Kategorie
NATULI

„Najtrudniejsze były dwa miesiące oczekiwania na nasze dziecko”. O adopcji rozmawiamy z Anną Komorowską

Rozmowa z Anną Komorowską – architektką krajobrazu, pedagogiem, mamą Franka.

Dzieci są ważne: Kiedy i dlaczego podjęliście decyzję o adopcji dziecka?

Anna Komorowska: Decyzja o adopcji dziecka zapadła dość szybko. Nikt nie oświadczył jednoznacznie, że nie mamy szans na biologiczne dzieci. Wciąż słyszeliśmy – są jakieś przeszkody, ale proszę próbować dalej. Doszliśmy do wniosku, że szkoda nam czasu, pieniędzy i energii na wieloletnie starania, które i tak mogą zakończyć się niepowodzeniem. Dla nas było to oczywiste, że chcemy mieć dużą rodzinę, a adopcja wydała nam się zupełnie naturalnym rozwiązaniem. Na pewno bardziej naturalnym niż sztuczne wspomaganie. I faktycznie, na kursie dla kandydatów na rodziców adopcyjnych byliśmy najmłodsi, z najkrótszym stażem małżeńskim. Nie wiem czy to dobrze, ale cieszę się, że nie zwlekaliśmy.

D. s. W.: Jak się do tej adopcji przygotowywaliście?

A. K.: Najpierw prawnie. Gdy podjęliśmy decyzję o adopcji, byliśmy w związku nieformalnym. Polskie prawo uniemożliwia takim parom adopcję, dlatego pierwsze kroki skierowaliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego. Poprosiliśmy o pierwszy wolny termin. Kolejny krok to wizyta w ośrodku. I tu pojawiał się kolejny problem, bo wszystkie ośrodki mają określony „wymagany minimalny staż małżeński”, który w naszym przypadku był mikroskopijny. Na szczęście nasz ośrodek spojrzał na całą naszą historię, a nie tylko na papiery, choć musieliśmy odczekać rok po ślubie, zanim zaczęliśmy kurs. To i tak nieźle, bo w niektórych ośrodkach czekalibyśmy pięć lat. Później było już zwyczajnie – komplet dokumentów, wizyty w domu, testy psychologiczne i oczywiście wspomniany kurs na kandydatów na rodziców adopcyjnych. Kurs może wydawać się czymś dziwnym i budzi opory, ale dla nas był bardzo ważnym czasem. Nie chodzi nawet o przekazywaną wiedzę, choć na pewno też, ale właśnie o takie emocjonalne przygotowanie. Każde spotkanie było dla nas pretekstem do wielogodzinnych rozmów, rozważań. W zasadzie każdy kandydat na rodzica powinien mieć możliwość wzięcia udziału w takim cyklu spotkań. Po skończeniu kursu otrzymaliśmy kwalifikację i zaczęło się czekanie…

anna-komorowska3

D. s. W.: Jakie warunki należy spełnić, żeby adopcja była możliwa?

A. K.: Dziecko może adoptować małżeństwo lub osoba samotna (czyli związki nieformalne odpadają), posiadająca stały dochód, warunki mieszkaniowe i predyspozycje. Każdy przypadek jest indywidualnie oceniany podczas spotkań z psychologiem i wizyt w domu. Przyjmuje się, że różnica wieku między dzieckiem a rodzicem nie może być mniejsza niż 18 lat i większa niż 40, co oznacza, że 45-latkowie nie mają raczej szans na niemowlę. Poszczególne ośrodki mogą mieć też własne wymagania.

Jeśli chodzi o kwestie formalne, muszę powiedzieć jedno – to tylko lista do odfajkowania, nic strasznego. Wiele osób z przerażeniem słuchało naszych opowieści o sądach, urzędach i dokumentach do wypełnienia. A nie ma się czego bać. Przez wszystko pomaga przejść ośrodek (przynajmniej nasz, Profamilia w Krakowie, bardzo pomaga). Jest lista i wszystko wykonuje się krok po kroku, dokładnie wiedząc, jaki będzie następny ruch. Dla mnie jedynie próby znalezienia przyczyny niepłodności były jak błądzenie po omacku i wielka niewiadoma.

D. s. W.: Jak poznaliście swojego synka?

A. K.: Pewnego marcowego dnia, cztery miesiące po otrzymaniu kwalifikacji, otrzymaliśmy informację o 6-miesięcznym chłopcu do adopcji. Opis był krótki i zwięzły. Taka informacja to pierwszy krok. Kolejne to – karta dziecka, wizyta u dziecka, złożenie wniosku o adopcję – po każdym podejmuje się decyzję, czy chce się iść dalej. My chcieliśmy. Tego samego dnia zobaczyliśmy jego kartę, czyli trochę więcej informacji, oraz zdjęcie. Mieliśmy czas do następnego dnia, aby zdecydować, czy chcemy go poznać. Kilka dni później pojechaliśmy do rodzinnego domu dziecka, w którym przebywał. W asyście osób z tamtejszego ośrodka adopcyjnego po raz pierwszy zobaczyliśmy Franka. Następnego dnia złożyliśmy dokumenty w lokalnym sądzie.

anna-komorowska1

D. s. W.: Ile czasu upłynęło od momentu poznania Franka do czasu, kiedy zamieszkaliście razem?

A. K.: Niestety sąd, któremu podlegała sprawa, działa bardzo opieszale. Przez kolejne dwa miesiące Franek musiał przebywać w domu dziecka. Gdy zabraliśmy go do domu, czekaliśmy kolejne siedem na ostateczną rozprawę. Gdyby sprawa miała miejsce w innym mieście, być może moglibyśmy go zabrać już po dwóch tygodniach, a po trzech czy czterech miesiącach byłby już prawnie naszym synem. Tak więc bardzo dużo zależy od lokalnego sądu, a także od wieku dziecka. Im starsze dziecko, tym potrzeba więcej czasu, aby oswoiło się z nową sytuacją i zaakceptowało opiekunów.

D. s. W.: Jak sobie radziliście z tą sytuacją emocjonalnie?

A. K.: Najtrudniejsze dla mnie były te dwa miesiące oczekiwania. Wyobraź sobie, że bierzesz na ręce dziecko i już wiesz, w ułamku sekundy, że jest to twój syn. A potem musisz go oddać i wracać na drugi koniec Polski do domu, i czekać, aż jakiś urzędnik przełoży jeden papierek z biurka na biurko. Na szczęście Franek przebywał w bardzo dobrym, rodzinnym, a nie instytucjonalnym domu dziecka, gdzie był otoczony prawdziwą troską i miłością. Jesteśmy niezmiernie wdzięczni Mai i Waldkowi, którzy włożyli całe swoje serce w opiekę nad naszym dzieckiem.

D. s. W.: Jak oceniacie cały proces adopcyjny w kontekście swojej rodziny?

A. K.: Ze względu na trudności związane z sądem, a także wymogi prawne, które „przepchnęły” nas jeszcze przez USC, był to dość długi proces. Ale bardzo ważny. Wszystko, co wydarzyło się po drodze, bardzo umocniło nas jako parę. Plusem adopcji, jeśli można tak powiedzieć, jest to, że jest to zawsze bardzo świadoma i przemyślana decyzja.

D. s. W.: Czy ludzie, których spotykaliście w urzędach byli wam pomocni? Czy cały proces nastawiony jest na pomoc czy raczej piętrzenie trudności? Czy jest coś, co byście zmienili?

A. K.: Wszystko zależy od ludzi. Bardzo cenimy pomoc naszego ośrodka adopcyjnego, który cały czas był przy nas i pomagał jak tylko mógł. A jak nie mógł, to wspierał duchowo. O sądzie już pisałam – urzędnicy, którzy widzą papierki, a nie dziecko. Kolejne trudności pojawiły się, gdy Franek był już u nas – a to ZUS nie chciał dać Michałowi urlopu macierzyńskiego (a dokładniej mówiąc „urlopu na prawach urlopu macierzyńskiego”, który mu się należał), ani przyjąć zgłoszenia synka do ubezpieczenia, a to urząd miasta odrzucił wniosek o zasiłek pielęgnacyjny. Śmieję się, że w tym czasie wyspecjalizowaliśmy się w pisaniu skarg na urzędników. Ale też staraliśmy się edukować – drukowaliśmy ustawy, podkreślaliśmy markerem odpowiednie zapisy. Żeby kolejne osoby w podobnej sytuacji miały ciut łatwiej. Jeśli chodzi o samą procedurę w ośrodku, wszystko jest jasne – wiadomo jakie potrzebne są dokumenty, co gdzie załatwić. Gorzej jest później, w tym okresie, gdy dziecko jest już z rodziną, ale formalnie ma jeszcze innego opiekuna prawnego. Ten okres przejściowy jest potrzebny ze względów emocjonalnych, adaptacyjnych. Ale w urzędach – koszmar. Na przykład gdyby Franek musiał mieć wyrwany ząb lub przejść inny zabieg (nie mówiąc już o operacji), zgodę na jego wykonanie daje opiekun prawny, który w naszym przypadku był na drugim krańcu Polski.

anna-komorowska2

D. s. W.: Czy rodzinom podczas procesu adopcyjnego oferowane jest wsparcie psychologiczne?

A. K.: Nie tylko podczas procesu, ale też po. Rodzina adopcyjna ma zawsze prawo zgłosić się do jakiegokolwiek ośrodka adopcyjnego w Polsce z prośbą o pomoc.

D. s. W.: Czy wasza historia jest podobna do innych, które znacie?

A. K.: Na pewno każda historia jest inna. Wśród par, które były z nami na kursie są tacy, którzy są już rodzicami dwójki czy trójki dzieci, tacy, którzy z różnych powodów musieli zrezygnować z proponowanego im dziecka, ale też tacy, którzy doczekali się swojego biologicznego potomstwa. Ale pojawiają się też podobne wątpliwości i trudności (na przykład urzędnicze), dlatego zawsze warto rozmawiać i spotykać się z innymi rodzinami.

D. s. W.: I najważniejsze pytanie: Jak w tym wszystkim odnalazł się Franek?

A. K.: Franek był bardzo mały, gdy nas poznał. Od początku życia przebywał wśród ludzi, którzy otoczyli go dobrą opieką, był więc bardzo pogodnym i komunikatywnym dzieckiem. Jest też bardzo odważny i pewnie wchodzi w nowe sytuacje. Myślę, że te pierwsze miesiące życia, a także jego charakter, pozwoliły mu przejść bardzo łagodnie wszystkie zmiany. A było ich sporo – nowi opiekunowie, nowi rehabilitanci, nowe zwyczaje, nowe miejsce zamieszkania, a nawet inny mikroklimat. Jest bardzo dzielny. A może po prostu nas polubił?

Na pewno najtrudniejsze chwile jeszcze przed nim. W momencie, gdy uświadomi sobie, że został porzucony przez biologicznych rodziców. Naszą rolą będzie wspierać go, ale też wytłumaczyć mu jaki był tego powód, że nie była to łatwa decyzja, że wynikała z chęci zapewnienia mu lepszego życia, a nie z braku miłości. Właśnie dlatego rodziny adopcyjne potrzebują wsparcia psychologicznego, również długo po zamknięciu procedury.

D. s. W.: Czy myślicie o adopcji kolejnego dziecka?

A. K.: Właśnie zakończyliśmy część formalną przygotowań, otrzymaliśmy kwalifikacje i czekamy na kolejne dziecko.

Anna Komorowska – architektka krajobrazu, pedagog. Autorka licznych publikacji na temat współczesnej architektury krajobrazu, placów zabaw i partycypacji dzieci w projektowaniu. Od 2008 r., wspólnie z Michałem Rokitą, prowadzi pracownię k., gdzie zajmuje się edukacją architektoniczną dzieci i młodzieży oraz projektowaniem przestrzeni dla dzieci. 

Autor/ka: NATULI dzieci są ważne

Redakcja NATULI Dzieci są ważne

1 odpowiedź na “„Najtrudniejsze były dwa miesiące oczekiwania na nasze dziecko”. O adopcji rozmawiamy z Anną Komorowską”

Widzę, że proces adopcyjny w Polsce jest bardzo podobny do tego na Tajwanie. My również musieliśmy czekać ponad dwa miesiące od poznania Ani do jej zamieszkania z nami. W ciągu tych dwóch miesięcy odwiedzaliśmy ją jeżdżąc na drugi koniec kraju, a dwa razy przywieźliśmy ją nawet na kilka dni do nas do domu. Za każdym razem musieliśmy jednak ją odwozić – taka huśtawka – raz tu raz tam na dobre Ani nie wyszła, bo jak tylko się do nas przyzwyczajała, to musiała wyjeżdżać i tydzień lub nawet dwa się nie widzieliśmy.
Od czasu gdy Ania z nami zamieszkała do całkowitego przejęcia praw rodzicielskich minął równo rok!
Ania ma 4 latka i jest z nami od półtora roku, w tym czasie nauczyła się świetnie polskiego i trochę angielskiego. Jest kochaną, bardzo mądrą i grzeczną dziewczynką i cieszymy się, że jest z nami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.