mi się cudownie nie zagoiło, trudności połogowe ani nawał laktacyjny też się nie skończyły.

Wróciliśmy do domu. Ja już po prostu nie mogłam ciągle leżeć, a ruszałam się ciągle tylko dzięki lekom przeciwbólowym. Mimo nastawienia na poród siłami natury podczas ciąży, żałowałam że nie urodziłam przez cesarkę. Przynajmniej ranę miałabym w sensowniejszym miejscu.

Największym moim problemem jednak był… brak jakiejkolwiek więzi z noworodkiem. Wiedziałam, co mam przy nim robić, jak się zachowywać itp., ale nie czułam przy tym kompletnie nic. Nic nie czułam nic również wtedy, kiedy płakał sam w łóżku. Nigdy długo go tak nie zastawałam, ale też daleko mi było do pędzenia na każde zawołanie. Nosiłam go w chuście odprowadzając córkę do przedszkola i marzyłam o wózku, pracy, opiekunce, w ogóle ucieczce.

Ze zdziwieniem przyglądałam się, jak tatuś całuje swojego synka i mówi że go kocha. W jednym i drugim szpitalu synek dużo był kangurowany, spał ze mną (w domu też), karmiłam piersią i… nic.  Teraz jak to wspominam, widzę w tym czasie jakąś czarną dziurę, jakby moje dziecko było lalką a ja urządzeniem obsługującym. Jeszcze do tego popsutym.

Nawet chciałabym mieć do kogoś pretensje, ale do kogo? W końcu to niczyja wina, że tak bardzo pękłam i tak wszystko mnie bolało. Ciągle było mi przykro jak patrzyłam na starszaczkę. Ona naprawdę dobrze sobie radziła z sytuacją, ale czasem potrzebowała mnie więcej niż byłam w stanie dla niej być.

Po ok. dwóch miesiącach połóg się mniej więcej skończył. przestałam krwawić, mogłam się bez problemu ruszać. Dziecko też zaczęło być bardziej komunikatywne. W końcu pojawiły się te uczucia, które powinnam mieć od początku: miłość, czułość, duma i radość z tego, że mam to dziecko. Nie mam pojęcia, dlaczego miały takie opóźnienie. Nie wiem też, co się zmieniło, że zaczęłam po prostu kochać synka jak należy.

Minął już jakiś czas od tamtych zdarzeń, już ogarnęliśmy ten początkowy chaos. Mam dwójkę naprawdę wspaniałych dzieci. I ciągle się zastanawiam, co się takiego stało, gdzie był ten błąd, że mój połóg wyglądał aż tak okropnie. Ciągle mi przykro, kiedy czytam teksty o porodach, o tym, ile dają siły i jaki cudowny mają wpływ na matkę i dziecko, głównie dlatego że ja się nie załapałam na tą siłę i cudowną moc porodu. Właściwie jestem tak przytłoczona wrażeniami z połogu, że poród gdzieś tam mi znika w tym wszystkim.

***

Nie tak, jak chciałam…

Chciałabym opowiedzieć Wam moją historię porodową i związany z nią żal. Zawsze bardzo pragnęłam mieć dziecko. Kiedy w końcu w moim brzuszku zaczęła się rozwijać mała “fasolka”, byłam przeszczęśliwa. Przez całą ciążę dbałam o siebie i przygotowywałam się do porodu. Nie wyobrażałam sobie urodzić inaczej, niż naturalnie. Ponadto zdecydowałam się na poród domowy, bo to właśnie w moim domu czuję się bezpiecznie i chciałam, by nasz dzidziuś przyszedł na świat w blasku światełek choinkowych, w obecności
swoich rodziców i jedynie z asystą położnej.

W trakcie ciąży natrafiłam na film “Orgasmic birth”, do dziś za każdym razem, gdy go tylko włączę, od razu ryczę, bo jest on tak piękny i wzruszający. Marzyłam o takim pięknym porodzie, jakie były pokazane na tym filmie. Kiedy nadszedł dzień porodu, byliśmy podekscytowani i z niecierpliwością czekaliśmy na pierwszy moment, kiedy ujrzymy naszą córeczkę. Położna była z nami, skurcze postępowały. Myślę, że radziłam sobie całkiem dobrze. Mąż dzielnie był przy mnie i mnie wspierał. Jednak krwawiłam coraz mocniej i mimo usilnego parcia dzidzia nie wychodziła na świat.

Położna próbowała wybadać, jak leży główka dziecka, jednak nie udawało jej się tego wyczuć. W końcu po kilku godzinach parcia położna przekonała nas, że jednak trzeba jechać do szpitala. Wezwała dla nas ambulans. Przez ten cały czas w domu nie przyjęłam żadnego środka przeciwbólowego, jednak w szpitalu byłam już tak wyczerpana, że zgodziłam się na gaz. Lekarz zbadał mnie i okazało się, że córka ułożyła główkę bokiem, tak, że nie było możliwości, by wyszła o własnych siłach. Lekarz wytłumaczył nam, że maksymalne rozwarcie może dojść do 11cm, a obecne ułożenie główki wymaga 13cm. Były dwie opcje – pierwsza, że lekarz spróbuje odwrócić lekko główkę, i druga – jeśli odwrócenie główki nie pomoże i dziecko dalej nie będzie chciało wyjść, pozostaje cesarskie ciecie.

Byłam wykończona, a obecność w szpitalu i mnóstwo personelu dookoła dobijało mnie jeszcze bardziej. Nie myślałam już logicznie, chciałam po prostu mieć moje dzieciątko cale i zdrowe w ramionach. Próbowałam nawet namówić męża, żebyśmy się zdecydowali na cesarkę, jednak tej decyzji na pewno bym sobie nigdy nie wybaczyła. Jednak lekarz sam był na tyle rozsądny, że powiedział, że najpierw spróbujemy odwrócić główkę i rodzić dalej naturalnie. Niestety do tego zabiegu musieli mnie znieczulić. Dostałam Epidural i nie czułam totalnie nic od żeber aż po palce u stóp. Położna mi mówiła, kiedy mam skurcz i kiedy mam przeć. Dzięki Bogu, przy drugim parciu nasza córeczka była już na świecie.

Jednak mimo tego, że ostatecznie urodziłam naturalnie, to mam żal, ponieważ nie czułam tego jak rodzę moją córkę, nie czułam, jak przechodzi przez mój kanał rodny. Po prostu nagle pojawiło się dziecko, które najpierw wytarmoszono i od razu odcięto mu pępowinę (planowaliśmy odczekać co najmniej do porodu łożyska), wytarto ręcznikiem i podano mi, bym je mogla zobaczyć i przytulić. Po kilku minutach mi ją jednak zabrano ze względu na to, że byłam bardzo zimna, straciłam dużo krwi i potrzebowałam transfuzji. Córkę zabrali do innego pokoju, na szczęście mój mąż był cały czas przy niej, mimo to wiem, że ona tam płakała beze mnie.

Kocham moją córkę najmocniej na świecie, jednak mam poczucie, że pojawiła się ona troszkę nie wiadomo skąd. Zawsze kiedy sobie o tym przypominam, płaczę. Nikt mnie tak naprawdę nie potrafi zrozumieć, mąż bardzo by chciał, ale wiadomo, że on inaczej odczuwał i przeżywał ten poród. On w zasadzie tez ma żal, bo bardzo się wtedy bał nie tylko o nienarodzone dziecko, ale i o żonę. Cały poród zakończył się dokładnie tak, jak tego nie chcieliśmy – obecnością w szpitalu, obecnością obcych ludzi dotykających nasze
dziecko, odciętą pępowiną…

Dziś nasza córeczka ma 19 miesięcy. Jest najwspanialszym dzieckiem na świecie. Kochałam ją od pierwszego dnia i z każdym dniem ta miłość stawała się jeszcze mocniejsza.

Teraz oczekujemy naszego drugiego dziecka. Tym razem będzie synek. Mąż nie lubi mówić o porodzie, bo wraca do niego tamten strach (w trakcie porodu w 3 dni schudł 5kg! ). Mimo to zdecydowaliśmy się ponownie na poród domowy. Wierzę, że tym razem dzidzia nie zrobi nam takiego psikusa i urodzi się bezproblemowo w domu, naturalnie, jedynie przy asyście położnej i lekarza. Wybraliśmy tym razem prywatny, mały szpital, by w razie konieczności tym razem stworzyć choć namiastkę domowego klimatu.

Cieszę się ogromnie, że istnieje taka akcja jak Dobry żal. Dobrze jest móc się podzielić swoimi przeżyciami z innymi mamami. Dobrze też, że są e-maile, bo inaczej dostawalibyście tonę rozmazanych łzami listów ;).

Autor/ka: NATULI dzieci są ważne

Redakcja NATULI Dzieci są ważne

1 odpowiedź na “Dobry żal po porodzie. Historie 3 matek”

Witam ja też mam historię do powiedzenia może nie aż taka jak wasze ale dla mnie też bolesna rodziłam dziecko we 2018 roku lekarze okropni 3 dni spędzone w szpitalu bo 7 marca poszlam się zgłosić chociaż nic się nie działo miałam przez te 3 dni robione USG czy z dzieckiem wszystko w porządku i ile waży ja jestem osobą szczupłą więc dla mnie urodzenie 3 kilogramowego dziecka było problemem a na tym USG było tak że dziecko będzie ważyć zaledwie 2 kg 800 a na drugi dzień lekarze stwierdzili że jeszcze o 300 gram mniej więc stwierdziłam że dam radę sama urodzić bo lekarze byli tego samego zdania ale wszystko poszło nie tak jak powinno 10 marca już od rana czułam skurcze ale nic się nie działo miałam małe rozwarcie ale kiedy już miałam bardzo silne bóle co już nie mogłam wytrzymać dostałam do wdychania gaz potem zaczął się poród ale to był samoistny poród gdy lekarze widzieli że już nie daje rady sama rodzic postanowili że użyją do tego kleszczy i próżno ciągu bo na CC było zapozno gdyż już było widać główkę dziecka a efekt taki tego porodu że ja zaraz po porodzie musiałam dostać maskę z tlenem a z dzieckiem też było tak że chwilę nie płakało dopiero po jakiejś chwili zaczęło a waga urodzeniowa 3 kg 100 nie wspominam tego porodu dobrze dziś synek ma 27 miesięcy i nie jest do końca zdrowy ma opóźniony rozwój mowy oraz ogólnie jest opozniony

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.