| “Ja chcę do mamy”, czyli lęk przed rozstaniem

“Ja chcę do mamy”, czyli lęk przed rozstaniem

Mama – Anna Bieluń opisuje doświadczenia związane z kryzysem przywiązaniowym swojego dziecka. Komentarza do jej wypowiedzi udziela psycholożka Agnieszka Stein. 

Anna Bieluń – dziennikarka, studentka psychologii klinicznej, mama Olafa.
Agnieszka Stein – psycholożka, autorka pierwszej polskiej książki o Rodzicielstwie Bliskości “Dziecko z Bliska”.

Anna Bieluń: Jak każda matka uwielbiam patrzeć na młodego, gdy śpi. Czasem się wtedy uśmiecha; dziadkowie mówią, że dzieciom śnią się wtedy aniołki. Ja tam w żadne aniołki nie wierzę, ale i tak mogłabym gapić się na niego godzinami.

Oddycha sobie spokojnie i nabiera sił na kolejny szalony dzień. Na gonitwę na oślep, skakanie w basenie z kulkami, sanki i nawiązywanie nowych znajomości. Bo, proszę Państwa, moje dziecko spuścić z oka na sekundę, to zgodzić się na kolejną panią, której już siedzi na kolanach, a którą sam sobie upolował i zakumplował. Ale nie zawsze tak było.

Agnieszka Stein: Okresy samodzielności i większej zależności od opiekunów przychodzą fazami. Przeplatają się ze sobą. Niezależnie jednak od tego, w jakiej fazie są dzieci, większość z nich łatwiej akceptuje kontakt, w którym samo jest stroną inicjującą. To, co jest pod kontrolą, jest odbierane jako bardziej bezpieczne.
Otwartość na innych jest też cechą zależną od temperamentu. Dziecko może być ostrożne w stosunku do nieznajomych dlatego, że w ogóle z ostrożnością podchodzi do zmian. Może być też wrażliwe na wszelkie bodźce, nie tylko te płynące od ludzi. Takie dzieci mają szeroką „przestrzeń osobistą” czyli szybko reagują, kiedy ktoś według nich za bardzo się spoufala. Powyższe cechy są w dużym stopniu wrodzone i nie zależą od wychowania.

Anna Bieluń: Pierwsze pół roku życia spędziliśmy bez płaczu. A nie, pardon – raz był płacz od jakiegoś bąbelka w brzuszku. Młody śmiał się, owszem, uśmiechał albo rozglądał ciekawie. Czasem zastanawiałam się, czy aby wszystko z nim w porządku.

Agnieszka Stein: Najczęściej poza pogodnością dziecka przyczyną takiego zachowania jest dopasowanie rodziców i wrażliwość na potrzeby dziecka.

Anna Bieluń: Smuteczki zaczęły się jesienią zeszłego roku, jakoś tak niepozornie, od nocnych pobudek. Ni z tego, ni z owego Świerszcz otwierał oczy i rozglądał się po pokoju, wyraźnie szukając mamy. Mieszkamy w kawalerce, więc nie przegapiłam żadnej z tych pobudek, zawsze podchodząc do niego i przytulając. Chłopak wyglądał na wyraźnie zaniepokojonego, czasem nawet budził się z płaczem. Gramolił mi się wtedy na brzuch i tak zasypialiśmy warstwowo, snem już całkiem spokojnym. Ale zakończyły się moje nocne eskapady do sklepu czy znajomych. Od tego momentu nie mogłam (i nawet nie chciałam) wychodzić wieczorem. Bo nikt, na czele z ukochanym tatą, nie potrafił go wtedy uspokoić. Wyczaiwszy, że mama poszła, zalewał się łzami do momentu, aż umęczony nie usnął. Parę tygodni później tendencja rozprzestrzeniła się również na porę dzienną.

Agnieszka Stein: Właśnie to, że zmiana pojawia się dość nagle, jest jednym z sygnałów, że oto rozwój dziecka wchodzi w kolejny etap. I tak jak każdy inny, jest to etap potrzebny, a jego pojawienie się świadczy o tym, że wszystko przebiega prawidłowo.

Anna Bieluń: No i tak zostałam ze swoim zupełnie nowym dzieckiem, które radośnie eksplorowało wszystko wokół – do momentu, do którego nie zniknęłam mu z oczu. Lęk separacyjny jak ta lala, orzekły ciotki. No tak, można się było spodziewać. Choć uczono mnie o tym na studiach, to w życiowych anegdotkach nigdy o czymś takim nie słyszałam. Zaczęłam wypytywać mamę i inne starsze kobiety, czy im również przydarzyło się coś takiego.

Szybko zrozumiałam, że owszem. Lęk separacyjny u małych dzieci nie jest wynalazkiem dzisiejszych czasów. Zmieniła się tylko nazwa (i rozumienie sprawy) bo: marudność, fochy, ząbki i złe dni zamienione zostały na jedno fachowe określenie.

Tak więc i ja snułam się za mamą kurczowo trzymając spódnicy, ale wtedy inaczej się na to mówiło.

Agnieszka Stein: Lęk separacyjny nie jest na pewno żadnym zaburzeniem. Jest prawidłową fazą rozwoju i świadczy o tym, że wieź, która powstaje między opiekunem i dzieckiem, jest na tyle stabilna, że może pełnić ważne funkcje ochronne. Dziecko wyróżnia osobę, do której jest przywiązane, spośród innych. Woli mamę od innych osób i jest to zdrowe i potrzebne w tym momencie jego rozwoju. Dzięki więzi dziecko zaczyna pilnować się rodzica w tym momencie, kiedy zaczyna być bardziej mobilne, jest więc mniejsza obawa, że się zgubi. Bo trzeba pamiętać, że te mechanizmy wykształciły się w czasach, kiedy ludzie byli koczownikami – wtedy dzieci nie raczkowały ani nie biegały po mieszkaniach i ogrodzonych placach zabaw, tylko po sawannie.
Pierwszy kryzys przywiązaniowy (to naukowa nazwa tego zjawiska) pojawia się w  drugiej połowie pierwszego roku życia. Pierwszy – bo nie jedyny.

Anna Bieluń: Mnie pofarciło się o tyle, że nie musiałam szybko wracać do pracy, nie miałam innych dzieci pod opieką, presji na wyparzanie butelek co godzinę i gotowanie obiadu z trzech dań dla męża. Mogłam opiekować się Świerszczem i być blisko, kiedy spał, a po zakończonej pracy przy biurku po prostu kłaść się z nim i smyrać nosem po włoskach, nawet przez sen. Wiedziałam, że panika minie i gorąco wierzyłam, że mały wiking pójdzie dzielnie w świat na własnych nóżkach.

Agnieszka Stein: Kiedy rodzice odnoszą się do potrzeb dziecka z cierpliwością i zrozumieniem, także do potrzeby bliskości i zależności, wtedy kryzys jest dużo mniejszy i szybciej mija. Nie spodziewałabym się jednak, że dziecko kiedykolwiek wróci do stanu, kiedy wszystko mu jedno, gdzie jest mama czy tata lub kto się nim zajmuje, bo to by świadczyło o braku więzi.

Anna Bieluń: Sytuacja owszem – dosyć męcząca, ale nie na tyle, żeby załamywać ręce. Więc w czym problem?

Ano w tym, że otoczenie (z małymi wyjątkami) kompletnie nie zaakceptowało stanu, w jakim znajdowało się moje dziecko. Samo to, że kategorycznie odmawiałam rozłąki, było wysoce podejrzane i jakieś takie niemodne, bo przecież matka musi chcieć być niezależna i wolna. A wystarczyły dosłownie dwie sytuacje, kiedy pozostawiony na moment Olecki dał koncert separacyjnej histerii (a potrafił chłopak, potrafił), żeby stał się groźbą i przestrogą dla wszystkich oczekujących potomstwa znajomych.

Agnieszka Stein: Można by tu długo pisać o tym, jak trudno się postronnym osobom powstrzymać od krytykowania i dawania zbawiennych rad. Nawet wtedy, kiedy nikt o rady nie prosi. I o tym, że rodzice mają prawo asertywnie powiedzieć, że to ich sprawa jak wychowują swoje dzieci.

Anna Bieluń: Zgodnie z porzekadłem, że zawsze winna jest matka, otrzymałam listę  porad, począwszy od wyjaśnień, dlaczego moje dziecko płacze, aż po propozycje, jak się tego problemu pozbyć. Sprawa jawiła się jako bardzo niewygodna, krępująca niezależność oraz nieelegancka. A przyczyny były jasne: za dużo bliskości.

Agnieszka Stein: Dzieci, które mają dużo bliskości wcale nie przejawiają najsilniejszego lęku separacyjnego. Wręcz przeciwnie. Najmocniej uwiązane do opiekuna są te dzieci, których potrzeby były zaspokajane nieregularnie. Rodzice czasem reagowali na jego wołanie, a czasem nie. Dzieci z takim lękowym stylem przywiązania pilnują się rodziców, trzymają ich nogi nawet wtedy, kiedy nie ma takiej potrzeby.

Z drugiej strony są dzieci, które pozornie są bardzo samodzielne i niezależne, a tak naprawdę bardzo źle radzą sobie ze stresem i rozstaniem. Poziom hormonów stresu w ich organizmach jest bardzo wysoki. Nauczyły się jednak, że nie powinny sygnalizować swoich potrzeb, bo i tak nikt na to nie zareaguje. Takie dzieci nie wołają o pomoc nawet wtedy, kiedy widać, że sobie nie radzą i nie czują się bezpiecznie.

Anna Bieluń: Przecież to żadna tajemnica, że potwór był noszony od urodzenia, że śpi z nami i towarzyszy nam w sesjach zdjęciowych, w zakupach i spacerach. Że nie zostawiamy do wypłakania, nie uczymy na siłę, nie ustalamy rutyny dnia po swojemu. Że płaczącego nie zostawiamy z ciociami, żeby się nauczył. Nie było takiego pragnienia, ale też nie było potrzeby.

No i wyrósł (tu pojawiały się dwie opcje): na tyrana, który teraz nie pozwoli na żaden swobodny ruch, lub w innej wersji – na bidulka uzależnionego od mamy, który już na zawsze zawiśnie na jej utrudzonej piersi. Warto oczywiście wspomnieć, że do czasu pojawienia się lęków wszyscy byli zachwyceni naszym sposobem chowania dziedzica i efektami w postaci niebywale spokojnego, radosnego małego człowieka (ale jak widać dobre słowo też jeździ na pstrym koniu).

Radzący podzielili się również na grupy w kwestii rozwiązania problemu. Jedna frakcja orzekła bowiem, że nic już się nie da zrobić i co wyhodowaliśmy, to mamy, będziemy się po prostu męczyć. Opozycja radziła zaś podjąć natychmiastowe środki zaradcze w postaci szybkiej separacji i oduczania bycia za blisko: “to ja wam go zabiorę na parę godzin”, “trzeba kupić w końcu ten wózek”, “własne łóżeczko, własne łóżeczko”.

Agnieszka Stein: Nawet jeśli w życiu rodziny pojawia się konieczność takiej niespodziewanej separacji, dzieci z bezpieczną więzią radzą sobie lepiej i szybciej dochodzą do siebie.

Anna Bieluń: Pomysły na zarządzenie dystansu w środku epizodu lęku separacyjnego wydawały mi się katastrofalne. Próbowałam tłumaczyć, wyjaśniać. Niektórzy rozumieli, a niektórzy tylko kiwali głowami, patrząc z ciekawskim przerażeniem na matkę, która uzależniła dziecko.

Agnieszka Stein: Na szczęście wyniki badań są optymistyczne. Dzieci, które mają okazję wykształcić bezpieczną więź, są w starszym wieku bardziej niezależne i samodzielne. I jest to samodzielność prawdziwa, płynąca z ich wnętrza, a nie tylko ignorowanie swoich potrzeb. Ludzie, którzy mieli bezpieczną więź ze swoimi rodzicami, w dorosłym życiu łatwiej budują związki oparte na równowadze między dystansem, niezależnością i bliskością. Są też wrażliwszymi rodzicami.

Anna Bieluń: Ale strasznie przykro zrobiło mi się dopiero wtedy, kiedy usłyszałam, że staliśmy się ostrzeżeniem przed tym, czym grozi rodzicielstwo bliskości. Że znajome radziły znajomym “tylko sobie tak nie zrób jak Anka”, “tylko dziecku krzywdy nie zrób i od razu na dystans, na dystans”. Nie chciałam, żeby dzieciaki miały przez nas pod górkę. Żeby te, co miały być noszone, nie były, a te, które nie są a jednak marudzą, były separowane jeszcze bardziej z lęku przed całkowitą utratą rodzicielskiej kontroli.

Nie chciałam też, żeby ktoś z litością lub trwogą patrzył na Lola, który na co dzień szalał jak wariat, zwiedzając świat z Afryką włącznie, i poza niechęcią pozostania bezmamowym, nie borykał się z większymi życiowymi problemami.

Agnieszka Stein: System bliskości i bezpieczeństwa jest połączony z systemem eksploracji, jakby leżały na dwóch szalach tej samej wagi. Im więcej bezpieczeństwa, tym silniejsza jest potrzeba eksploracji. Im mniej bezpieczeństwa i silniejsza jest potrzeba bliskości, tym eksploracji jest mniej. Działa to także u tych pozornie samodzielnych dzieci, które wprawdzie zostają bez rodziców, ale nie są równocześnie zainteresowane poznawaniem otoczenia.

Anna Bieluń: Oczywiście zastanawiałam się często, co mogłam lub mogłabym zrobić, żeby mu było w tym wszystkim lżej. Najłatwiejszą opcją byłoby życie w licznej, tętniącej życiem rodzinie, w której dzieckiem opiekuje się poza matką jeszcze kilka innych osób. Ale tak się w naszym życiu ułożyło, że do rodziny daleko, i Olaf znał tylko objęcia moje i taty. Nie ma łatwo.

Agnieszka Stein: Nawet w takiej licznej rodzinie dziecko przeżywa kryzysy przywiązaniowe i spotykają się one ze zrozumieniem. Wprawdzie rzeczywiście następuje wtedy przywiązanie do większej ilości opiekunów, którzy mogą udzielać pomocy dziecku, ale i tak matka jest opiekunem pierwszorzędowym (albo inna wyróżniona osoba). I nawet wtedy nie oznacza to, że dziecko pozwoli się sobą zajmować obcej, nieznanej mu osobie.

Anna Bieluń: Więc nasłuchawszy się swoje, włącznie z teorią spiskową, że historię z lękami zrobiłam młodemu celowo, chcąc swoją niezastąpioną pozycją rodzicielską podsycać poczucie własnej wartości (tfu!) i że ekologia uderzyła nam wszystkim do głowy, zmarkotniałam trochę i postanowiłam po prostu czekać. Czekać, bo gorąco wierzyłam, że zwykłą, nie nasyconą lękiem czy zależnością bliskością nie wyrządzam swojemu synowi żadnej krzywdy.

No i nie ma! Jak przyszło, tak odeszło w ciągu kilku dni. Może małe lęki jeszcze do nas wrócą, a może na zawsze się z nimi pożegnaliśmy. Świerszcz znów śpi spokojnie, nie wierci się i nie wybudza. Spuszczony na sekundę z oka podczas rodzinnej imprezy, wrócił na rękach kelnera, którego wynalazł sobie w kuchni i zażądał “na ręce”. Mama interesuje go, owszem, ale przy drobnych przekupstwach (porywająca zabawa, pierniczki czy zagadywanie) gotów jest zostać na jakiś czas z ciociami, babcią a nawet dziadkiem. A tuż przed walentynkami pozwolił (szał!) starym zabalować trzy dni za granicą, zachowując się przy tym (jak donosi babcia) nader przyzwoicie.

Agnieszka Stein: Czasem rodzice ulegają presji otoczenia i zaczynają przyzwyczajać dziecko do rozstań. Czasem jest im to po prostu potrzebne. Ale nawet wtedy w tym, że kryzys mija dużą rolę gra zwiększająca się dojrzałość dziecka.

Anna Bieluń: Oczywiście przyłazi, żeby go ponosić, ale kiedy go tylko podnieść, upierdliwie żąda na ziemię i już pędzi w sobie tylko znanym kierunku. Śpi w coosleaperze i tylko nad ranem turla się w naszym kierunku w celu udzielenia nam kilku śliniastych buziaczków. Wkurza się jak mu coś zabrać i jak coś mu nie wychodzi, cieszy podczas zabawy i cmoka kiedy broi. Jest najzwyklejszym dzieckiem świata, no, może tylko trochę spokojniejszym i mniej nieśmiałym, niż to się zazwyczaj zdarza (a przynajmniej tak o nim mówią). Jak dobrze żeśmy, się nie dali presji dekompresji!

Agnieszka Stein: Różne rodziny stosują różne rozwiązania. Nie chcę tu pisać, że całkowite nierozstawanie się z dzieckiem jest jedynym możliwym. Zawsze jednak warto uszanować potrzeby dziecka i dać mu się najpierw oswoić i zaprzyjaźnić z osobą, pod której opieką ma zostać.

Kiedy kryzys mija, warto cieszyć się tym i ładować akumulatory na kolejne etapy, które mogą być wyzwaniem. Także na drugi kryzys, który pojawia się między drugim i trzecim rokiem życia.

Foto


Agnieszka Stein

Psycholog dziecięcy. Zajmuje się wspieraniem rodziców w ich wysiłkach wychowawczych i pomocą w kryzysowych sytuacjach. Prowadzi warsztaty umiejętności wychowawczych dla rodziców i wspiera profesjonalistów pracujących z dziećmi. Jest autorką książek z nurtu rodzicielstwa bliskości: "Dziecko z bliska" i "Dziecko z bliska idzie w świat". Prywatnie jest mamą chłopca w wieku szkolnym.
Odwiedź stronę autorki/autora: http://agnieszkastein.pl/




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

3 niecodzienne sposoby na owoce w diecie dziecka

Juul na poniedziałek, cz. 85 – Przychodzi taki czas, kiedy rodzic powinien odpuścić

Ile kosztuje wegetarianizm i weganizm?

Przejdz do: