Kategorie
NATULI

Fragment książki „Mundra” Sylwii Szwed. Historia położnictwa to historia kobiecego ciała

Fragment książki „Mundra” Sylwii Szwed, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne.

mundra1

Mundra, czyli mądra

Wybrałam ten zawód (…) dlatego, że wydaje mi się niedoceniony. Tak jak mówi jedna z moich bohaterek, ludzie myślą, że położna to takie nie wiadomo co – trochę pielęgniarka, trochę salowa. Nic bardziej mylnego. Etnograf Jan Bystroń, który analizował słowiańskie obrzędy związane z narodzeniem dziecka, pisze, że rola mundrej zawsze była obrzędowa. Ona była mistrzem ceremonii, ważną personą, autorytetem, często podawała do chrztu dzieci, które przyjmowała na świat, wybierała im imiona. To nie znaczy, że jej kompetencje medyczne były duże, najczęściej umiała to, czego nauczyła się podczas własnych porodów, czasem od starszej akuszerki ze wsi. Ale wiedziała, jak przebiega poród, że musi przyjąć dziecko na ręce, podwiązać i uciąć pępowinę, miała swoje sposoby na zmniejszenie bólów porodowych, rozluźnienie szyjki macicy, wspomaganie karmienia, nawet jeżeli były to rozwiązania rytualne. Poza tym jak nikt inny znała anatomię kobiecych narządów rodnych. Dlatego mówiono na nią mundra, czyli mądra. Dzisiaj nazwalibyśmy ją samodzielną specjalistką, nośnikiem kobiecej medycyny, ukutej z doświadczenia, ziołolecznictwa i obserwacji. Znachorką. Warto dodać, że do XVIII wieku akuszerstwo było wyłącznie domeną kobiet, bo jak pisze Adrienne Rich, amerykańska teoretyczka macierzyństwa, praktyka położnicza była „poniżej godności” męskiego lekarza. Ojcowie Kościoła postrzegali organy rodne kobiety jako zło wcielone, dlatego położnictwo było oceniane jako niewłaściwe zajęcie dla mężczyzny. W efekcie przez wiele stuleci wiedza na temat ciąży, procesu rodzenia, kobiecej anatomii i metod ułatwiania porodu była gromadzona jedynie przez kobiety. Przez mundre.

Uwaga! Reklama do czytania

Cud rodzicielstwa

Piękna i mądra książka o istocie życia – rodzicielstwie.

Odwiedź księgarnię Natuli.pl

„Babienie” się profesjonalizuje

Z oczywistych względów nie potrafiły poradzić sobie z wieloma patologiami. Kiedy odklejało się łożysko czy pękała macica, poród kończył się śmiercią. Nie miały też podstawowych środków higieny i żadnych studiów medycznych. Pierwsza oficjalna szkoła położnych w Polsce powstała we Lwowie dopiero w 1773 roku, a za nią poszły kolejne, na przykład Szkoła Babienia w Warszawie. W 1926 roku wyszło pierwsze kompleksowe rozporządzenie prezydenta Rzeczypospolitej, które regulowało przepisy normujące pracę dyplomowanych położnych. W roku 1931 minister pracy i opieki społecznej zakazał babkom uprawiania praktyki położniczej, która stała się nielegalna. Za złamanie przepisów groziła wówczas grzywna pięciuset złotych. Wykształcone akuszerki biły na alarm, że babki są zagrożeniem dla rodzących i trzeba je zwalczać. Od tego momentu „babienie” powszechnie się profesjonalizowało, do gry wszedł bowiem poważny zawodnik – współczesna medycyna, która powoli, ale systematycznie wymiatała z polskiej prowincji lecznictwo tradycyjne, znachorów, guślarzy, babki wiejskie, zielarki i mundre. I chociaż w okresie międzywojennym dyplomowane akuszerki przyjmowały jeszcze porody w domach swoich klientek, wkrótce specjalistami od porodu stali się mężczyźni – lekarze położnicy, ginekolodzy, ordynatorzy, dyrektorzy szpitali. Położne zostały wcielone w tak zwany średni personel szpitalny. Na arenie międzynarodowej położnictwo zostało zagarnięte przez mężczyzn dużo wcześniej, bo już w siedemnastowiecznej Francji lekarze płci męskiej wkroczyli do komnat, w których rodziły kobiety, zastępując tradycyjne akuszerki. Zmusili kobiety do rodzenia w pozycji leżącej, na plecach, żeby mogli cały czas obserwować ich narządy rodne i bez problemu używać swoich narzędzi – kleszczy.

mundra2

Poród w szpitalu

Momentem kluczowym dla zrozumienia współczesnego położnictwa i opowieści kobiet rodzących w XX wieku jest II wojna światowa, czyli powszechne doświadczenie śmierci, choroby i utraty. Po tych przeżyciach priorytetem w całej Europie staje się ochrona zdrowia matki i dziecka. W pierwszym dziesięcioleciu przyrost naturalny w Polsce wynosi pół miliona narodzin rocznie. Nazywa się to wyżem kompensacyjnym – ludzie chcą nowym życiem zalepić wyrwę po tych, którzy odeszli. Jednocześnie rozpoczyna się proces masowego przenoszenia porodów do przestrzeni szpitalnej. Statystyki mówią, że w 1956 roku czterdzieści trzy procent Polek rodziło w szpitalu, w latach osiemdziesiątych było to już prawie sto procent.

Kolejny wyż demograficzny lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przypadł na czas, w którym na polskich porodówkach panuje totalitaryzm. Szpital położniczy przypominał wówczas fabrykę do rodzenia dzieci, a rola położnika – pracę na taśmie produkcyjnej. Kobieta ma jedno zadanie – nie przeszkadzać i oddać swoje ciało w ręce ekspertów. Prawa pacjenta to wówczas pojęcie równie abstrakcyjne jak prawa obywatela.

W krajach zachodnich, niedotkniętych ustrojem socjalistycznym, ciąża i poród zostają złożone na innym ołtarzu – technologizacji. Kobiety rodzące we współczesnym szpitalu przypominają według brytyjskiej antropolożki Sheili Kitzinger wieloryby wyrzucone na brzeg. Unieruchomione i bezwolne, podłączone kabelkami do urządzeń monitorujących czynność skurczową macicy, tętno płodu. Rodząca musi leżeć spokojnie, bo każdy ruch może zaburzyć działanie aparatury. Narodziny jej dziecka są rejestrowane, poddawane pomiarom i sterowane. A ona – podłączona do tej ultranowoczesnej maszynerii, czuje się wreszcie bezpieczna. Wraz z rozwojem medycyny, diagnostyki i szpitalnictwa w XX wieku dochodzi do rzeczy fantastycznej – obniżenia wskaźnika umieralności dzieci przy porodzie i zgonów matek. Ale cena poniesiona przez naturę jest wysoka, bo poród z naturalnego procesu fizjologicznego staje się chorobą, a rodząca – przykutą do nowoczesnej aparatury „pacjentką”, z której trzeba sprawnie wydobyć dziecko.

Uwaga! Reklama do czytania

Poród naturalny

Świadome przygotowanie się do cudu narodzin.

Cesarskie cięcie i poród po cięciu cesarskim

Pomoc i wsparcie przy CC i VBAC

Tylko dobre książki dla dzieci i rodziców | Księgarnia Natuli

Poród w centrum

Dopiero w 1994 roku dochodzi w Polsce do rewolucji. Rozpoczyna się akcja „Gazety Wyborczej” Rodzić po Ludzku, zainspirowana kongresem „Jakość narodzin, jakość ży-0cia”, która z biegiem czasu zamienia się w stałą działalność fundacji o tej samej nazwie. Poród, do tej pory temat wstydliwy, niegodny, przemilczany, nagle staje się centrum debaty publicznej i politycznej. W gazecie pojawiają się świadectwa kobiet, które przerywają milczenie i skarżą się na polskie porodówki, pokazują brudną i przemocową twarz polskiej służby zdrowia. Opowiadają o uprzedmiotowieniu człowieka, upokarzających procedurach, fatalnym wyposażeniu sal i braku empatii personelu medycznego, również położnych. To wykrzyczenie bólu staje się jutrzenką zmian. Proces przeistoczenia wspiera derejonizacja szpitali. Odkąd kobieta może sama wybrać miejsce, w którym chce urodzić, niektórzy dyrektorzy placówek zamieniają się w sprawnych menadżerów, którzy wreszcie otwierają się na nowinki położnicze, bo zależy im na klientkach – pozwalają na wannę na sali porodowej, porody rodzinne, kontakt skóra do skóry, pozycje stojące i kuczne, pojedyncze sale o pięknie brzmiących nazwach i znieczulenie.

Położna!

Ale to nie koniec. Na naszych oczach dochodzi do jeszcze jednego przełomu, który bezpośrednio dotyczy treści zawartych w tej książce. Od kilku lat w wielu krajach Europy Zachodniej, Skandynawii, również w  Polsce rośną prestiż i autonomia zawodowa położnych. Tak jakby dzieje położnictwa zatoczyły koło i znowu się feminizowały. Ten sukces zawdzięczamy między innymi mężczyźnie  – Michelowi Odentowi, guru francuskiego położnictwa, który na początku lat osiemdziesiątych w swojej klinice w Pithiviers pod Paryżem wskrzesił sztukę akuszerstwa. Zaobserwował rzecz zdawałoby się banalną, o której nasze babki wiedziały już dawno: że sposób, w  jaki kobieta przeżywa poród, w  dużym stopniu zależy od osoby jej asystującej. Kiedy rodzącym towarzyszą samodzielne położne, automatycznie maleje liczba interwencji medycznych, a porody stają się bezpieczniejsze. Odent postawił kropkę nad „i”, oddając w swojej klinice władzę położnym. Uznał, że męskie położnictwo nie ma przyszłości. Ten nowy kierunek w myśleniu o porodach ma daleko idące konsekwencje. Podważa sens galopującej medykalizacji, każe nam zastanowić się nad miejscem medycyny w naszym życiu, której macki powoli wkradają się we wszystkie obszary ludzkiego funkcjonowania. Pokazuje, że czasami od zaawansowanej technologii ważniejsza jest obecność wspierającej i kompetentnej osoby.

Historia kobiecego ciała

W trakcie pracy nad tą książką odkryłam, że rozmowy z  mundrymi mają jeszcze jeden bardzo ważny wymiar. Dzieje położnictwa to tak naprawdę historia kobiecego ciała. Położne stały się dla mnie przewodniczkami po tej sferze. Okazało się, że sala porodowa to wyjątkowe miejsce, w którym objawiają się różne mody, zwyczaje, tendencje i  przekonania związane z  naszym postrzeganiem cielesności. To przestrzeń, w której kultura spotyka się z naturą. Nasza niechęć do fizjologii – z bólem, krwią i dziwnymi maziami. Nasza potrzeba kontroli ciała – z tym, co pierwotne, intuicyjne i nieujarzmione. Nasz indywidualizm – z tym, co uniwersalne. To miejsce, w  którym musimy porzucić zdobytą wiedzę, konwenanse, pozycję społeczną i wrócić do swojej dzikiej części, płci, biologii, choć tak długo od niej uciekałyśmy. To właśnie z ust położnych dowiedziałam się, jak na przestrzeni tych osiemdziesięciu lat zmieniały się w  Polsce koncepcje porodu i kobiecości. Jak przeobraziło się podejście do narządów płciowych i  tematów tabu. I w końcu jak odkrycia naukowe – na przykład antykoncepcja hormonalna czy metoda in vitro – przedefiniowują pojęcie „natury” w XXI wieku. Zrozumiałam, że Katarzyna Oleś, jedna z moich bohaterek, ma rację – wybór sposobu rodzenia dotyka tego, co w człowieku najważniejsze.

Autor/ka: NATULI dzieci są ważne

Redakcja NATULI Dzieci są ważne

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.