| Matko! Bądź dla siebie dobra

Matko! Bądź dla siebie dobra

Sto, a nawet jeszcze pięćdziesiąt lat temu było jasne – dziewczyna dorasta, wychodzi za mąż, rodzi dzieci i opiekuje się rodziną i domem. Kobiety jednak zaczęły odczuwać brak, niedosyt, bunt wobec tego wzorca. Narodził się ruch sufrażystek, później feministek, który wywalczył dla kobiet możliwość edukacji, równość wobec prawa i stopniowe wyzwolenie społeczne.

Historia oczywiście pomogła – mężczyźni walczyli na frontach dwóch wojen światowych, a kobiety zmuszone były tłumnie ruszyć do pracy. Socjalizm bardzo chętnie zapraszał je do fabryk – “dla lepszej przyszłości naszej i waszej”. Powoli rozwinęły się media i szybszy transport, które umożliwiły podpatrzenie, jak się żyje setki, a z czasem tysiące kilometrów dalej. Poprawił się status materialny rodzin, nadeszły czasy prosperity. Wszystkie te zmiany dokonały się zaledwie podczas życia trzech, czterech pokoleń. Doprowadziły one do śmierci czy reinkarnacji Matki-Polki? Jakie są dziś polskie mamy?

Zaprzeczenie

W XIX wieku na ziemie polskie dotarł feminizm. Pierwotnie kobiety walczyły o emancypację naukową, później ekonomiczną. W XX-leciu międzywojennym polski feminizm był jednym z najbardziej radykalnych. Irena Krzywicka i Tadeusz Boy-Żeleński propagowali świadome macierzyństwo, edukację seksualną, prawo do rozwodu, środki antykoncepcyjne i możliwość aborcji. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska w swych wierszach seksualnie wyzwalała ówczesne Polki. Kobiety w Polsce, jako jedne z pierwszych na świecie, uzyskały prawo do aborcji (nieograniczona aborcja wprowadzona przez Hitlera podczas okupacji, po wojnie prawo aborcyjne usankcjonowane w 1956 r.), środków antykoncepcyjnych, a do szkół została wprowadzona edukacja seksualna. Z drugiej strony był Kościół katolicki, który jako największa opozycja, miał ogromny wpływ na kształtowanie się roli kobiety w społeczeństwie – oddanej matki i żony, pocieszycielki poświęcającej siebie dla dobra innych, uległej wobec męża, niedbającej o własne potrzeby.

Gniew

Matka-Polka okresu socjalizmu miała się dobrze tylko na plakatach. Niewielu mężczyzn poczuwało się do współodpowiedzialności za dom i dzieci. W praktyce kobieta pracowała poza domem przez osiem godzin dziennie, a następnie kolejne osiem w domu. Obowiązki domowe były wtedy bardziej czasochłonne niż obecnie (np. pranie). Młode mamy już dwumiesięczne dzieci oddawały do żłobków i wracały do pracy. Uchwałą z 1952 roku “W sprawie zwiększenia zatrudnienia kobiet” żłobki były opłacane przez pracodawcę; istniały żłobki dwuzmianowe, całotygodniowe, sezonowe czy wiejskie (dziecko przebywało tam na czas żniw). Kobiety były zmęczone, mężczyźni znowu popędzili obalać ustrój. W 1989 roku feministki, uśpione w okresie PRL-u, zaczęły krzyczeć ze zdwojoną siłą.

Negocjacje

Na początku lat 90. zaczęła się walka feministek z Kościołem katolickim o “kompromis aborcyjny” (trwa on w stanie niezmiennym od 23 lat). Poprawił się status materialny polskich rodzin, życie stało się łatwiejsze, Polska otworzyła się na świat. Jednak dzieci rodziło się mniej. Kobiety w końcu mogły dokonać wyboru. Dziecko przegrało z karierą i wygodą życia. Małżeństwo upadło w starciu z wolnością i indywidualizmem. Najwięcej było jednak kobiet, które chciały mieć wszystko. Być świadomymi, uczestniczącymi w życiu dziecka matkami oraz spełnionymi zawodowo pracownikami i pracodawcami. Kobieta teoretycznie mogła wszystko. Od tego momentu to właśnie pogodzenie życia rodzinnego i zawodowego stało się największym wyzwaniem.

Depresja

Na przełomie XX i XXI wieku kobiety jak nigdy dotąd poszerzyły swoje kompetencje. Zaczęły piastować wysokie stanowiska, prowadzić warte miliony przedsiębiorstwa, być matkami i żonami. Absolutnie nie zwalniały tempa. Potrafiły nawet zaktywizować mężczyzn, którzy w końcu zaczęli świadomie podchodzić do roli ojca, angażować się w obowiązki domowe, uczestniczyć  w porodach. Feministki przestały krzyczeć: “macierzyństwo to pułapka!”, zrodził się feminizm prorodzinny. Oczywiście taka sytuacja nie oznaczała równości kobiet i mężczyzn w zakresie finansowym (mężczyźni wciąż zarabiali więcej na tych samych stanowiskach) i społecznym (wciąż w większości przypadków partner jedynie “pomagał” kobiecie, to ona zarządzała wspólną przestrzenią). Obowiązki mamy pracującej rosły, a i szeroko pojęte “dom i dzieci” wciąż były domeną czysto kobiecą. Mamy czuły konflikt, czegoś wciąż brakowało, jak sto lat temu. Kobiety zaczęły sobie zdawać sprawę, że powtarzane jak mantra “mogę mieć wszystko – i dom, i karierę” jest kłamstwem. W lipcu 2012 roku na łamach The Atlantic ukazał się artykuł Anne-Marie Slaughter Why women still can’t have it all (Dlaczego kobiety wciąż nie mogą mieć wszystkiego). Pierwsza kobieta w historii, która została Dyrektorką ds. Planowania Polityki w Departamencie Stanu, zrezygnowała ze swego stanowiska, by “spędzać więcej czasu z rodziną”.

Akceptacja

Anne-Marie Slaughter przebiła wiele szklanych sufitów, pnąc się po szczeblach kariery. Ale będąc na jej szczycie stwierdziła, że nie warto. Za dużo nerwów i wyrzutów sumienia kosztowało ją przebywanie pięć dni poza domem, w którym dwójka nastoletnich synów wkraczała w dorosły, męski świat, a mąż absolutnie wspierający i poświęcający się dla kariery żony spędzał samotne wieczory. Wiele kobiet (w szczególności matek) się od niej odwróciło, twierdząc, że zniszczyła coś bezpowrotnie. Slaughter dokonała jednak indywidualnego wyboru, twierdząc, że pracując według czyjegoś grafiku (jej przełożoną była wtedy Hilary Clinton), nie jest w stanie oddać się w stu procentach ani pracy, ani domowi. Jedynie praca na własnych zasadach, na własny rachunek może dać kobietom-matkom wszystko. Obecnie wykłada na Wydziale Prawa Międzynarodowego na Princeton, pisze podręcznik, wydaje swoją książkę, opowiada młodym kobietom (bo starsze wciąż nie mogą jej darować) o tym, jak zrównoważyć pracę i macierzyństwo.

Slow matka?

Mamy wciąż są jak roboty wielofunkcyjne, to nie zmieniło się od lat. Od dnia porodu – jakby podłączone do niekończącego się źródła zasilania. Macierzyństwo daje siłę, dziecko daje radość, miłość uskrzydla. To prawda, ale przychodzi taki dzień, kiedy najpierw po cichutku, stopniowo odchodzą endorfiny, stres i zmęczenie przychodzą niezapowiedziane, natrętnie wpycha się do głowy zniecierpliwienie. Rodzi się matczyne zmęczone “ja”.

Jednak z tej poczwarki może wyrosnąć motyl. Z każdym dniem, rokiem, dekadą macierzyństwo się zmienia. Codziennie jest szansa na zrobienie czegoś lepiej lub po prostu inaczej. Ostatnio w mediach społecznościowych było głośno o wyznaniu Anny Lewandowskiej, żony znanego piłkarza, ale też sports(wo)mence ścigającej się o miano naczelnej trenerki Polski. Niespodziewanie opuściła fitnessowy tor wyścigowy i przekonuje, że wolniej znaczy lepiej.

Popularne jest już slow jedzenie, slow moda, slow życie. Może czas, by przekonać się do slow macierzyństwa. Mamy-Polki, mamy feministki, mamy tradycjonalistki, ekomamy i przyszłe mamy – bądźcie dla siebie dobre.

Foto: flikr.com/thomashawk


Karolina Kowalczyk

Mama dwóch córek, żona jednego męża, wojowniczka o zdrowie fizyczne i psychiczne swojej rodziny. Humanistka, ateistka, gaduła i zwolenniczka terapii śmiechem (nawet przez łzy). Organizatorka, której marzeniem jest napisanie książki, otwarcie restauracji i przespanie ośmiu godzin.
Odwiedź stronę autorki/autora:




Książeczki Pucio – zabawy logopedyczne dla najmłodszych

Książki wspierające wszechstronny rozwój najmłodszych dzieci od wydawnictwa Tekturka

Naprawdę przeciwsłoneczne okulary dla dzieci (Real Kids Shades)

Kasze glutenowe i bezglutenowe (11 przepisów na bezglutenowe dania z kaszą)

Kim jest doula?

7 powodów, dlaczego warto chodzić boso (także dla dorosłych)

Przejdz do: