6 powodów, dlaczego empatyczne rodzicielstwo sprawdza się w wielodzietności
| 6 powodów, dlaczego empatyczne rodzicielstwo sprawdza się w wielodzietności

6 powodów, dlaczego empatyczne rodzicielstwo sprawdza się w wielodzietności

Podobno rodzicielstwo bliskości, empatyczna komunikacja i skupianie się na potrzebach dziecka są fajne, gdy się ma tylko jedno dziecko. Jedyne, z którym trzeba się „pieścić”, nad którym człowiek ma czas się pochylać, z którym ma siłę dialogować.

Trójka, którą mam, to jeszcze nie jest galopująca wielodzietność – jednak czasu i uwagi jest już mniej, niż przy jedynaku. A mimo to, właśnie rodzicielstwo bliskości jest podejściem, które ratuje naszą gromadkę każdego dnia.

Oto moja subiektywna lista zalet rodzicielstwa bliskości w wielodzietności

1. Pomaga dopasować oczekiwania do realnych możliwości dzieci:

Teoria teorią, a życie życiem – jednak dopiero dzięki przeczytaniu tony mądrych książek mogłam skonfrontować swoje oczekiwania wobec dzieci z ich aktualnymi zasobami. Okazało się, że wymaganie od trzylatki, że będzie sama sprzątała po zabawie, od pięciolatki, że zawsze okiełzna emocje i rozwiąże konflikt z bratem w sposób cywilizowany, oraz od roczniaka, że będzie zasypiał bez niczyjej pomocy – bywa wyzwaniem ponad siły człowieka w danym wieku.

Wyszło na to, że albo zaakceptuję zastaną rzeczywistość, albo poświęcę sporo czasu na to, by ją przyspieszyć – i nie mam gwarancji, że uda się to osiągnąć. Zaakceptowałam, pomagam sprzątać, staram się dzielnie przyjmować dziecięce kłótnie, kładę się obok zasypiającego dziecka. Kilka spięć dziennie mniej.

2.Nauczyłam się ufać dzieciom:

Im bardziej są samodzielne, tym mniej muszę im kwokować – wiadomo. Zależało mi jednak bardzo na tym, aby usamodzielnianie się nie wypływało z mojego chronicznego braku czasu (jedź sam, bo ja nie dam rady z tobą; umyj się, bo jestem zajęta; rozwiążcie to między sobą, bo ja nie mam już siły), ale z mojego autentycznego zaufania do nich i wiary w ich siły.

Dlatego od najmłodszych lat, a nawet miesięcy, zaczynały jeść samodzielnie, nakładać sobie porcje ucząc się przewidywania, ile są w stanie zjeść, poszerzały swoją samodzielność w zakresie czynności samoobsługowych; zachęcałam je do podejmowania decyzji i przewidywania konsekwencji tychże (jak myślisz, co można zrobić w takiej sytuacji i jak to zadziała?); powstrzymywałam się przed narzucaniem im, jak ciepło powinny się ubierać, kiedy powinny czuć się zmęczone i jak w ogóle powinny się czuć. Starałam się wspierać je w dochodzeniu do porozumienia z rodzeństwem, szukaniu rozwiązań konfliktowych sytuacji, bez podsuwania pomysłów, jak należało to zrobić – jeśli nie było palącej konieczności. Na wiele z tych rzeczy nie zdobyłabym się, gdybym nie usłyszała od kogoś wcześniej, że mogę zaufać swoim dzieciom, że poradzą sobie z wolnością w danym obszarze (oczywiście w pewnych granicach – patrz punkt pierwszy).

3. Dzieci nauczyły się ufać mi:

Odrzucenie kar i restrykcji było trudne i wymagało mnóstwa czasu, jednak pomogło nam zbudować więź opartą na wzajemnym szacunku i zaufaniu dzieci, że chcemy dla nich dobrze. Zaufaniu nie tylko przyjmowanym głową, ale przede wszystkim – sercem. Nasze dzieci wiedzą, że nie muszą się bać, że w naszej relacji jest miejsce na dialog, że chcemy je rozumieć i staramy się szanować ich potrzeby, motywacje.

Budowanie tego porozumienia zajęło sporo czasu i generowało wiele sytuacji, w których dzieci nie podporządkowywały się naszym poleceniom – z perspektywy tych paru lat widzę jednak, że to był dobry czas, który zaczyna przynosić owoce. Nie, nie zawsze jest jak w zegarku i wciąż musimy się odnajdować w sytuacji, gdy nasze dzieci mówią nam: NIE. Kiedy jednak sprawa jest ważna i nie ma czasu na pochylanie się nad każdym szczegółem, mam poczucie, że decydują się na współpracę z nami, bo chcą, a nie dlatego, że muszą.

4. Specjalizuję się w odczytywaniu drugiego dna:

Wiem, że motywem każdego działania są konkretne potrzeby, a samo działanie – strategią dla zaspokojenia tych potrzeb. Zamiast więc poświęcać czas i energię na wyeliminowanie niepożądanych zachowań, nauczyłam się szukać potrzeb, które się za nimi kryją – i to nimi zajmować się w pierwszej kolejności.

Odpuściłam więc sobie napominanie dzieci, żeby odzywały się do siebie „grzecznie”, nie biły się i nie wrzeszczały przy byle okazji – i starałam się zmieniać bieg rzeki u jej źródła. Czasem wypływało to z „zasiedzenia w domu” – wychodziliśmy wówczas więcej na zewnątrz. Gdy powodem były trudne sytuacje w przedszkolu, staraliśmy się rozładowywać emocje w zabawie, siłowankach lub rozmawiając o tym, co się wydarzyło. Gdy w tych dziecięcych przepychankach odzywała się frustracja związana z niedostatecznym poczuciem bliskości, otaczaliśmy dziecko swoją uwagą, organizując wyjścia sam na sam z mamą lub tatą.

Sięgając do przyczyny, usuwam skutek, dzięki czemu trudne sytuacje nie są przysypywane, by za chwilę odezwać się ponownie, tylko skutecznie się rozładowują. Trójka dzieci to trzy razy więcej takich sytuacji, więc czyszczenie ich na bieżąco jest faktycznym wybawieniem.

5. Przestałam się zadręczać:

Tym, że nie mam siły, cierpliwości, ochoty, nastroju. Zaczęłam dostrzegać, że ja też mam potrzeby i one są tak samo ważne – jeśli spędzam z dziećmi dużo czasu, potrzebuję odskoczni, doładowania akumulatorów. Nie jestem beznadziejną matką, gdy mam ochotę uciec i pobyć trochę bez nich. Gdy nie kręci mnie zabawa w dom ani układanie puzzli. Gdy zamiast bawić się w zgadywanki, lepić z masy solnej czy wyplatać koszyczki, mam ochotę zaszyć się w kąciku, gapić bezmyślnie w ekran lub poczytać książkę. Nie o dzieciach i nie dla dzieci.

Przestałam też roztkliwiać się nad swoimi upadkami. Czasem krzyczę, czasem gadam głupoty, bywa, że grożę, albo wychodzę z dziecięcego pokoju z wielkim hukiem. Nie jestem z siebie dumna, i wolałabym inaczej, jednak wiem, że każdego dnia wkładam wiele pracy w bycie dobrą mamą – i jutro też będę miała ku temu okazje. Nauczyłam się jednak przepraszać swoje dzieci i nie obarczać ich odpowiedzialnością za własne porażki (nakrzyczałam na ciebie, bo mnie w ogóle nie słuchałeś!).

6. Pilnuję, by w parze z ilością wciąż szła jakość:

A może nawet – aby przede wszystkim szła jakość. Życie w pięcioosobowej rodzinie niesie ze sobą każdego dnia masę ustępstw, sytuacji, w których trzeba podporządkować się ogółowi, schować swoją niezależność i współdziałać. Chcę, aby moje dzieci czuły się kochane, zauważane i szanowane mimo tych wszystkich ograniczeń, aby jeśli nie zawsze mogą mieć to, czego chcą, dostawały to, czego faktycznie potrzebują. Aby wiedziały, że są ważne, choć nie są jedyne.

Nie zawsze mogę spędzić z każdym dzieckiem na osobności choćby kwadrans dziennie. Skoro nie, to staram się dawać swoją uwagę, zainteresowanie, zaangażowanie w drobnych chwilach każdego dnia. Akceptując to, co przeżywają, nazywając ich potrzeby (nawet gdy nie mogę ich w danym momencie zaspokoić), słuchając tego, co opowiadają – daję im sygnał, że jestem na nie otwarta i że zależy mi na budowaniu relacji z nimi.

Nie muszę zgadzać się na to, by ich pragnienia dezorganizowały życie całej rodziny – jednak nie zgadzając się mogę wyrazić to, że widzę te pragnienia i wiem, jak są dla dziecka w tej chwili ważne. Chcę się pochylać nad nimi właśnie dlatego, że wiem, że nikt nigdy potem nie będzie się już tak nad nimi pochylał. Nie będzie się zastanawiał, jakie potrzeby nimi kierują, co przeżywają, może nie zapyta, co mogłoby im pomóc w danej sytuacji. Nasza relacja jest wyjątkowa, jedyna, i zostawi w nich ślad na całe życie. Chcę, żeby każde z nich niosło ten ślad z radością, i odciskało go w innych.

Nie odkryłabym tego wszystkiego, gdybym nie odkryła rodzicielstwa bliskości. Nie wiem, czy potrafiłabym tak cieszyć się macierzyństwem, gdybym nie dokonała tych odkryć. Nie jest sielankowo, jednak jestem rodzicem szczęśliwym – i mam nadzieję, że takie też czują się moje dzieci.

Foto

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Małgorzata Musiał

Na co dzień pracuje w toruńskim stowarzyszeniu Rodzina Inspiruje!, prowadząc warsztaty dot. wychowywania, realizując program „Szkoła dla rodziców” i organizując eventy dla rodzin z małymi dziećmi. Jest doradczynią noszenia w chustach oraz jednym z niewielu w Polsce mentorem grup SAFE, profesjonalnie wspierającym świeżo upieczonych rodziców. Skończyła studia pedagogiczne, jednak największym polem doświadczalnym jest dla niej – rzecz jasna – matkowanie trójce potomków. Tym doświadczeniem dzieli się na blogu www.dobrarelacja.pl
Odwiedź stronę autorki/autora: http://dobrarelacja.pl/




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

Dlaczego nuda jest potrzebna?

Naturalne czy stylizowane? Jakie zdjęcia warto zrobić noworodkowi

Kiedy dziecko ciągle mówi “nie”. Rozmowa Moniki Szczepanik i Eweliny Adamczyk

Przejdz do: