Kategorie
wychowanie

Nastolatki i wirtualny świat. Jak porozumieć się z dziećmi w sprawie korzystania z Internetu?

Wakacje to okres, w którym nasze dzieci nie mają dni wypełnionych zadaniami z urzędu, a nadmiar czasu, który nagle przyszło nam zagospodarować, często spędzają w sposób, który niekoniecznie pokrywa się z naszymi oczekiwaniami.

Nie jest łatwo ujarzmić nastolatka

Młodszymi dziećmi łatwiej pokierować – wysłać na półkolonie czy kolonie, zapisać na letnie zajęcia lub oddać pod opiekę dziadkom. Kiedy jednak nasz potomek skończył już dziesięć lat, zwykle protestuje przeciwko tego typu praktykom, ponieważ ma na siebie całkiem konkretny pomysł. Przekonuje nas bowiem, że ogarnie się samo, a jeśli ma do dyspozycji telefon, tablet i laptop, do szczęścia potrzebuje już tylko pizzy.

W ten sposób spełnia się jeden z najczarniejszych scenariuszy, jakie pojawiają się w naszych głowach. Oczami wyobraźni widzimy nasze dziecko grające w strzelanki ze słuchawkami na uszach, córkę z nosem w telefonie podczas rodzinnej kolacji, syna, który na prośbę o wyprowadzenie psa nieobecnym wzrokiem rozgląda się po mieszkaniu, jakby zapomniał, że od 6 lat mamy jamnika. Boimy się, że dziecko uzależni się od komputera, że stracimy z nim kontakt i że po tylu godzinach w wirtualu nie będzie potrafiło odnaleźć się w realnym świecie. Jednak, aby nie popaść w pesymizm, na początek potrzebujemy odrobinę dystansu.

Kiedy pomyślimy o naszym dzieciństwie, nasze zabawy i pasje były… dość monotematyczne. Zwykle, gdy tylko wybrzmiał ostatni dzwonek, tornistry rzucaliśmy w kąt, nie zważając na pleśniejącą w nim kanapkę z mielonką, i wybiegaliśmy na dwór. Mogliśmy spędzić cały dzień na włóczęgach po osiedlu, zabawach w podchody i strzelaniu z patyków przerobionych na karabin. Był lans na trzepaku, zabawa w kuchnię, dom i sklep, a także zawieranie przyjaźni na całe życie na środkowej gałęzi starej gruszy. My już może tego nie pamiętamy, ale nasi rodzice również woleliby, żebyśmy byli gdzieś indziej, bawili się inaczej i przed zmrokiem, bez wołania przychodzili na śniadanio-obiado-kolację, a przede wszystkim, żeby mieli nad nami więcej kontroli.

Czasy się zmieniły…

Dziś zniknęły trzepaki, opustoszały osiedla, a dzieciaki włóczące się po ulicy należą do rzadkości. To samo, co robiliśmy „w realu”, nasze dzieci odgrywają w świecie wirtualnym i, choć czasem trudno nam to zrozumieć, sami jesteśmy zanurzeni w środowisku cyfrowym i czerpiemy z tego korzyści. Czasy się zmieniły, zmieniła się rzeczywistość i zmianie uległo postrzeganie otaczającego nas świata. Wydaje nam się, że jest on nieprzyjazny, niebezpieczny i pełen zagrożeń czyhających na nasze dzieci na każdym kroku. Nie wypuszczamy ich z domu bez sprawnego telefonu i chętnie sami korzystamy z tej „wirtualnej smyczy”, by otaczać opieką, a także kontrolować poczynania naszych nastolatków. Mamy aplikacje śledzące oraz rodzicielskie blokady, by na każdym kroku manifestować swoją odpowiedzialność, rodzicielską władzę i efektywność. I choć wydaje nam się, że mamy ważne powody, by działać w ten sposób, dziwi nas fakt, że młodzież przepada w wirtualnej rzeczywistości. Co zaskakujące, nawet rodzice, którzy deklarują wychowanie w poszanowaniu wolności, dbają o sprawiedliwość i wzajemny szacunek, często nie potrafią pogodzić się z faktem, że dzieci przepadają w Internetach.

Gdybyśmy przyjrzeli się argumentom, które towarzyszą napominaniu, żeby syn czy córka „wreszcie wyłączyli komputer”, to zwykle rodzice narzekają, że dzieci grają za długo, za dużo czasu spędzają w sieci, gry są zbyt brutalne, młodzież na portalach społecznościowych jest okrutna i bezwzględna, a w Internecie nie można znaleźć nic mądrego. Każdy z tych argumentów kryje w sobie niezaspokojoną potrzebę, a odkrycie prawdziwych powodów naszych obaw jest najprostszą drogą do porozumienia się z naszym nastolatkiem.

[reklama_col id=”67673, 67679, 67677″]

Za kontrolą rodzicielską stoją konkretne potrzeby:

  • Potrzeba bezpieczeństwa

Za przekonaniem, że w Internecie nie ma nic wartościowego, stoi zapewne potrzeba bezpieczeństwa i niewyrażona wprost obawa, że dzieci nie tyle nie znajdą tu nic mądrego, co raczej, że znajdą coś, czego wolelibyśmy im oszczędzić. Sami przecież sięgamy po smartfon chcąc sprawdzić pogodę, program telewizyjny, wiadomości od znajomych czy repertuar kina, a to właściwie tylko wierzchołek góry lodowej. W trakcie rozmowy sprawdzamy tytuł filmu, który mamy „na końcu języka”, w czasie lektury oglądamy zdjęcia góry, którą tak epicko opisuje autor, przez komórkę bukujemy wakacje i płacimy rachunki. Zamiast więc zaprzeczać samym sobie, twierdząc, że Internet to siedlisko samego zła, zadbajmy o to, by młodzież również korzystała z niego świadomie i mądrze.

Żadna aplikacja śledząco-chroniąca nie jest skuteczniejsza od rozmowy i szczerości. Jeśli to nie brzmi przekonująco, wystarczy sobie uświadomić, że aplikacja zadziała w telefonie naszego dziecka, ale już niekoniecznie jest zainstalowana na komórce kolegi… Warto więc otwarcie przyznać, jakie mamy obawy, i sprawdzić, co nasze dziecko o nich sądzi, jak widzi współpracę w tym zakresie, czy potrzebuje kontroli, by nie ulegać pokusie, czy raczej możemy liczyć na jego odpowiedzialność i uczciwość.  Ważne, by jasno określić, jakie strony i treści uważamy za nieodpowiednie. Dla jednych rodziców jest to pornografia, dla innych filmy czy piosenki zawierające wulgaryzmy, dla kolejnych vlogi, w których ktoś jest ośmieszany czy oceniany; dajmy więc czytelny sygnał, gdzie dla nas przebiega granica, za którą pojawia się nadużycie czy przemoc.

  • Potrzeba ochrony, komfortu i sprawczości

Choć na hasło “pornografia” jeży nam się włos na głowie, to jednym z największych zagrożeń, przed którym nie uchroni naszych dzieci ani oprogramowanie, ani nawet dobra wola i szczerość, jest fala hejtu, bezwzględność i wirtualne nawyki nastolatków. Tutaj na pierwszy plan wysuwa się rodzicielska potrzeba ochrony, komfortu i sprawczości, a równocześnie warto uświadomić sobie, że jedną z najważniejszych potrzeb naszych dzieci jest pragnienie bycia akceptowanym i uznanym. Dla jej zaspokojenia są w stanie zrobić wszystko i jeszcze więcej. Dobrze więc jest działać dwutorowo – uczulać nasze dziecko na bycie uważnym, empatycznym i podkreślać znaczenie szacunku do drugiego człowieka, a jednocześnie dać wyraźny sygnał, że córka czy syn mają prawo do intymności, wolności, własnych tajemnic, przyjaźni i wyborów.

Za pomocą dobrze nam znanej strategii, jaką jest rozmowa, możemy upewnić się, że nasz nastolatek zarówno wie, w jaki sposób szanować przestrzeń innych ludzi, jak i zna procedurę postępowania, gdyby czyjeś dobre imię było naruszone. Warto omówić kroki, jakie może podjąć, by jak najszybciej zatrzymać rozprzestrzenianie się obraźliwych komentarzy, szkalujących treści czy zdjęć zamieszczanych w sieci bez wiedzy i zgody właściciela. Jeśli uda nam się tu powstrzymać przed dydaktyzmem i moralizatorskim tonem, możemy zajrzeć za kurtynę i zyskać spokój oraz pewność, że dziecko zwróci się po pomoc i nie pozostanie bezbronne ani bierne.

  • Potrzeba jasności i zrozumienia

Całkiem osobną kategorią rodzicielskich stresorów są gry komputerowe. W tym zakresie prawie nikt z nas nie jest bardziej na bieżąco niż młodzież. Pojawiają się coraz ciekawsze gry, których poziom skomplikowania może skutecznie zniechęcać nas do zagłębiania się w ich tajniki. Trudno z opisu wywnioskować, co tak naprawdę czeka nasze dziecko podczas zabawy, więc chyba Cię nie zaskoczy fakt, że jedną z doskonałych strategii na zaspokojenie potrzeby jasności i zrozumienia jest… poproszenie nastolatka o pomoc.

Jeśli na sztandarach niesiemy ideę dzielenia się swoimi światami, wybierzmy się na wyprawę do rzeczywistości, w jakiej żyje nasze dziecko. Na tym etapie dobrze jest powstrzymać się od ocen i komentarzy, a raczej pozwolić, by nastolatek oprowadził nas po swoim świecie, jak my kiedyś oprowadzaliśmy go po ZOO.  Możemy pytać, parafrazować, dociekać, jednak każda uwaga krytyczna czy kąśliwy komentarz mogą sprawić, że młody człowiek zatrzaśnie nam przed nosem drzwi do kontaktu.

Kiedy naprawdę działamy z potrzeby zrozumienia, pamiętajmy, że pod nią kryje się nie tylko fakt, że to dziecko ma zrozumieć nas, ale przede wszystkim to my mamy zyskać więcej jasności i wiedzy na temat naszego nastolatka. Nie wystarczy więc mówić, ale trzeba zacząć od słuchania. Dopiero na tak zbudowanej płaszczyźnie znajdzie się miejsce na dialog, negocjacje i wzajemne docieranie się dotyczące wyboru gry, pory grania, pokrycia kosztów wykupienia dostępu czy kontaktów, jakie w ten sposób młodzież zawiera w sieci.

Nie wymagajmy od dziecka więcej niż od siebie

I na koniec argument zgłaszany przez niemal każdego rodzica nastolatka – czas spędzany przez dzieci w sieci. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Sprawdź, proszę, ile Tobie zajmuje praca biurowa, surfowanie w sieci, układanie puzzli, Facebook, WhatsApp, sprawdzanie wiadomości, słuchanie muzyki… Kiedy zliczymy to dobowo, nierzadko dwu-, trzykrotnie przekraczamy normy, które próbujemy narzucić dzieciom. Oczywiście nie bez racji będzie obrona, że mamy ważne powody, by właśnie tyle, a nie mniej czasu poświęcać na Internet. W tym nie różnimy się od naszych dzieci – one również mają swoje ważne powody, by właśnie tyle czasu tam spędzać. Dobrze jest te powody poznać, spróbować nie autorytarnie, a wspólnym wysiłkiem pogrupować je na priorytetowe, ważne i zbędne, a następnie wdrażać dziecko do zarządzania własnym czasem.

Gdybyśmy mieli limitowany dostęp do sieci, to pewnie zamiast plotkarskiej strony wybralibyśmy serwis informacyjny, a zamiast Facebooka odpowiadanie na ważne dla nas maile. Nasze dziecko też może uczyć się w ten sposób dysponować ustalonym limitem i tutaj wyłącznie od jego efektywności zależeć będzie, czy uda mu się umówić z przyjaciółmi, obejrzeć nowe nagranie ulubionego youtubera czy przejść na kolejny level w grze. Pozostaje więc ustalenie tego limitu, a jeśli będzie on wynegocjowany na zasadzie porozumienia i dialogu, sam w sobie będzie wiążący. Po tym właśnie poznajemy rozwiązanie satysfakcjonujące każdą ze stron rodzice przestają narzekać, że dziecko za długo siedzi przy komputerze, a nastolatek dotrzymuje umowy i stara się z niej wywiązać. Ponieważ jednak trudno samodzielnie określić, ile tak naprawdę czasu minęło, polecam korzystanie z prostych aplikacji takich jak RescueTime, które jest narzędziem kontroli nie tyle rodzicielskiej, co autokontroli. Zewnętrzny, niezależny system, z którym trudno się pokłócić, krzyknąć, że nie ma racji i się czepia, zdejmuje z rodzica odpowiedzialność za pilnowanie czasu i sprowadza tę czynność do prostej weryfikacji.

Na koniec warto pamiętać, że nastolatki nie mówią nam prawdy, kiedy uważają, że jest ona dla nas nie do zaakceptowania. Jeśli nie chcemy, by nasze dziecko „zeszło do podziemia”, i nie wyobrażamy sobie życia, w którym wzajemnie chronimy swoją przestrzeń za pomocą haseł, pinów i odcisków palca, słuchajmy tak, by usłyszeć się nawzajem. Powtarzamy za Marshallem Rosenbergiem, że słowa mogą być murami lub oknami, więc nie budujmy firewalli, tylko wyglądajmy przez okno Windowsa z ciekawością, otwartością i empatią, sygnalizując zaufanie, ajeśli zajdzie taka potrzeba także gotowość do wsparcia i niesienia pomocy.

Autor/ka: Basia Bielanik

– kobieta, żona, matka, pedagog, coach, przedsiębiorca. Autorka książek „Babciu, Dziadku, pomocy. Książeczka o empatii i bliskości” oraz „Survival z nastolatkiem. Empatyczne towarzyszenie w dorastaniu”. Prowadzi blog, kursy online, warsztaty i spotkania, webinary oraz grupę wsparcia na FB. Odwiedź stronę autorki: http://www.szkolymocy.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *