O rodzeństwie. "Czy oni się kochają, skoro się tak tłuką?"
| O rodzeństwie. „Czy oni się kochają, skoro się tak tłuką?”

O rodzeństwie. „Czy oni się kochają, skoro się tak tłuką?”

Kiedy okazało się, że będziemy mieli kolejną córkę, znajoma prorokowała: „Ale fajnie, starsza będzie miała wspaniałą przyjaciółkę w młodszej siostrze, niesamowitą więź i relację do końca życia!”

Nie zliczę, ile razy miałam ochotę zaprosić ową znajomą do nas i pokazać jej ową więź.
– Oddawaj, to moja lalka!
– Nieprawda, moja, a Ty jesteś głupia!
Po chwili:
– Aaaa, nie gryź mnie, wariatko! Mamo, ona gryzie!
– To moja lalka! Oddawaj w tej chwili, stara małpo!

Relacja…

Tak kończy się wiele wspólnych zabaw. Święty by nie wytrzymał, a jako że ja nie aspiruję… no, w każdym razie, bywało różnie.
Trochę czasu zajęło mi przyjęcie (nie tylko odkrycie, ale właśnie – przyjęcie całym sercem) prostej prawdy, że w ten sposób mogą wyglądać relacje między rodzeństwem – relacje pełne miłości, wzajemnej sympatii, oddania i przywiązania. Że dzieci mogą się lać i obrzucać „starymi małpami”, po czym usiąść całkiem zgodnie do układania puzzli. I znów dać sobie po pysku, gdy – w ich mniemaniu – nadejdzie taka konieczność.

Mam wrażenie, że te spięcia najbardziej przeżywam ja sama. Zatem powstrzymuję się od ingerencji tak długo, jak jest to możliwe – gdy wrzaski nie przekraczają jakiegoś dopuszczalnego poziomu decybeli, krew się nie leje, a wyzwiska mieszczą się w naszym kanonie. Próbuję zająć się czymkolwiek innym – zalecano mi rozmyślanie o kolejnych wakacjach, ale to bywa dość frustrujące, więc często myślę o czymkolwiek. Łącznie z tematem kolejnego felietonu.
I, kurczę, wiele kłótni wygasa, zanim zdążę porządnie pomyśleć. Nie wiem, czy to kwestia mojego braku wprawy w myśleniu czy raczej dziecięcego wysycenia się kłótnią – grunt, że to często pomaga nam wszystkim.

Jeśli jednak nie pomoże, ruszam na pomoc. Najczęściej po prostu opisuję to, co widzę, bez oceniania.
– Jest jedna lalka i każda z Was chce się nią bawić.
– Ty zbudowałeś sobie pojazd z klocków, a ona chce Ci go odebrać, tak?
I zachęcam dzieci do poszukiwania rozwiązań. Staram się nie podpowiadać, nie naciskać, aby coś konstruktywnego (w mojej ocenie) wymyśliły. Czasami wystarczy im, że ponazywam to, co się z nimi działo („wkurzyłaś się, kiedy zepsuła Ci to, nad czym tak długo pracowałaś, co?”), czasem mój spokój się im udziela, czasem po prostu się rozchodzą, pokazując sobie języki.

Ha, skąd wziąć spokój? Warto odkryć, co nas w dziecięcych sporach denerwuje. Mnie wkurzało moje wewnętrzne przekonanie, że jeśli tak drą koty, to się nie lubią. Kiedy zaczęłam wyłapywać sytuacje świadczące o tym, że się kochają i dbają o siebie nawzajem, odpuściłam. Przestałam oceniać („Dlaczego ty zawsze jej zabierasz? Czemu zawsze go oskarżasz? Dlaczego nie umiecie się razem bawić?”), a zaczęłam nieść im pomoc, potrzebną na danym etapie do rozwiązania konfliktu.

Opatrywanie ran

A jeśli sprawy zajdą na tyle daleko, że któreś dziecko przybiega do mnie z płaczem (lub woła rozdzierająco z drugiego pokoju), powtarzam sobie w myślach: „Bądź sanitariuszką, a nie sędzią!”.
Opatruję rany (niekoniecznie fizyczne – rany na duszy wymagają takiej samej troski!), bez typowania winnego, ofiary, prześladowcy, bez moralizowania. Jak ratownik na miejscu wypadku – nie spisuje protokołu, bo to nie jego sprawa.
– Uderzyła Cię, boli, co? Pomasuj sobie rączkę/chodź, pomasuję.
– Nazwała cię głupią krową? Chyba zrobiło ci się bardzo przykro, co?

Uwierzcie mi (choć ja też nie wierzyłam) – im to wystarcza. Wcale nie czekają, aż rzucę się na oskarżane dziecko, ukarzę, zbesztam czy co tam jeszcze. Opatruję ich rany, a czasem nawet nie zdążę – bo wypowiedzą ostatnie słowo i znikają w swoim pokoju.
Jeden jedyny raz zabawiłam się w sędziego, ale wycofałam się dość szybko – zeznania obu stron wzajemnie się wykluczały, z każdym zdaniem oddalaliśmy się od meritum, a ja czułam, że daję się wciągać w jakieś układy, na które zupełnie nie mam ochoty. No i nigdy nie mam pewności, kto faktycznie zaczął, a może miał powód, a może relacja jest napięta od jakiegoś czasu, a może…. Tysiąc niuansów, których mogę nie dostrzegać. Zajmuję się więc tym, co widać.

Po pierwsze nie szkodzić

Primum non nocere – ta medyczna maksyma dobrze się wpisuje w relacje rodzeństwa. Noszę ją w sercu i naprawdę staram się nie ingerować bardziej, niż to konieczne. Pilnuję kilku spraw:

  1. Zapewniam dostęp do rzeki (o dostęp do niej walczyły ze sobą wszystkie plemiona – dawała szanse przetrwania). Troszczę się o potrzeby psychiczne dzieci, zatem staram się, aby każde miało dostęp do rzeki w takim stopniu, w jakim potrzebuje – i jaki mogę ofiarować. Rytuałem są u nas wyjścia sam na sam – jest to dla nich bardzo ważne, być tylko ze mną. Nawet jeśli to tylko wyjście do sklepu.
  2. Kocham ich wyjątkowo, ale nie jednakowo. Nie są tacy sami, każde z nich potrzebuje innych przejawów mojego zainteresowania, każde jest wyjątkowe. Każde ma w sobie coś, co uwielbiam, różne pasje, talenty, całkiem odmienne temperamenty. Kocham każde z osobna, bez związku z tym, jaki jest brat/siostra. Być kochanym tak samo, to być kochanym mniej.
  3. Unikam porównywania. Nie jest łatwo, bo to przychodzi nieraz samo – ale zakłóca moją relację z tym konkretnym dzieckiem. Jakie znaczenie ma to, co robi/czego nie robi jego rodzeństwo? Jeśli chcę, by się ubrało szybciej, informuję je o tym. Nie widzę konieczności dorzucania, że siostra jest już gotowa. Nienawidzę być porównywana i działa to na mnie demotywująco – zatem oszczędzę tego własnym dzieciom.

Bywam zmęczona, wściekła, miewam dość nieustających kłótni i nieładnych odzywek. Nie mam jednak wątpliwości – nasze dzieci się kochają, nawet jeśli nie zawsze się lubią. Pozostaje nam tylko tego nie zepsuć.

Foto

 

Więcej dobrych artykułów? Kliknij lajk

Małgorzata Musiał

Na co dzień pracuje w toruńskim stowarzyszeniu Rodzina Inspiruje!, prowadząc warsztaty dot. wychowywania, realizując program „Szkoła dla rodziców” i organizując eventy dla rodzin z małymi dziećmi. Jest doradczynią noszenia w chustach oraz jednym z niewielu w Polsce mentorem grup SAFE, profesjonalnie wspierającym świeżo upieczonych rodziców. Skończyła studia pedagogiczne, jednak największym polem doświadczalnym jest dla niej – rzecz jasna – matkowanie trójce potomków. Tym doświadczeniem dzieli się na blogu www.dobrarelacja.pl
Odwiedź stronę autorki/autora: http://dobrarelacja.pl/




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

„Każda zmiana, jakiej dokonamy w sobie, przekłada się na świat zewnętrzny”. Rozmowa z Aleksandrą Bagińską i Joanną Nowicką

Chycki i odziewacki, czyli historia chust do noszenia dzieci w Polsce

Jak złagodzić objawy ospy wietrznej

Przejdz do: