| Bądź szczęśliwy jak… Indianin

Bądź szczęśliwy jak… Indianin

Wielu antropologów badających rdzenne plemiona już dawno zauważyło, że ich członkowie to ludzie zdrowi i szczęśliwi. Choć żyją krócej niż my z powodu chorób zakaźnych i pasożytów, z którymi nasza cywilizacja uporała się w dużej mierze za pomocą szczepionek i lekarstw, nie cierpią na choroby serca, udary mózgu, nerwice, depresję, otyłość, cukrzycę, zwyrodnienia kręgosłupa czy astmę. Swoją świetną kondycję zawdzięczają diecie bogatej w błonnik i tłuszcze nienasycone (dużo roślin i ryb), a także aktywności fizycznej.

Czemu Indianie zawdzięczają swe szczęście?

Jeśli przyjąć mocno uzasadniony pogląd, że na kształtowanie osobowości człowieka niebagatelny wpływ mają wydarzenia z jego wczesnego dzieciństwa, kluczem do zrozumienia niebywałej pogody ducha społeczności żyjących w warunkach, których z pewnością nie zaliczylibyśmy do łatwych, może być sposób, w jaki wychowują swoje dzieci.

Jean Liedloff, autorka książki W głębi kontinuum, która spędziła życie na poznawaniu tej tajemnicy u wenezuelskiego plemienia Indian Yequana, mówiła: “Wstydziłabym się przyznać przed Indianami, że tam, skąd pochodzę, kobiety czują się niezdolne do wychowywania dzieci, jeśli nie przeczytają instrukcji w książce napisanej przez obcego mężczyznę” (1). A jakiej lekcji mogą nam udzielić kultury tradycyjne?

Po pierwsze bliskość!

Potrzeba bliskości, obok zaspokojenia głodu, pragnienia i ciepła, jest podstawową potrzebą każdego człowieka. Nawet tego najmniejszego, który swoich potrzeb nie umie jeszcze wyrazić słowami. Bliskość i nieustanny dotyk stymulują wydzielanie w mózgu oksytocyny zwanej hormonem miłości i przywiązania, która warunkuje tworzenie więzi pomiędzy rodzicami a dzieckiem. Prawidłowo wytworzona więź jest zaś warunkiem poczucia bezpieczeństwa dziecka i jego radosnego, harmonijnego rozwoju. Stąd spokojne i pogodne usposobienie dzieci w społeczeństwach plemiennych: one nigdy nie czują się opuszczone czy zagrożone. W naszym cywilizowanym świecie zaburzenia więzi występują nawet u dzieci z pełnych rodzin – a to z powodu dystansu pomiędzy rodzicami a dzieckiem. Jest to zjawisko w kulturach tradycyjnych zupełnie niespotykane.

Potrzebę bliskości społeczności plemienne realizują na kilka sposobów:

1. Noszenie

W społeczeństwach tradycyjnych dziecko nigdy nie jest samo. Najpierw, ciasno otulone chustą i przytulone do ciała matki lub innego dorosłego członka plemienia, zawsze i wszędzie im towarzyszy. Kultury tradycyjne nie znają zjawiska “nieodkładalnych” niemowląt, gdyż nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby dziecko gdziekolwiek odkładać. Nie ma tam łóżeczek, kojców do zabawy i wózków. Nie ma obawy, że dziecko “przyzwyczai się” do noszenia, gdyż mimo oczywistego braku antropologicznego wykształcenia rodzic z kultury łowiecko-zbierackiej podskórnie wie, że przychodzimy na świat z genem noszenia, więc, gdy nosimy, wychodzimy naprzeciw tej podstawowej potrzebie.

Kiedy w XIX wieku opracowano model wózka, próbowano nawet zaimplementować ten wynalazek w kolonialnej Afryce. Nie przyjął się jednak. Chusta jest w społecznościach tradycyjnych jedynym znanym i bardzo wygodnym narzędziem do transportu dzieci. Lecz oprócz aspektu praktycznego, daje coś jeszcze: zapewnia niemowlęciu nieustanną bliskość. Niemowlę noszone w chuście nieustannie odczuwa ciepło i dotyk. To sprawia, że dziecko jest spokojne i zrelaksowane.

2. Współspanie

Wzajemna potrzeba dziecka i rodzica, aby przebywać jak najbliżej siebie podczas nocnego odpoczynku także jest zapisana w naszych genach. W czasach prehistorycznyh zostawienie bezbronnego niemowlęcia samego na posłaniu było śmiertelnie niebezpieczne: wokół czaiły się drapieżniki, a także jadowite węże i skorpiony. Spanie w objęciach rozkochanego w dziecku rodzica stanowiło warunek jego przetrwania. Z tego samego powodu większość współczesnych niemowląt płacze, gdy zostaje samo, ponieważ jest to dla nich sygnał: “Opuścili mnie. Jestem w śmiertelnym niebezpieczeństwie”. Dziecko, zwłaszcza noworodek, żyje tu i teraz. Ono nie rozumie, że mamusia zaraz wróci.

Społeczności tradycyjne nie znają łóżeczek dla dzieci. W ciągu dnia niemowlę śpi smacznie w chuście, wtulone w rodzica, nocą natomiast niemowlę jest wtulone w matkę, która podaje mu pierś, gdy samo ledwo sobie uświadomi, że jest głodne. Gdy trochę podrośnie, może spać ze starszym rodzeństwem lub innymi członkami klanu, ale nigdy nie jest samo. Gdy jest zimno, grzeją się nawzajem, gdy gorąco – odsuwają się od siebie. Fenomen SIDS (nagłej śmierci łóżeczkowej) nie jest w tych społecznościach znany.

3. Karmienie piersią

Nauka już dawno potwierdziła, że czynność ta nie jest ograniczona tylko do zaspokajania głodu. Zwłaszcza u noworodków widać, jak głęboką potrzebę bliskości zaspokajają one poprzez przebywanie przy piersi mamy.

W społecznościach tradycyjnych dzieci są karmione piersią na żądanie aż do samoodstawienia, które następuje około 4-5 urodzin. Zyskuje na tym układ odpornościowy, do minimum spada ryzyko alergii, a także zmniejsza się ryzyko otyłości, cukrzycy, raka czy chorób serca w wieku późniejszym. Mleko mamy dostarcza mózgowi substancji niezbędnych do rozwoju połączeń między neuronami i substancji szarej. Wspomaga także wzrok. W upalnym klimacie, gdzie dostęp do wody pitnej jest ograniczony, nie do przecenienia jest też rola mleka matki jako bezpiecznego napoju bogatego w sole mineralne, po prostu zaspokajającego pragnienie. O innych fenomenalnych właściwościach mleka kobiecego można przeczytać w książce Magdy Karpieni “Karmienie piersią”.

Reklama, dzięki której rozwijamy redakcję
“Karmienie piersią”

Praktyczny i mądry przewodnik po całym okresie karmienia piersią, od ciąży do odstawienia od piersi.

Zobacz więcej

Po drugie swoboda

Na kanwie bliskości i bezpieczeństwa można tkać nić zaufania dzieci do rodziców, ale także rodziców do dzieci. Yequańska matka, idąca dżunglą z kilkuletnim dzieckiem, wie, że ono za nią podąża. Czasami dostosowuje tempo marszu do małych nóżek, ale raczej nie odwraca się, by sprawdzić, czy idzie za nią. Zaufanie jest kluczem do swobody.

Co daje dziecku swoboda?

  • kształtuje ocenę ryzyka. Jest to umiejętność, którą nabywa już niemowlę podczas nauki raczkowania i chodzenia. Jeśli pozwolimy się dziecku przewrócić raz czy dwa, sami przekonamy się, jak później starannie będzie odchylać głowę podczas upadku albo samo będzie się asekurować;
  • uczy odpowiedzialności. Badania pokazują, że postępujemy rozsądniej i nieświadomie zmniejszamy ryzyko, gdy sami jesteśmy odpowiedzialni za własne czyny;
  • eksplorując świat na własną rękę, szybciej i na dłużej wdrażamy sobie panujące w nim zasady. Oczywiście, przewodnictwo dorosłych jest ważne, w przeciwnym razie każdy młody człowiek zaczynałby wszystko od początku, a nasza cywilizacja nie posunęłaby się ani o milimetr. Bardziej chodzi tu jednak o przykład dawany dzieciom podczas wykonywania codziennych czynności, niż o stawanie nad nimi i pouczanie. Instynkt społeczny sprawi, że prędzej czy później i tak zaczną nas naśladować.

Kultury tradycyjne akceptują ryzyko, że dziecku może się coś stać: może się skaleczyć, nadepnąć na skorpiona, ktoś może je trafić patykiem w oko. Ale taka jest cena swobody, tej słynnej Autonomicznej Republiki Dziecięcej, jak nazywał chmary dzieciaków biegających po trombriandzkiej wiosce polski antropolog, Bronisław Malinowski.

Czym innym jest zapewnienie bezpieczeństwa. W naszym świecie chodzenie wzdłuż ruchliwej ulicy (podobnie jak po dżungli) może skończyć się tragedią (mimo że i tu, i tam są zagrożenia). Nie otacza nas plemię złożone z samych osób, które wiedzą, jak postępować z dziećmi, dlatego naturalne instynkty ulegają zaburzeniu, nawet przy naszym najlepszym wysiłku. Receptę daje Richard Louv: rodzic powinien być jak koliber: “Jestem rodzicem-kolibrem. Unoszę się w pobliżu, ale nie nad moimi dziećmi. Pozostaję w wystarczającej odległości, by pozwolić im odkrywać i uczyć się rozwiązywania problemów. Przylatuję tylko, kiedy zagrożone jest ich bezpieczeństwo lub życie” (2).

Wdrażanie w życie wspólnoty

Instynkt społeczny jest naturalnym zasobem, z jakim przychodzimy na świat. To dlatego niemowlęta tak uważnie przyglądają się twarzom, a, gdy zaczynają raczkować, w twarzy bliskiej osoby szukają odpowiedzi na pytanie “Czy mogę iść dalej?”. W późniejszym życiu przeobraża się to w chęć pracy.

Gdy tylko dzieci wykonają pierwszą pracę naśladującą działania dorosłych, możemy powiedzieć, że stały się częścią plemienia. Liedloff podkreśla, że u Yequańczyków nie ma narzuconego z góry harmonogramu, kiedy powinno się to wydarzyć. Wszyscy wiedzą, że “dzieci włączają się do kultury, aczkolwiek sposób i tempo, zależne są od indywidualnej siły tkwiącej w każdym z nich. To, że końcowy efekt będzie miał charakter społeczny, współdziałający i całkowicie dobrowolny, nie podlega dyskusji” (1).

Dzieci od narodzin towarzyszą dorosłym, którzy noszą je stale ze sobą podczas wykonywania codziennych czynności. Nic dziwnego, że nasiąkają pracą i znają jej zasady, choć nikt im ich nie tłumaczy. Liedloff opisuje, jak sama widziała dwuletnią dziewczynkę, która po raz pierwszy zajęła się pracą. Kobiety siedziały w kręgu, ucierając maniok. Dziewczynka kręciła się chwilę wokół nich, a potem przycupnęła i chwyciła korzeń manioku. Jej matka zareagowała natychmiast, wyciągając czekającą na tę chwilę małą tarkę. Praca dziewczynki trwała niecałą minutę, po czym straciła ona zainteresowanie i wróciła do zabawy. Wyszła z kręgu pozornie niezauważona, podobnie jak wcześniej nikt nie reagował brawami na jej nadejście.

W społecznościach tradycyjnych nikogo nie dziwi, że dzieci mają instynkt społeczny – jak bowiem miałyby bez niego funkcjonować w grupie, której przetrwanie zależy od wspólnej pracy? Liedloff daje nam radę: “Cywilizowana matka zajmuje się pracą domową, a jej córeczka robi to, co ją tylko zainteresuje. Niech wolno jej będzie zamiatać małą szczotką (…), niech stojąc na krześle pomaga w myciu naczyń” (1). Ważne, aby nie dawać sprzecznych komunikatów, czyli najpierw pozwalamy brać udział w sprzątaniu, a potem okazujemy zaniepokojenie, że spadnie z krzesła. Informacja w rodzaju “Jeśli będziesz skakać, możesz się poślizgnąć i spaść” niesie zupełnie inny przekaz niż komunikat “Uważaj, bo spadniesz!”

Potrzebna cała wioska…

Dwie osoby to stanowczo za mało, aby wychować dziecko. Ta mądrość także jest zapisana w naszych genach, gdyż od zarania naszego gatunku w opiekę nad niemowlęciem i proces wychowania wdrażane było całe plemię. Dziecko w społecznościach tradycyjnych to skarb całego plemienia. To m.in. od niego zależy przetrwanie klanu. Jego los nikomu w wiosce nie jest obojętny.

Yuval Harari, autor bestsellerowej książki “Sapiens. A Brief History of Humankind”, tak tłumaczy tę potrzebę zaangażowania całej wioski w wychowanie dziecka: “Ludzkie niemowlęta są bezradne, zależne przez wiele lat od swoich rodziców pod względem wyżywienia, ochrony i nauki. Fakt ten znacząco przyczynił się zarówno do wyjątkowych umiejętności społecznych człowieka, jak i do jego wyjątkowych społecznych problemów. Samotne matki praktycznie nie były w stanie wykarmić siebie i swoich dzieci. Wychowanie dzieci wymagało nieustannej pomocy ze strony innych członków rodziny i sąsiadów. Potrzebne całe plemię, by wychować człowieka. Dlatego ewolucja faworyzowała tych, którzy byli zdolni do wytworzenia silnych więzi społecznych (…)” (3).

W tym świetle nasze zachodnie, maleńkie rodziny stanowią jakiś dziwny, niepraktyczny wybryk natury. Wychowanie dziecka w rodzinie, składającej się z mamy, taty i epizodycznej babci, jest niemożliwym do realizacji wyzwaniem. Stanowi źródło frustracji rodziców, najczęściej matki, która nie ma przestrzeni ani czasu na realizację własnych potrzeb. Jest także źródłem niepokoju dziecka, które domaga się zaspokajania swoich wrodzonych potrzeb, tymczasem proces ten jest uzależniony często od fizycznych możliwości jego rodziców.

Poza tym dziecko uczy się przez powielanie wzorców zachowań, które obserwuje na co dzień. Im więcej wzorców do naśladowania ma do dyspozycji młody człowiek, tym mniej prawdopodobne, że utrwali niewłaściwe zachowania. Niekiedy mówi się “szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko”. To prawda, ale w naszym cywilizowanym świecie powinno to pociągać za sobą konkretną propozycję wsparcia, w przeciwnym razie zawsze będą to wyrzeczenia: albo dla mamy, albo dla dziecka, które będzie wzrastało wśród piętrzących się niezaspokojonych potrzeb. Pomocne mogą też być wskrzeszane na nowo kręgi kobiet. Tak jak niegdyś wspólne darcie pierza było czynnością budującą wspólnotę i dającą wsparcie, tak teraz taką funkcję mogą pełnić grupy powoływane choćby po to, by kobiety mogły się wygadać przed innymi kobietami w podobnej sytuacji.

Komunikacja zamiast kar (i nagród)

Jared Diamond, autor książki “The World until Yesterday”, pisze: “Papuaskie dzieci są bardzo samodzielne, pewne siebie, występują z pozycji partnerów, negocjujących z dorosłymi, pewnie dlatego nie przeżywają potem buntu nastolatka” (4). Wielu ekspertów wskazuje na to, iż dorosłe i poważne traktowanie dzieci, komunikacja prowadzona w oparciu o zasady NVC, językiem żyrafy, która widzi szeroko, pozwala uniknąć konfliktów albo stosunkowo bezboleśnie je rozwiązywać. Wskazywał na to już Janusz Korczak, mówiąc “Nie ma dzieci, są ludzie”.

Z perspektywy żyrafy widać także, że dziecko nie potrzebuje zewnętrznej motywacji w postaci kary lub nagrody, jeśli nie zdusimy w nim jego pierwotnych instynktów. Tak to właśnie działa w kulturach tradycyjnych: dzieci same z siebie łakną współpracy z dorosłymi, gdyż chcą być częścią grupy. Jak mówi Liedloff, “założenie, że każde dziecko ma aspołeczną naturę, którą trzeba manipulować, by ją uspołecznić” (1), jest z gruntu niepokojące i niebezpieczne.

Dziecko nie może poczynić większych postępów niż te, które wynikają z jego zdolności i wewnętrznych potrzeb. Ciekawość i samodzielność idą w parze, a jakiekolwiek nakierowywanie ich na siebie nawzajem poprzez kary lub nagrody, zwiększy jedynie pewne zdolności kosztem innych, ale nie zwiększy ich całościowego, indywidualnego rezerwuaru. Czy to na pewno potrzebne? Takie podejście bierze się często z przeciwstawiania sobie dziecka jako istoty, która z natury pragnie czegoś innego niż my. Jak bardzo jest to szkodliwe, mówi Liedloff: “Ceną, jaką dziecko płaci za to, że jest kierowane tam, gdzie w pojęciu rodziców leży jego (albo ich) dobro, jest uszczupleniem pełni osobowości. Dotyka to bezpośrednio jego dobrego samopoczucia” (5).

Kultury tradycyjne pozwalają nam zanurzyć się w Arkadii, o której my, ludzie cywilizowani, już tylko śnimy. Wdrażając pewne elementy życia, możemy jednak zaszczepić w nas samych i naszych dzieciach ziarno szczęśliwości. Jeśli nasze dzieci przekażą tę pałeczkę w sztafecie pokoleń, być może kiedyś, jako społeczeństwo, doczekamy się powrotu do pierwotnego poczucia szczęścia.

Źródła:

(1, 5) Jean Liedloff, W głębi kontinuum, Warszawa 2010.
(2) Richard Louv, Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo, Warszawa 2016.
(3) Yuval Noah Harari, Sapiens. A Brief History of Humankind, London 2014.
(4) Joanna Nikodemska, Mądrość dzikich plemion, “Newsweek”, nr 07/274.


Marta Szperlich-Kosmala

(aka Boska Nioska). Certyfikowana doradczyni noszenia dzieci niemieckiej Trageschule. Autorka książki „Noszenie dzieci” w Wydawnictwie Natuli. Propaguje noszenie jako sposób pielęgnacji niemowląt. Pasjonuje ją antropologia i intuicyjne rodzicielstwo w duchu kontinuum. Mieszka w Górach Świętokrzyskich.
Odwiedź stronę autorki/autora: https://www.facebook.com/boskanioska/


Czytaj na dziecisawazne.pl

edukacja alternatywna
“My name is Kazik. I’m 5 years old”, czyli angielski z Helen Doron

wychowanie
Czy warto dawać dziecku obowiązki domowe?

ciąża i poród
Standardy opieki okołoporodowej na rok 2019 w pigułce

rodzina
Foteliki RWF pięciokrotnie zmniejszają ryzyko poważnego urazu lub śmierci dziecka

olini
Olej dla mamy – jak dbać o dobre tłuszcze w okresie ciąży i karmienia piersią?

homeopatia
Jak ustrzec przedszkolaka przed częstym chorowaniem?

wychowanie
Lalka dla chłopca – czyli o wychowaniu empatycznych mężczyzn

Jesper Juul
Juul na poniedziałek, cz. 108 – Pomocy, nasz syn nie daje nam się wyspać!

edukacja alternatywna
O etykietowaniu i jego skutkach w przedszkolu i szkole

Jesper Juul
Złość jest dobra. Fragment książki “Być razem” Jespera Juula