Kategorie
Macierzyństwo i ojcostwo Rodzicielstwo

„Ludzie myślą, że wielodzietnym jest się dla 500 plus”.

Z czym mierzą się osoby mające duże rodziny? Rodzice, którzy wychowują więcej niż dwójkę dzieci, często spotykają się z niezrozumieniem, wyrazami zdziwienia, ale także niechęci oraz wrogości. Jaka naprawdę jest rzeczywistość w wielodzietnych rodzinach?

Model rodziny, do którego „aspiruje” wielu Polaków i który obecny jest w licznych filmach czy reklamach, to dwoje rodziców i dwoje dzieci, czyli znane 2+2. Więcej dzieci już często bywa przez otoczenie oceniane i komentowane negatywnie. Kilkoro moich rozmówców, będących rodzicami więcej niż dwójki dzieci, opowiedziało mi o przykrościach, jakich doznają ze strony części swojego otoczenia. 

Nie byłam na to przygotowana, ale dzisiaj wiem, że lepiej być nie mogło

Zacznijmy od tego, że czasami rodzicami licznych rodzin zostają osoby, które wcale nie miały takiego planu… przynajmniej przez jakiś czas. Czasami dziecko pojawia się wtedy, gdy rodzina jest już przekonana, że etap witania na świecie noworodków ma już zakończony. A jednak życie pisze odmienny scenariusz. Tak właśnie było w przypadku Elżbiety, która jest matką dwóch par bliźniąt. W jej historii poruszające jest to, że sama niegdyś miała raczej negatywny stosunek do rodzin wielodzietnych: 

Nigdy nie miałam poczucia, że nadaję się na matkę. Moje koleżanki już w liceum mówiły o tym, że wyobrażają sobie, jak będą wyglądały ich dzieci z tym czy innym chłopakiem. Ja zupełnie o tym nie myślałam. Myśl o prokreacji pojawiła się dopiero wtedy, gdy będąc już po trzydziestce weszłam w związek z obecnym partnerem. Mówię o nim „Niemąż”, bo raczej nie chcemy sformalizować związku. Postanowiliśmy mieć dziecko – jedno, może kiedyś drugie. Sądziłam, że tylko tyle uda nam się „ogarnąć”. Byłam przekonana, że przy większej ilości dzieci któreś musi być zaniedbane, jeśli nie zrezygnuje się z pracy. A tego robić nie zamierzałam.”

Niegrzeczne Książeczki

Pakiet Niegrzeczne Książeczki

Emocje i granice

Seria Niegrzeczne Książeczki to opowieści dla małych i dużych, które rozprawiają się z mitami dotyczącymi dzieciństwa. Czy dziecko zawsze powinno być posłuszne, zjadać wszystko z talerza i dzielić się swoimi rzeczami? 

Życie ma zwykle swoje plany

Ale życie miało dla Elżbiety swoje plany. Zafundowało im bliźniaki od razu na starcie: „Już przy pierwszym USG okazało się, że nigdy nie będziemy rodziną z jedynakiem – otrzymaliśmy wiadomość, że mamy bliźnięta! Nie wiem nawet, czy się ucieszyłam. Podeszłam do tego zadaniowo plus bałam się komplikacji, bo wiadomo, że ciąża bliźniacza wiąże się z większym ryzykiem. Szczęśliwie udało się donosić ciążę do 37. tygodnia – urodziła się „parka”, czyli chłopiec i dziewczynka. Partner był zadowolony, moja rodzina też – śmialiśmy się, że udało nam się stworzyć model idealny za jednym razem. Nie było nam jakoś szczególnie trudno, bo dzieci nie należały do bardzo wymagających. Miałam też pomoc mojej mamy i bratowej.” – mówi Elżbieta. 

„Kiedy dzieci miały już iść do szkoły, ja byłam już bliżej czterdziestki, okazało się. że znowu jestem w ciąży. Myślałam, że to niemożliwe – ale okazało się, że jednak… A kiedy na wizycie u ginekologa dowiedzieliśmy się, że znowu będą to bliźnięta, wybuchnęłam płaczem. Mój partner był opanowany, wspierał mnie i żartował, że widocznie mamy tak świetne geny, że musimy się dalej rozmnażać. Ale nie wszyscy tak to przyjęli. Moja mama, dotąd wspierająca, zapytała, czy mam już kogoś, kto mi pomoże, bo ona nie ma już tyle siły, co sześć lat temu – i że chyba jestem niepoważna.”

Reakcje rodziny, znajomych i zupełnie obcych ludzi bolą 

Niestety, reakcje otoczenia były dla podwójnej mamy bliźniaków nie były empatyczne. „Nieformalny teść wziął mnie na rozmowę podczas urodzin partnera i zapytał, czy nie mogliśmy wziąć sobie psa, skoro potrzebujemy się kimś opiekować.” – mówi Elżbieta.

„A kiedy w dwudziestym tygodniu trafiłam do szpitala, bo bardzo napinał mi się brzuch, mój brat stwierdził, że przecież to i tak był szalony pomysł… Wtedy mnie zatkało i ograniczyłam kontakty z rodziną. Po porodzie mogłam liczyć na siebie, partnera i parę przyjaciół, którzy sami myślą o większej rodzinie.”

Również na placach zabaw ludzie jej nie oszczędzali. „Na placach zabaw często byłam pytana o to, jak nie mylą mi się imiona dzieci. W szkole – gdy jedna z moich córek zaczęła mieć kłopoty z matematyką – wychowawczyni powiedziała mi, niby pocieszając, że jak na dziecko z wielodzietnej rodziny mała i tak nieźle sobie radzi, bo w “takich” rodzinach dzieci często są pozostawione same sobie… Żałuję, że się wtedy nie odezwałam, ale chciałam po prostu pomóc córce.” 

Elżbieta podsumowuje: „Nasze społeczeństwo uważa z jednej strony, że kobieta może ogarnąć dom, pracę, pięknie wyglądać i jeszcze mieć czas na treningi uważności. Z drugiej strony mało kto wierzy, że można dać sobie radę z większą ilością dzieci i żadnego nie zaniedbać. A to da się zrobić. Ja pracuję i dużo czasu poświęcam dzieciom – ale korzystam też z pomocy pani, która u nas sprząta i czasem gotuje. Nauczyłam się też odpuszczać porządek i planowanie absolutnie wszystkiego. Nie byłam na to przygotowana, miałam inny plan na życie – ale dziś wiem, że lepiej po prostu być nie mogło. Kontakty z mamą, bratem i teściem jakoś się ułożyły. Jednak teraz bardzo pilnuję granic, nie chcę, by ktokolwiek układał mi życie. To zabawne, ale wielomacierzyństwo nauczyło mnie asertywności”.

Kobieta chce dzieci, ale rodzina niekoniecznie miło je wita

W przeciwieństwie do Elżbiety, Marzena od zawsze pragnęła mieć dużą rodzinę. Kiedy spotkała mężczyznę o podobnych zapatrywaniach, wiedziała, że pragnie szybko wziąć z nim ślub i zostać matką. Nie dla wszystkich jednak jej plany były zrozumiałe. „Ponieważ byłam jedynaczką i czułam się samotna jako dziecko, wiedziałam, że będę chciała mieć co najmniej troje dzieci. Mojego Przemka poznałam w mało romantycznych okolicznościach, bo na siłowni. Od pierwszego wspólnego treningu do naszego ślubu minęło mniej niż dwa lata. On tak samo jak ja pragnął być już rodzicem – jest ode mnie sporo starszy. Od razu po ślubie zaszłam w pierwszą ciążę. A trzy dni przed trzecimi urodzinami synka test ciążowy znowu pokazał dwie kreski. Nie mówiliśmy wtedy jeszcze rodzinie, bo obawialiśmy się, że to za wcześnie, a wiadomo, że różnie bywa w pierwszym trymestrze… Szczęśliwie urodził się drugi syn.”

Pojawienie się drugiego syna rozczarowało najbliższych: „Kiedy moja mama i siostra cioteczna przyszły witać nowego wnuka, stwierdziły zgodnie, że “no trudno, nie będę mieć córeczki, ale chłopcy są bardzo udani”. Powiedziałam wtedy, że kto wie, ale chyba nie dotarło do nich, że chcę mieć jeszcze dziecko. Dotarło to do nich wtedy, gdy powiedziałam, że jeszcze nie oddaję ubranek ani nie sprzedaję wózka.”

Jednak plany nie spotkały się ze zrozumieniem. „Mama zapytała, czy zdaję sobie sprawę z tego, że kolejne dziecko to uwiązanie w domu. Ona się trójką nie zajmie, jak będę chciała wyjść gdzieś sama lub z Przemkiem. Mówiła też o tym, że duże rodziny to relikt przeszłości, że przecież nie mam gwarancji, że urodzi się dziewczynka. Chyba była przekonana, że chodzi mi o płeć. Kuzynka zapytała tylko, po co mi to, skoro mogę mieć “normalne” życie. Dla niej normalność to dwoje dzieci i praca na etacie, najlepiej w budżetówce.”

Mąż usłyszał pytanie, czy nie wolał żony z normalnymi ambicjami 

Dalsze otoczenie także nie rozumiało planów Marzeny. “Najbardziej raniące było to, co usłyszał mój mąż, kiedy byłam już na zwolnieniu w czwartej, upragnionej ciąży (trzecia ciąża niestety zakończyła się poronieniem). Jego matka i ojciec zapytali go, czy nie wolał żony z normalnymi ambicjami, czyli z chęcią robienia kariery.”

„Po porodzie, który nastąpił przedwcześnie, zmagałam się z depresją poporodową. Moja rodzina poza mężem w ogóle mnie nie rozumiała. Mówili, że przecież sama to sobie zrobiłam i w depresji widzieli dowód na to, że mieli rację. Nawet jedna kobieta z forum dla osób zmagających się z problemami psychicznymi napisała mi, że nie dziwi się, bo ją wpadka przy dwójce dzieci też by złamała! Ludzie zakładali, że sobie nie radzę, że trzecie dziecko było wpadką, albo że jestem po prostu głupia. Tak jak moi teściowie.”

Jeśli jest ci trudno, sama jesteś sobie winna

W większości „winna” jest kobieta. Marzena mówi o tym: „Oczywiście mój mąż nie był krytykowany, tylko ja. Z depresji wyszłam dzięki lekom i terapii, ale to nie oznacza, że mamy łatwe życie. Sama logistyka to jedno, dajemy jakoś radę. Jednak na przykład na forach dla mam, na których swego czasu się udzielałam, byłam traktowana jak jakiś okaz. Kiedy zadawałam jakieś pytanie, uznawano, że nie powinnam danej rzeczy nie wiedzieć, bo przecież „już tyle razy to przechodziłam”.” 

Kobiety przestają się więc zwierzać innym w obawie przed oceną. „Nikomu nie mówiłam także o problemach finansowych, które mieliśmy parę lat temu. Wiem, że to stereotypowe, że duże rodziny klepią biedę, nie chciałam, żeby nas tak zaszufladkowano. Mamie czy kuzynce, z którą wcześniej miałam dobry kontakt, nie mogę się tak zwyczajnie czasem pożalić, gdy jest mi trudno. Ich miny i prychnięcia mówią „sama chciałaś”. Matka więcej niż dwójki dzieci ma być alfą i omegą, ma być niezniszczalna i nie mieć problemów. Bo trzecie lub kolejne dziecko jest postrzegane jako kaprys, na który mogą pozwolić sobie tylko wybrani superludzie.”

Jak zrozumieć się w rodzinie
Jak zrozumieć małe dziecko
Rozwój seksualny dzieci

Zakochaliśmy się w rodzicielstwie

Zdarza się również tak, że swoje zdanie na temat większej ilości dzieci nieproszone wygłaszają również te osoby, które powinny otaczać troską kobiety – zwłaszcza te ciężarne, rodzące i zajmujące się małymi dziećmi. Jolanta, która jest matką piątki dzieci, została w okrutny sposób potraktowana przez położną, która przyjmowała jej ostatni poród:

„Pochodzę z rodziny, która uważa się za światłą i nowoczesną, a także tolerancyjną – jak potem się okazało, w sposób wybiórczy. Rodziny wielodzietne, podobnie jak niepracujące zawodowo kobiety, mama, tata i dziadkowie uważali za coś, co szczęśliwie zdarza się już coraz rzadziej – mama wielokrotnie mówiła, że najlepszym wynalazkiem świata jest nowoczesna antykoncepcja.”

Stereotyp wielodzietnej matki to kiepsko wykształcona kobieta, która nie zachodzi w ciążę z własnej woli. Nikt nie wierzy, że ktoś może po prostu lubić bycie rodzicem większej gromadki. „Ja się nad tym szczególnie nie zastanawiałam – mówi Jolanta – skończyłam dwa kierunki studiów, zaczęłam zarabiać sensowne pieniądze i… zaszłam w ciążę ze swoim narzeczonym. Ucieszyliśmy się i postanowiliśmy, że będziemy oboje pracować zdalnie, by jak najwięcej czasu poświęcić dziecku. A potem… zakochaliśmy się w rodzicielstwie. Nie umiem tego do końca opisać, ale my nie tylko kochaliśmy nasze dziecko, ale także bycie rodzicami. I wtedy postanowiliśmy, że chcemy mieć naprawdę dużo dzieci.”

Położna zapytała, czy liczę pieniądze, czy chcę zatrzymać chłopa

Osoby z otoczenia matki kilkorga dzieci, w tym nawet najbliżsi, mają kłopot z uznaniem, że można chcieć mieć więcej dzieci, z powodów innych niż finansowe. „Przy trzeciej i czwartej ciąży usłyszałam wiele przykrych słów od mojej mamy. Pytała, czy mi nie szkoda życia, czy nie jestem w jakiejś sekcie albo czy to mój mąż (po pierwszym dziecku wzięliśmy ślub) mnie nie zmusza do wielodzietności. Przy piątej ciąży nie powiedziała już nic. Natomiast przy porodzie, gdy powiedziałam położnej, który raz rodzę, usłyszałam pytanie, czy liczę pieniądze od rządu, czy chcę zatrzymać przy sobie chłopa.”

Takie słowa pozostawiają rany. Jak mówi Jolanta: „Te słowa chyba na długo zablokowały mi poród, bo był bardzo długi i bolesny… Potem wiele razy do mnie wracały. Zdałam sobie sprawę, że naprawdę często ludzie myślą, że wielodzietnym jest się dla pięćset plus. To bzdura! Ja mimo piątki dzieci dalej pracuję (choć zdalnie i w niepełnym wymiarze godzin), a mąż prowadzi dobrze prosperującą firmę. Na osiedlu budzimy sensację – wiele razy zapytano mnie, czy te wszystkie dzieci są moje. Kiedy moja dalsza znajoma chciała mnie wciągnąć w zawodowy projekt, zapytała, czy nie wycofam się za pół roku z chęci „dobicia do dziesiątki dzieci”. Wycofałam się – ale przyczyniło się do tego jej chamstwo.”

Wielodzietność = wykluczenie?

Jolanta mówi, że wsparcie ma jedynie z grup dla rodzin wielodzietnych. Dodaje: „Dużo dzieci oznacza w Polsce wykluczenie. Znajomi z jednym lub dwójką dzieci rzadko nas zapraszają, bo piątka dzieci potrafi zrobić niezły sajgon i chociażby dużo zjeść.  Nie jest nam też łatwo wozić dzieci na wszelkie zajęcia dodatkowe, bardzo rzadko wychodzimy całą rodziną do restauracji. Gotujemy w domu, czas spędzamy na łonie natury. Jasne, czasem tęsknię za tym, by mieć w domu ciszę. Czasami jestem sfrustrowana. Wiem, że z jednym dzieckiem da się na przykład polecieć na egzotyczne wakacje, z piątką już nie za bardzo. Ale tak to już jest, że z czegoś w życiu trzeba zrezygnować. Wielodzietni z grup i forów to rozumieją i potrafią naprawdę prowadzić znakomite, inspirujące życie. Bo sama wielodzietność to przecież taki styl życia”.”

Wielodzietne rodziny są różne. Przestańmy oceniać!

Współcześni Polacy nieczęsto decydują się na wielodzietność, czyli – według obecnej definicji – posiadanie trojga i więcej dzieci. Bycie rodzicem większej ilości dzieci czasami bywa wynikiem nieplanowanej ciąży (jak było w przypadku Elżbiety), ale często jest wynikiem świadomej i przemyślanej decyzji

Historie matek, które opowiedziały mi o swoim życiu, są dowodem na to, że wielodzietne rodziny – tak samo jak wszystkie inne – są zróżnicowane. Opowieści o przykrych doświadczeniach osób żyjących w większych rodzinach pokazują jednak, że często myślimy o nich stereotypowo. 

Pomysł, by krytykować innych z powodu dużej ilości dzieci ma ten sam rdzeń, co krytykowanie czyjejś bezdzietności lub bycia rodzicem jedynaka. Jest nim przekonanie, że istnieje „jedyny słuszny” model rodziny, a my wiemy lepiej, jakie wybory w zakresie prokreacji powinni podejmować członkowie rodziny lub znajomi. Tymczasem, zamiast przypisywać sobie tego rodzaju kompetencje, lepiej jest po prostu zaoferować innemu rodzicowi – niezależnie od ilości pociech, jaką ma pod opieką –  pomoc lub chociażby wspierający komunikat.

Niektóre imiona i szczegóły zostały zmienione.

Związki Partnerskie

Życie seksualne rodziców

Ta książka jest więc dla wszystkich, którzy chcieliby każdego dnia świadomie pielęgnować miłość. „Dojrzałość do relacji to zrozumienie, że nie da się mieć wszystkich, ale że można mieć z jedną osobą wszystko, czego potrzeba”.

Autor/ka: Angelika Szelągowska-Mironiuk

Psycholożka, psychoterapeutka, dziennikarka. Pracuje na uczelni jako asystentka oraz w gabinecie jako psychoterapeutka. Razem z mężem prowadzi blog i fanpage „Katolwica&Mąż”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *