Kategorie
wychowanie

Mama w procesie zmiany

Jestem szczęśliwą mamą, spełniającą się w nowej roli. Mamą Maleństwa, które spędziło pierwsze miesiące swojego życia na płaczu i ssaniu piersi. Z krótkimi przerwami na sen.

Świetne książki dla rodziców i dzieci... zobacz naszą KSIĘGARNIĘ NATULI

Był to jak dotąd najtrudniejszy i zarazem najpiękniejszy okres mojego życia. Czas wątpliwości, wyczerpania, bezradności. Czas miłości, czułości i bliskości. Widziałam wokół tylko wypoczęte mamy grzecznie śpiących dzieci, dopiero potem dotarło do mnie, że mam takich wyjątkowych dzieci, jak moje, jest więcej. Że być może w ogóle nie mają siły wyjść z domu. Chciałam podzielić się swoim doświadczeniem, bo wiem, jak ważne jest czytać o podobnych trudnościach i o szczęśliwych zakończeniach, kiedy jest się w kryzysie. My, mamy wymagających dzieci, powinnyśmy trzymać się razem. Oto moja historia zamiany problemów na wyzwania, trudności – na wzbogacające doświadczenia. Czyli historia tego, co dawało mi siłę, by przetrwać i cieszyć się macierzyństwem.

JAK DOBRZE, ŻE TO REKLAMA KSIĄŻEK

seria rodzicielska

Jak zrozumieć małe dziecko

35 PLN

Książka, dzięki której poznasz zagadnienia związane z jedzeniem, snem, zabawą, odpieluchowaniem, bezpieczną relacją oraz adaptacją w przedszkolu małego dziecka.

Kompleksowy poradnik, który musisz przeczytać!

Być blisko pomimo wszystko

Moje Maleństwo należy do gromady: „ssaki nieodkładalne”. Podstawowym sposobem komunikowania się ze światem był dla niego płacz na przemian z wrzaskiem. Tak Maleństwo mówiło: „oto jestem” już od pierwszych chwil po zewnętrznej stronie brzucha. Jedynym skutecznym sposobem na względny spokój była moja pierś w maleńkich usteczkach. Wtedy na chwilę zasypiało, nie pozwalając się odłożyć. Nie pomagało noszenie, chusta, bujanie w wózku, śpiewanie. Lekarz powiedział: „Zuch dziewczyna – zdrowa, ale mogę przepisać leki. Mamie oczywiście, na uspokojenie” – dodał z uśmiechem.

Moje potrzeby?

To był okres hibernacji mojego istnienia, zlałam się z Maleństwem. Przeżywałam fale frustracji, kiedy nieukojony płacz przeradzał się w histerię. Przeżywałam podwójną tragedię – moje Maleństwo cierpiało, ja cierpiałam razem z Nim, cierpiałam z własnej bezradności. I w wielu momentach miałam dość, czułam, że już dalej nie dam rady. Wtedy najłatwiej jest trzasnąć drzwiami i nie słyszeć płaczu. Kto z nas nie słyszał o takich sposobach „oduczania” dziecka zachowań? Im było mi ciężej, tym częściej przychodziły do mnie takie pokusy. Co mnie wtedy uratowało? Jedna myśl. Przypomniałam sobie siebie z tych momentów, kiedy wewnątrz było mi źle, choć nie potrafiłam ani tego nazwać, ani przyjąć wsparcia. Wtedy najbardziej na świecie pragnęłam po prostu OBECNOŚCI. Takiej bez pytań, bez wątpliwości. Prawdziwej i autentycznej, której źródłami są głęboka troska i szacunek. Nawet kiedy krzyczę, że nie chcę, tak naprawdę potrzebuję, żeby ktoś był. Tak bardzo boję się opuszczenia. Tak więc zostałam, BYŁAM. Pozwoliłam Maleństwu być ssakiem nieodkładalnym. Przyrosłyśmy wspólnie do fotela, by przez długie godziny po prostu BYĆ blisko pomimo wszystko.

Przeformułowanie na zapotrzebowanie

W naszym domu dzień i noc wciąż słychać było śpiew Maleństwa (to cytat naszej wyrozumiałej sąsiadki). W poszukiwaniu rozumienia sięgałam do różnych źródeł, także takich, które pogłębiały moją frustrację (oczywiście odkrywałam to dopiero po czasie). Tu wyczytałam, że już dwutygodniowe niemowlę można nauczyć rytmu. Rytmu? U nas wszystko do góry nogami, ja w pidżamie do późnych godzin popołudniowych… Jakiego rytmu?! Tam znowu, że dziecko nie ma prawa być głodne co godzinę… A mój ssak nieodkładalny – wiadomo – przy mlekopoju nonstop. Więc może robię Jej krzywdę pozwalając na to? Chaos, kłębiące się myśli owocujące katastrofalnym poczuciem winy.

Na szczęście na forum Rodzicielstwa Bliskości ktoś wspomniał o koncepcji High Need Baby – dzieci wysokich potrzeb. Poczułam, że odzyskuję grunt pod nogami, że wracam do bezpiecznego domu, w którym potrzeby dziecka traktowania są z uważnością i szacunkiem. Bo przecież nie ma trudnych dzieci, są jedynie takie, które POTRZEBUJĄ więcej niż inne: stymulacji, uwagi, bliskości. I że te dzieci są takim samym cudem, jak wszystkie inne, a nawet są na swój sposób wyjątkowe. Poczułam dumę z mojego Maleństwa. Wyrzuciłam książki, które podpowiadały, że dziecko nie powinno mną rządzić. Na nowo spojrzałam na świat oczami Maleństwa. A tam znalazłam małe – wielkie potrzeby mojej Córki: bezpieczeństwa, przewidywalności, mądrego i bliskiego przewodzenia po nieznanym świecie. To było genialne w swojej prostocie. Do dzisiaj kładę się obok Niej na ziemi i sprawdzam, jak wygląda świat z Jej perspektywy. I nie tylko z szacunkiem przyjmuję Jej potrzeby, ale dzięki Niej zaczynam odkrywać świat na nowo. Tak oto Maleństwo zostało moim Małym Wielkim Nauczycielem życia.

Czytasz artykuł … i bardzo dobrze

Piszemy i wydajemy książki, tworzymy magazyn dla rodziców, prowadzimy super księgarnię. Jeśli nas nie znasz… kliknij i

Dobra matka to, dobra matka śmo…

Rozbiłam się o wysokie skały wyobrażeń i oczekiwań wobec siebie jako matki. Znalazłam w swojej głowie mnóstwo nieświadomych przekonań o tym, co to znaczy być dobrą matką. Bo przecież dzieci dobrych matek nie płaczą. Dobre matki o pomalowanych paznokciach prowadzą dumnie swe piękne wózki, by za chwilę wrócić do posprzątanych domów, w których czeka ugotowany wcześniej obiad.  Jak widziałam siebie w nowej roli? Bezradną, bo nie potrafiłam mojego Maleństwa skutecznie utulić. Niezorganizowaną, bo ledwo udawało mi się wyskoczyć z pidżamy, żeby wyjść na spacer, zanim Maleństwo znowu się rozpłacze. Postanowiłam poważnie ze sobą porozmawiać, tak skutecznie odbierałam sobie siły, których i tak jak na lekarstwo w tamtych czasach. Zamiast mocy do zmagań miałam do siebie długą listę „ale”. Najpierw w odstawkę poszło słowo „dobra” – bezwzględna ocena, którą sama siebie katowałam. Stworzyłam na nowo barwny kolaż własnego macierzyństwa: swojski, prawdziwy, w zgodzie ze mną. Matka KOCHA całą sobą i AKCEPTUJE swoje Maleństwo z całym dobrodziejstwem inwentarza. Matka KARMI mlekiem, ciepłem i bliskością. Jestem Matką, piszę to ze wzruszeniem i dumą.

Emocje? Zapraszam na kawę!

Im bardziej nasz świat wywracał się do góry nogami, im więcej było w nim płaczu, tym bardziej chciałam być dzielna. I nie czuć. Tej nieznośnej frustracji, złości, rozczarowania. Przecież macierzyństwo miało mnie wzbogacać, ale tym dobrym paliwem miłości i bliskości. Co zrobić, żeby nie czuć tych pozostałych emocji? Było mi podwójnie trudno – raz, że Maleństwo cierpiało, dwa, że ja cierpiałam i zaczęło mi brakować dobrych schowków na trudne emocje. Pojemne szafy zaczęły pękać w szwach. Wtedy zabrałam się za porządki. Postanowiłam przymierzyć każdą z emocji i sprawdzić, co się stanie. Frustracja? Ona uszyta była z bezsilności. Złość? Jak za ciasna bielizna była karą za niebycie matką idealną. Rozczarowanie? To tak naprawdę gryząca wizytowa garsonka, pojawia się po spotkaniach z innymi mamami i dziećmi. Gryzie jak diabli, jak zaczynam porównywać siebie i Maleństwo, wciskać nam ciasny kołnierzyk powinności… Emocje okazały się nie tak straszne, kiedy rozbroiłam tę wielką szafę. A owa sesja przymiarkowa wiele mnie nauczyła. Teraz już wiem, że emocje nie są kłopotem, tak długo, jak potrafię odczytać, co próbują mi powiedzieć o mnie samej. Mogą stać się kłopotem, kiedy przestaję je kontrolować i oddaję bezbronnemu Maleństwu. Złość i frustracja należą do mnie. I kiedy przychodzą, zapraszam je na spotkanie. Zostawiam na chwilę Maleństwo, bo to sprawa między mną a emocjami. Czasem jest gwałtownie, czasem to tylko spokojna rozmowa. Ale do Maleństwa wracam rozluźniona i na powrót uważna. Podjęłam decyzję, aby bezsilność zamienić na moc zmiany, frustrację i złość na dynamikę działania i poszukiwania nowych rozwiązań, a rozczarowanie na zachwyt nad niepowtarzalnością mojego Maleństwa.

JAK DOBRZE, ŻE TO REKLAMA KSIĄŻEK

Uważne współczucie
79,10 PLN
Być razem
27,75 PLN

Świadome rodzicielstwo
32,97 PLN

Piękno rzeczy najprostszych

W naszym domu zapanował nowy porządek. Nauczyliśmy się cieszyć każdym najmniejszym sukcesem naszego Maleństwa. Pół godziny przespane na spacerze? BRAWO! Kilka chwil bez płaczu? SUPER! A może coś jakby uśmiech na słodkim buziaku? WOW! Gdyby było nam łatwo od początku, umknęłoby nam tyle ważnych momentów, bo przyjęlibyśmy je z naturalną oczywistością. Czy mama dobrze śpiącego dziecka wydzwania do swojego męża wykrzykując szeptem: „ŚPI, rozumiesz, Maleństwo ŚPIIIIII!”? Dla nas każdy dzień jest zapowiedzią sukcesów małych i dużych, pozorne drobiazgi urastają do miana cudów. Dlatego tak bardzo potrafimy się cieszyć każdym dniem, z radością i zaciekawieniem: „czym Maleństwo nas dzisiaj zachwyci?” witamy kolejny poranek. A jak Maleństwo podrośnie, pokażemy Mu cały kalendarz zapisany sukcesami. Tak oto nasze trudne początki stały się szkołą doceniania rzeczy prostych, czerpania z nich radości i siły na kolejny niezwyły dzień. Bo to przecież czas cudów!

Przyspieszony kurs rozwoju

Jestem dumna z tego, że udało nam się znaleźć siłę w trudnościach. Bardzo pomagało mi w różnych momentach zatrzymanie się, żeby przeformułować coś, co na pierwszy rzut oka (i emocji przede wszystkim) jawiło się jako trudność. Przestałam się nad sobą użalać, zaczęłam odczuwać wdzięczność, że dostałam taką szansę na rozwój! Moje życie kompletnie się zmieniło. Po tych kilku miesiącach jestem w zupełnie innym miejscu. Bogatsza miłością i bliskością, to przede wszystkim. Nigdy wcześniej nawet nie wyobrażałam sobie, że można kochać tak mocno, na tyle sposobów i jeszcze codziennie zakochiwać się na nowo. Kiedyś czas przepływał mi przez palce – tygodnie mijały niepostrzeżenie. A ostatnie miesiące były dla mnie bardzo wyraźnym czasem, jestem w stanie odtworzyć każdy tydzień patrząc na zdjęcia i czytając o sukcesach Maleństwa. Jestem też dużo bardziej zorganizowana, więcej planuję, przygotowuję wcześniej, żeby potem spokojnie móc działać. Jeszcze niedawno wyjście na spacer było wyzwaniem graniczącym z cudem, które kosztowało nas ogrom wysiłku. Teraz to czysta przyjemność. I jedna z najważniejszych lekcji, którą ciągle odbieram od Maleństwa, to odpuszczanie kontroli. Swoim życiem mogłam sterować do woli, a Maleństwo istotą jest odrębną, która działa w swoim trybie i rytmie, na które najczęściej nie mam wpływu. Mogę się jedynie uzbroić w otwartość, wytężyć zmysły, by lepiej Ją usłyszeć i poczuć. Wszystko w służbie Jej wyjątkowych potrzeb. Rytmy? A tak, coraz ich więcej się pojawia oczywiście. I znikają równie szybko jak się pojawiły. Zastępują je nowe, których dopiero się uczymy. Uruchomiłam głębokie pokłady kreatywności, szukam, sprawdzam, eksperymentuję. Bo nie ma książkowych dzieci, a jedynie te, o których można pisać książki.

A dzisiaj ze wzruszeniem sięgam pamięcią do naszych pięknych początków. Jestem wdzięczna za każdy kawałek doświadczenia, który Maleństwo przyniosło w prezencie. Całe życie szukałam Mistrza.

Ania Siudut-Stajura

Autor/ka: Ania Siudut-Stajura

Psycholog, trener, terapeuta Gestalt. Mama trójki, która zgłębia tajemnice High Need Babies. Pisze bloga pracowniasrodka.pl o rodzicielstwie, psychoterapii i podróżach na Wschód.

14 odpowiedzi na “Mama w procesie zmiany”

dla mnie ten okres początkowej symbiozy i oddania się dziecku był
cudowny i pozbawiony frustracji. Karmienia, spacery, obserwowanie nowych
osiągnięć maleństwa – sama radość. Frustracja przyszła niestety
później, gdy trzeba były “wrócić” do świata – praca, żłobek, oczekiwania
innych by niemal z dnia na dzień stać się tym kim było się przed
porodem. A ja jeszcze nie chcę, nie umiem, nie mogę. Jak poradzić sobie z
tym?

MamaMaria – ja się tego właśnie najbardziej boję. Jak będę miała oddać mojego HNB nieodkładalnego ssaka do żłobka? Już 7 miesięcy żyjemy w symbiozie, nie rozstałam się z nim dłużej niż na 30 miin od kiedy się urodził. Niemożliwe jest dla mnie by ktoś inny mógł zająć się nim tak dobrze jak ja. Codziennie przed snem widzę jak mój synek w żłobku płacze, bo potrzebuje uwagi bardziej niż inne dzieci, a opiekunki mają to zwyczajnie gdzieś. Do pracy muszę wrócić za 5 miesięcy, jak Mały skończy rok, a już teraz nie mogę spać przez wieczorne wizualizacje naszej przyszłości. Wychowuję go sama, nie mogę liczyć na niczyją pomoc, więc powrót do pracy jest koniecznością. Straszne…

Aga – na pocieszenie powiem Ci, że w naszym żłobku panie są cudowne i bardzo starają się wyjść na przeciw potrzebom każdego dziecka, na pewno jest duża szansa, że i Ty trafisz na takie. Poza tym Twój maluszek na pewno bardzo się usamodzielni przez te następne 5 miesięcy. Trzymam kciuki.

Aga polecam poczytanie Jespera Juula to chyba mądrzejsze książki o dzieciach rodzinie jakie w życiu czytałam. Mogą ci pomóc, bo podobno to też kwestia nastawienia mamy – z mojego doświadczenia dopiero jak pewne rzeczy odpuściłam to wróciły do tak zwanej normy. Facet jest świetny, bo właśnie tak podchodzi do sprawy wychowania jak autorka tego artykułu, że każda mama i każde dziecko są inne i tylko szacunek do dziecka i siebie pozwala się jakoś dogadać. Serdecznie polecam – mi jego książki naprawdę odmieniły życie.

Czytam jakby o sobie. Mam siedmiomiesięczną córeczkę, bez cycusia żyć nie może, jesteśmy blisko i nie rozstajemy się na dłużej niż 40 minut :) Ale od miesiąca, po półmetku urlopu, męczy mnie wizja powrotu do pracy. Nikomu nie chcę oddawać córki, jestem chora na samą myśl o tym. Bardzo mi z tym źle…

jak bym czytala o sobie a moj nieodkladalny ssak ma juz 4 lata :) nie wrocilam do pracy, o nie, nie dalo sie i nie jest mi z tym zle, mam za to drugiego ssaka

Aniu!
Piękny tekst. Jestem pod wrażeniem Twoich słów. Dla mnie te 6 miesięcy to był koszmar. Frustracja, złośc i rozczarowanie.. łzy i bezsilność. Brak snu, trudny poród, nietolerancja laktozy, moja ostra dieta (poczucie pragnienia by wgryźć się w słodkie owoce gdy sezon w pełni i zajadać lodami gdy słońce grzeje). Zmęczenie i moje, i męża sięgało granic, jeśli je w ogóle mamy. Płacz syna obijał się o prawie puste ściany naszego mieszkania i skryć się nie dało bo drzwi wewnętrznych nie było. Wstydziłam się naszych nowych sąsiadów, bałam się że myślą o nas straszne rzeczy. Przez pierwsze dwa miesiące prawie na spacery nie chodziłam, nie miałam siły, a gdy udało mi się ubrać i wysiusiać, nakarmić i przebrać i to wszystko ogarnąć to często mnie wieczór zastawał. A jak udawało mi się wyjść to zaraz wracałam bo ryczał. Z drugiej sytrony chęć bycia super mamą, kochającą, reagującą na każdą potrzebę, będąca blisko.. zawsze cierpliwa, spokojna i poukładana… Jestem mamą wyjątkowej istoty, teraz to wiem. Jest niesamowicie pogodny, kontaktowy, śliczny i mądry. Teraz to wiem, ale jeszcze kilka tygodni temu oddałabym go, nawet bym dopłaciła by ktoś mnie od niego uwolnił.
Aniu, czytałam Twój tekst jak o sobie, wszystko pasuje. Cenna rada o emocjach. Bardzo żałuję że nie potrafiłam wyprowadzić ich za drzwi. Opanowały mnie i wodziły za nos. Synuś łykał je jaj pelikan. Szkoda że nie napisałaś go kilka miesięcy temu, pewnie szybciej stanełabym na nogi.
Może jakaś grupa wsparcia..? w nurcie Gestalt?
Pozdrawiam wszystkie mamy wymagających dzieci

Ja czekam na ten czas, gdy frustracje miną i “pogodzę się” w pełni z nową rzeczywistością. Odczuwałam je ze zdwojoną silą bo pracuję z dziećmi, uwielbiam stwarzać im warunki do kształtowania własnych osobowości, byłam prawie pewna, że rola matki będzie dla mnie równie fascynująca a tu bęc. Synek był bardzo wymagający, mąż za granicą-dojazdowo raz w miesiącu, teściowa jak z mało śmiesznych dowcipów, niedługo po urodzeniu syna straciłam nagle tatę, wszystko sypało się na łeb, na szyję. I ciągły płacz… Cały czas pragnęłam żeby dni płynęły szybciej, żeby już miał 3latka albo chociaż rok, żebym mogła się z nim porozumieć, dowiedzieć czemu płacze, jak mu pomóc. Syn ma 10 miesięcy, jest wesoły, bardzo żywiołowy i przytuliński. Mąż jest w nim zakochany do tego stopnia, że zdecydował wrócić do kraju, niebawem będziemy już razem. Bardzo powolutku wychodzę z Doła, staram się myśleć o tym, co dobre, że syn jest zdrowy, że wiosna tuż tuż :) wciąż muszę walczyć ze zmęczeniem i marazmem, który czasem mnie dopada i bardzo chcę zrzucić ciężar złych myśli i emocji i nareszcie poczuć pełnią siebie, że mam Wielkie Szczęście :) krok po kroku do przodu..

Ciekawe i piękne podejście, niemniej, czytając, nie przestawałam się zastanawiać – gdzie, u licha, ojciec tego dziecka? Jeśli jesteś samotną matką, podziwiam i gratuluję, ale gdzieś tam w jednym maleńskim akapicie ten partner mignął, co budzi moje przerażenie i jeży włos na głowie – że piszesz, jakby to była w zasadzie wyłącznie twoja droga, a nie wspólna praca nad bliskością i wymianą w opiece nad małym “nieodkładalnym”. Może się mylę, ale z tekstu wyziera straszliwa samotność, a rola ojca/partnera w takim przypadku powinna być ogromnie ważna…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *