In vitro, czyli randka na szkiełku, cz.1. Historia Agnieszki i Pawła
| In vitro, czyli randka na szkiełku, cz.1. Historia Agnieszki i Pawła

In vitro, czyli randka na szkiełku, cz.1. Historia Agnieszki i Pawła

In vitro – temat będący przedmiotem wielu sporów i burzliwych emocji. Z pewnością innego wymiaru nabiera dla tych, którzy mimo tego, że bardzo pragną mieć dziecko, nie mogą się go doczekać. Prezentujemy historię Agnieszki i Pawła, którzy zdecydowali się na tę metodę. Trudna historia poczęcia opowiedziana z perspektywy szczęśliwych rodziców porusza, daje do myślenia i pomaga zrozumieć sytuację osób, które na powiększenie rodziny muszą czekać o wiele dłużej niż większość par…

Historia Agnieszki i Pawła

Wiosna 2007

Mój instynkt macierzyński coraz głośniej się od odzywa gdzieś z tyłu głowy. Za pół roku ślub, więc nawet jeśli „coś” się wydarzy do tego czasu, tragedii nie będzie. Zostawiamy sprawę losowi – niech się dzieje, co chce! Mijają wiosna, lato, jesień… ślub, mija też zima. I kolejna wiosna. Nic się nie dzieje. Dużo czytam. Co miesiąc doskonalę skomplikowaną sztukę samoobserwacji, już tak dobrze wiem, kiedy, co, jak i dlaczego się dzieje. Na dobre zaprzyjaźniam się z termometrem, budzik ustawiony zawsze na tę samą godzinę. Mimo tak optymistycznego porządku, regularności jak w zegarku, testy nieubłaganie pokazują ciągle ten sam rezultat, a właściwie – brak rezultatu. Jestem zmęczona, ale jeszcze mam cierpliwość, daję nam czas do lata.

Lipiec 2008

Zaczynam sprawdzać, czy wszystko gra. Paweł wie, ale na razie stoi trochę z boku. Z nas dwojga to on nadal wierzy, że pojawienie się dwóch kresek na teście to tylko kwestia czasu. Dla mnie to już nie jest oczywiste. Pierwsza wizyta u lekarza, takiego całkiem przypadkowego. W pamięci zostało mi tylko jedno zdanie: – Zupełnie ładnie to u pani wygląda. Hmm, tyle to ja wiem. Ale zabieram listę hormonów do zbadania i umawiam się na kolejny raz. Moje wyniki nie wnoszą niczego nowego. – Wszystko tu jest ok – słyszę po raz kolejny. Tym razem wychodzę ze skierowaniem dla Pawła na badania nasienia. Oj, na pewno się ucieszy… Opisuje to potem jako dość traumatyczne przeżycie: mały gabinecik w starej kamienicy, pokój z serii „2 na 2”, na ścianach nagie panie z lat 80-tych. I starsza pani z mikroskopem, która wyglądała, jakby miała ręcznie liczyć te plemniki. Z wynikami stawiam się na wizycie. Mina lekarza mówi sama za siebie, kiedy zerka, ile czego naliczyła starsza pani. – Oooo, z takimi wynikami męża to będzie kłopot z ciążą. To podrasujemy troszkę panią i troszkę pana. Proszę to brać przez 3 miesiące i jeśli nadal nie będzie ciąży, przyjść znowu. Dostajemy oboje Clostilbegyt – lek pierwszego rzutu dla par, którym nie wychodzą starania o potomstwo. No to do dzieła! Po pierwszej tabletce czuję się tak fatalnie, że nie jestem w stanie pracować, chodzić, jeść, spać, w ogóle normalnie funkcjonować. Jest coraz gorzej. Czytam z przerażeniem, że nie wolno brać tego specyfiku bez dokładnej obserwacji jego działania, bez stałego monitoringu, czyli przynajmniej 2-3 USG w ciągu całego cyklu. Idę na konsultację do innego ginekologa. Wybieram panią, która przytakuje diagnozie postawionej wcześniej i popiera sposób leczenia. Nie widzi potrzeby robienia USG i nie daje skierowania. Słucham własnego rozumu i biegnę na to USG, tam, gdzie akurat jest wolny termin. Mimochodem padają pytania, kto dobierał dawkę leków, kto sprawdzał działanie i dlaczego nie sprawdzał. Diagnoza: olbrzymie torbiele na obu jajnikach, konieczne jest leczenie opłakanych skutków… leczenia. Ot, taki paradoks.

To dopiero początek, a ja mam całkiem połamane skrzydła. Ale nie ma tego złego… Bo tym razem trafiam na specjalistę od niepłodności, na „naszego” lekarza – tak go dziś nazywam. Umawiamy się w klinice, już we dwoje. Trochę badań powtarzamy, bo były zrobione w złym momencie, robimy sporo nowych. Również te mało przyjemne, jak histeroskopia czy HSG. Na szczęście tu wyniki są dobre. Do kompletu hormony, niektóre przeciwciała, tarczyca. To, co przeraża, to kilkusetzłotowe rachunki za każdym razem. Dobrze, że nas na to stać, bo inaczej chyba nigdy nie mielibyśmy dzieci.

Okazuje się, że wyniki Pawła są bardzo dobre, jak wyniki dawców. Co ciekawe, starsza pani z kamienicy nie pomyliła się w rachunkach, bo komputerowa analiza pokazała podobne liczby. Ale do dziś zachodzę w głowę, jak to możliwe, że dwóch lekarzy patrzyło wcześniej na ten sam wynik i widzieli tam coś zupełnie przeciwnego. U mnie już nie jest tak wesoło. Hormony pomieszane – za wysokie fsh, prolaktyna na granicy normy, i najgorsze na koniec: policystyczne (wielotorbielowate) jajniki. Co to oznacza? Do końca nie wiadomo. Być może moje komórki jajowe są za słabe, żeby mogło z nich powstać nowe życie. Albo – być może – uda się niebawem, może dopiero po latach, a może się wcale nie udać. Na razie ustalamy, że próbujemy naturalnie, z pomocą odpowiednich leków.

Zaczyna się jesień. Kolejne miesiące niczego nie zmieniają. Ciągle się badamy, żeby niczego nie przegapić. Cały mechanizm, odpowiednio sterowany, zdaje się działać dobrze, ale nadal nic i nic. Nie robię już zwykłych testów, co miesiąc z ciężkim sercem idę na test ciążowy beta hcg z krwi – daje od razu pewność. Wynik odbieram telefonicznie, nie mam siły znosić litości w oczach pani, która powtarza do znudzenia to samo. Przykro mi, beta poniżej 1, znowu się nie udało. I co miesiąc mam kilka gorszych dni, przepłakanych z bezsilności i bezradności. A potem zaczynamy od nowa. Dla nas obojga to trudny czas. Działamy jak roboty, od lekarza dostajemy rozpiskę, tego i tego dnia koniecznie trzeba TO zrobić. Już sami nie wiemy ile w tym miłości, a ile obowiązku. Bo skoro tyle było przygotowań, leków, wizyt, pieniędzy, to nie możemy TEGO nie zrobić. Płaczem reaguję na ciąże wśród rodziny, znajomych i obcych. Omijam szerokim łukiem miejsca, gdzie mogę zobaczyć wózki z małymi dziećmi albo ciążowe brzuszki.

Za radą lekarza próbujemy inseminacji. Warunki są idealne, nawet wynik testu daje malutką iskierkę nadziei – ale na krótko. Nie chcę już kolejnej, nie czuję tej metody, nie wierzę, że może się udać. Nie mam siły. Szczera rozmowa z lekarzem – spróbowaliśmy wszystkiego, możemy próbować dalej, powtarzać to co już było i liczyć na cud. To, co jeszcze nam zostało, to in vitro. Decyzja należy do nas. Czuję się jakby mnie ktoś uderzył obuchem w głowę. In vitro – nasza ostatnia deska ratunku. A ja nawet nie jestem przekonana do tej metody. Czas na odpoczynek. Po cichu liczę, że może teraz, tak na luzie, może się uda…

Czerwiec 2009

Nie zdarzył się naturalny cud. Nic się nie zmieniło, może poza tym, że mamy dom, ale jesteśmy w nim sami. W rodzinach przyjaciół i znajomych z naszego otoczenia urodziły się dzieci. A my podjęliśmy decyzję. Niełatwą, bo wcześniej nie braliśmy in vitro pod uwagę. Bo ja nie wiem jak zniosę całe tony leków, jaki one dadzą rezultat, czy powstaną zarodki i ile ich będzie, co zrobimy jeśli będzie ich więcej niż będziemy w stanie wykorzystać, czy damy radę finansowo, co powiedzą nasze katolickie rodziny i wreszcie – co będzie, jeśli nasza ostatnia deska ratunku zakończy się porażką?

Z drugiej strony, skoro mamy jeszcze ten jeden sposób, jedną szansę, żeby zostać rodzicami, to czy możemy tak po prostu odpuścić? Nie możemy. Decydujemy się na jedno jedyne podejście, jeden program IVF. Niezależnie od tego, ile będziemy mieć zarodków, wrócimy po wszystkie i wszystkim damy szansę się urodzić.

Startujemy, w tajemnicy przed moją rodziną. Powiedziałam tylko mamie, mimo swoich konserwatywnych poglądów zrozumiała. Finansowo pomagają nam rodzice Pawła. Dziesiątki badań i wreszcie – mamy zielone światło. Wydajemy fortunę na leki, ale to i tak jeszcze nic. Miesiąc antykoncepcji, potem dołączają zastrzyki w brzuch – wszystko ma jeden cel: wprowadzić mnie w stan sztucznej menopauzy. Kiedy nie ma już wątpliwości, że jestem nie do zniesienia, zaczynamy stymulację – tworzenie mojego materiału genetycznego, jakkolwiek śmiesznie by to nie brzmiało. Jedna, druga, potem trzecia seria zastrzyków. Wizyty co dwa dni, wszystko idzie opornie, mój organizm jak na złość nie chce współpracować mimo dużych dawek hormonów. Wysiadam psychicznie, coraz częściej mam ochotę dać już spokój. Aż wreszcie coś rusza… Po żmudnych dwóch tygodniach udało się „wyhodować” i pobrać 18 komórek jajowych. Na razie jeszcze nie wiadomo, czy są dobrej jakości, ale to i tak dużo, więcej niż się spodziewałam. Połowę komórek chcemy oddać anonimowej parze, takiej, która czeka w kolejce na dawczynię. Czas do namysłu jest krótki i żadna z par się nie decyduje. Bierzemy więc wszystko dla siebie. Trzy nerwowe dni oczekiwania…czy komórki i plemniki spodobają się sobie? Jak im się uda randka na szkiełku? Czy powstaną z nich zarodki, nasze dzieci, czy będą wystarczająco silne, żeby doczekać aż po nie przyjdziemy? W końcu telefon z kliniki: możemy przygotować się do zachodzenia w ciążę! Mamy dziesięć zarodków – dziesięcioro cudownych dzieci. Poczęły się 25 lipca i wszystkie ładnie rosną. Trójkę zabieramy teraz, siedmioro trafi na zimowisko i będzie czekać na swoją kolej.

28 lipca 2009

To niesamowite – jestem w ciąży! Przynajmniej przez 10 kolejnych dni. Potem tylko test i będzie jasne, czy dzieci zostały z nami…Dziesięć najdłuższych dni w moim życiu. Czekam w domu, obchodzę się sama z sobą jak z jajkiem. Hormony szaleją. Raz wydaje mi się, że musiało się udać, za chwilę prawie płaczę bo jestem pewna, że nic z tego. Paweł ma łatwiej, pracuje. Jakimś cudem udaje się nam nie zwariować i dotrwać do dnia testu. Rano badanie, wynik odbieramy po południu, przez internet. Ręce mi się trzęsą, kiedy go sprawdzam. Beta hcg 109 mlU/ml, pozytywna! Udało się! Płaczemy oboje ze szczęścia. W tej jednej chwili zapominam wszystkie przykrości, upokorzenia, smutki i trudności, które musieliśmy pokonać, żeby mogła nadejść ta chwila. I nie mam wątpliwości, że było warto wszystko to znieść. Wojtuś przychodzi na świat w niedzielę, 18 kwietnia 2010 roku. Kiedy na niego patrzę, wiem, dlaczego popieram in vitro. Rękami i nogami, sercem i duszą.

Grudzień 2010

W klinice wszyscy miło nas witają. Trochę się dziwią, że już jesteśmy. A my wróciliśmy po Wojtusiowe rodzeństwo, w zamrażarce musi im być zimno, najwyższy czas zabrać je do domu. Tym razem nie trzeba już tylu skomplikowanych zabiegów. Robię kilka badań, ustalamy z naszym lekarzem, że próbujemy wstrzelić się w naturalny rytm organizmu i zajść w ciążę prawie bez leków. Nasze dzieci są silne, dużo we mnie optymizmu i nadziei, że znowu się uda. 30 grudnia zabieramy kolejną trójkę – znowu jestem w ciąży. Po kilku dniach jakoś podświadomie czuję, że żadne z dzieci nie zostało z nami. Test tylko to potwierdza. Nie myślałam, że aż tak będę to przeżywać. Mam Wojtusia i jeszcze czworo dzieci oczekujących. A jednak poczucie straty jest ogromne.

Marzec 2011

W końcu mam zielone światło, żeby zabrać ostatnie śnieżynki. Teraz plan jest inny – mało natury i wszystko pod kontrolą, a to oznacza znowu zamieszanie i sporo leków. Najpierw wyciszenie naturalnych hormonów, potem próba stworzenia dobrych warunków przy pomocy sztucznych. Wszystko dłuży się niemiłosiernie. 8 kwietnia nareszcie się udaje, w samo południe zabieramy ostatnie nasze dzieci do domu. Jeszcze tylko 10 dni i będziemy wiedzieć. Za dobrą monetę uznaję fakt, że data testu zbiegła się z pierwszymi urodzinami Wojtka. Kiedy, jeśli nie teraz, ma się udać? I znów to czekanie…pocieszające, że czuję się ciążowo, podobnie jak wtedy, kiedy udało się za pierwszym razem. Może to leki, a może jednak się udało? Z kolei przerażające jest to, że więcej dzieci nie mamy, a drugiego in vitro, całego od początku, już nie dam rady znieść, psychicznie i fizycznie. Nieśmiało myślimy o adopcji, ale do decyzji jeszcze daleko. Czas minął. Na badanie idę raczej spokojna. Na ziemię sprowadza mnie dopiero wynik – test ujemny, nie ma wątpliwości. Organizm mnie oszukał, przeczucia zmyliły. Urodziny będą smutne, a najgorsze, że nie wiem co dalej. Na razie muszę odpocząć.

29 czerwca 2011

Kilka dni spóźnia się okres. Robię test, taki zwykły, z apteki. Są dwie kreski. Nie wierzymy. Robię kolejny i kolejny. Nikt nie wie jak, kiedy, dlaczego i jakim cudem to się stało. Ani my, ani nasz lekarz.
8 marca 2012 ma się urodzić Braciszek Wojtusia. Nasz drugi największy cud pod słońcem.


Dzieci są ważne

Redakcja serwisu dziecisawazne.pl.
Odwiedź stronę autorki/autora: https://dziecisawazne.pl/


Przeczytaj więcej:

natuli.pl
8 książek o Porozumieniu bez Przemocy (NVC)

olini
Zamiast balsamów – naturalne oleje do pielęgnacji niemowląt i wymagającej skóry małych dzieci

POLECAMY
Milk & love – stworzone przez mamę

wychowanie
Jak wspierać motywację wewnętrzną dziecka?

POLECAMY
Szkoła narciarska dla dzieci – czy warto?

odżywianie naturalne
Zdrowa i wzmacniająca odporność dieta zimowa dziecka (przepisy)

olini
Zdrowa zima – jakie produkty warto mieć w swojej spiżarni?

POLECAMY
Skąd czerpać energię zimową porą, czyli co zamiast kawy?

wywiady
Mądre, piękne, CUDowne 9 miesięcy. Rozmowa z Dorotą Mirską – Królikowską

POLECAMY
Rosie & Lou – slow fashion dla dzieci

POLECAMY
Jak prawidłowo mierzyć temperaturę ciała dziecka?